Bohater
ocena: +6+x

Zapada noc. Zapinam kurtkę, niedbale zawiązuje zdarte buciory. Wciskam przymały już kapelusz i z ciężkim sercem naciskam na klamkę. Drzwi z niechęcią równą niemalże mojej otwierają się, wydając przy okazji błagalne skrzypnięcie. Za nic je mając wychodzę.

Wiatr od lat rzeźbiący w mej twarzy dziś postanowił raz na zawsze mnie powstrzymać. Ku jego zawodowi, czy też objawiającego go zawodzeniu z uporem godnym geniusza lub idioty brnę przez sięgające do kolan zaspy. Ścieżka nie jest mi potrzebna, przez dziesiątki lat utarta w trawie, ledwo widoczna dróżka na zawsze już wyryła mi się w pamięci. I tak z pewnością zgubiłbym ją między czarnymi jak dusza mego zwierzchnika drzewami.

Żal mi człowieka. To nieistotne kim był, czy też jak się nazywał. Niegdyś, przysięgałbym iż jeszcze wczoraj, narzucał na siebie płaszcz i wskazywał mi drogę, jak wierny pies obłąkanemu ślepcowi. Każdego dnia gdy złocista tarcza opadała wychodził by wraz ze mną, niedoświadczonym wtenczas terminatorem, pokonać 3579 kroków. I choć zadanie jest ciężkie, niewdzięczne, on niezrażony dziarsko maszerował między obsydianowymi kolumnadami. Nie zawsze go rozumiałem. Choćby i jego zapału. Jako jedyny nie postrzegał tego bowiem jako naszego obowiązku. Stwierdziłem kiedyś, że wręcz tego chce. Tak, że pragnie każdego dnia stawiać wśród śmiertelnego zagrożenia swoich 3579 długich kroków. Roześmiał się, oczywiście, jak to miał w zwyczaju. Lecz pewien jestem, iż przyznał mi w głębi swej czarnej duszy rację. Do samego końca się jednak nie wyznał, dlaczego to robi.

Choć opatrzony był bogatszym doświadczeniem, zaczynaliśmy podobnie. Dziękuję każdego dnia za dar mej pamięci i przeklinam go, jednocześnie pragnąc świętego spokoju. Gdy poznawaliśmy się był jeszcze młody. Zawsze roześmiany, odbierający życiu siłą lub fortelem to, na co ciężko pracował. W jego oczach widać było jednak tę niespełnioną ambicję. Wielkie plany, siłę i determinację do ich zrealizowania. Ludzie tacy jak on nie raz zmieniali już świat.

Jednak czas płynął. Przydzielali go do wielu innych projektów, lecz im więcej wiedział, umiał i czynił, tym większą uwagę poświęcał mi. Trasie. I poszukiwaniom podczas 3579 kroków. Im bliżej sięgam wspomnieniami, tym bardziej się ich obawiam. Obawiam się podupadającego na zdrowiu, wyniszczonego życiem człowieka, przed którym życie postawiło zbyt wiele decyzji. Z pewnością miał czego żałować, żal nie rozwiązuje jednak problemów. A odwagi, by się z nimi pogodzić, mu nie starczyło. Z twarzy zniknęła dawna radość, docenianie tak małych i niepozornych chwil, nawet wola życia. Bo im dalej brnął w trzewia przeklętej organizacji, tym usilniej chciał jedynie przetrwać. Przestawał powoli ufać. Także mi, choć stałem za nim do samego końca.

A jednak paradoksalnie z coraz większym angażem wyruszał na te wyprawy. Częstokroć niemalże biegł przez strome zbocze raz po raz znikając mi z oczu. Robił wszystko, by przejść więcej, zobaczyć dokładniej. By zawsze zmieścić się w 3579 krokach. Zawsze był silnym człowiekiem, jednak nawet najsilniejsi niegdyś upadną.

Czas żadnego z nas nie oszczędził. Na wielu projektach miast znajomych twarzy pojawiły się nowe, spragnione wiedzy, nieco zlęknione dziwów tego świata i gotowe na głupie, zbędne poświęcenie. Nas także próbowali wymienić. Bez zająknięcia zgodziłbym się, żal mi jednak go było. Z mojego zwierzchnika, dowódcy, ojca wręcz, stał się oschłym człowiekiem zamkniętym na otoczenie i, co gorsza, siebie samego. Choć jego powłoka cielesna wciąż żyła, on umarł. Jakichkolwiek planów nie posiadał, czego nie pragnął — zawiódł. W naszej wspólnej drodze każdego dnia widział swoją ostatnią szansę. Odkupienie. Rozgrzeszenie.

Więc zostałem wraz z nim, czy to z poczucia misji, czy też ze zwyczajnej ludzkiej troski. By wraz z nim każdego dnia pokonywać 3579 kroków.

Aż kiedyś nie przyszedł. Tak po prostu. Z pewnością gdyby mógł wybrać, zjawił by się ten jeszcze jeden, na pewno już ostatni raz. Bo każdy raz był ostatnim. Oschle szeptał po powrocie, że czas nadszedł by rzucić to wszystko w diabły i odpuścić. A jednak nadal jakaś jego cząstka wieczorami ciągnęła na ścieżkę w parku. Coś mówiło mu że już prawie, już znalazł. Wystarczy postawić ten ostatni, 3580 krok.

Jednak nigdy nie znalazł, czego szukał. Życie nie mogło z nim skończyć. Sam nie mógł ze sobą skończyć. Więc skończyła to Fundacja. Czegokolwiek nie szukał, wiem jednak że udało mu się to znaleźć. Gdy wcześniej nieco przełamał się, by postawić tu swój ostatni, 3580 krok.

Dotarłem na miejsce. Wyciągam z kieszeni stare zapałki, kilka razy usiłuję skrzesać ogień nim wreszcie objawia się w maleńkim płomyczku. Otwieram czarną jak otaczające mnie drzewa w mroku lampę i upewniam się, że natłuszczony lont nie zgaśnie. Pora wracać.

Moja praca przez całe życie ograniczała się wyłącznie do tego. Każdego wieczora dobrowolnie wychodzę by rozniecić ogień w starej lampie. Wedle prastarej legendy bohater musi, gdy zmrok zapadnie, przebyć 3579 kroków i utrzymać święty płomień, by zapobiec Zagładzie. Za tą jedną, prostą zasługę wszyscy w Fundacji gotów są nazwać mnie tym właśnie bohaterem.

Gdy jednak przypominam sobie jego życie, widzę że cały czas pragnął mi coś przekazać. Wszystko co zrobił, zrobił dla mnie. Poświęcił nie tylko karierę, lecz własne marzenia. Coś we mnie zobaczył i uznał, że jestem tego wart. Dziś, kiedy podsumowuję całe swe życie, nareszcie jestem w stanie zrozumieć. I do samego końca będę wypełniał jego ostatnią wolę.

To nieistotne kim był, czy też jak się nazywał. Dla mnie na zawsze pozostanie bohaterem.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported