Cisza przed burzą
ocena: +9+x

Mężczyzna powoli otworzył drzwi na tyle, by móc spokojnie wejść do mieszkania. Zanim zdążył na spokojnie zdjąć płaszcz i buty, został powitany, a raczej napadnięty przez dwójkę małych dzieci, które rzuciły się ojcu na szyję, wykrzykując radośnie "Tatuś".

Ojciec objął swoje pociechy z miłością. Całej sytuacji przyglądała się z radością kobieta ubrana w fartuch, która oparła się o framugę wejścia do kuchni.

— Tato! Tato! A wiesz, że zrobiłem dzisiaj ładny rysunek! Musisz, musisz go zobaczyć! — wykrzyczał radośnie Antek.

Chłopiec był jak na razie, jego najmłodszym dzieckiem. Otrzymał on swoje imię po dziadku, który według opowiadań ojca, z dumą walczył za Polskę wraz z innymi Polakami u boku Rosjan. Podobnie jak ojciec miał on ciemnobrązowe włosy i piwne oczy. Cała rodzina wręcz zarzucała Arturowi, że Antek to jego klon. Mężczyzna nie miał jak temu zaprzeczyć patrząc na jego twarz.

— Co mu po twoim głupim rysunku? Tato, a wiesz, że dzisiaj dostałam piątkę z klasówki o kosmosie? Podobno byłam najlepsza w klasie! — wykrzyczała radośnie Maja.

W tym roku poszła do piątej klasy podstawówki i, jak obiecała rodzicom w trakcie wakacji, wzięła się na poważnie za naukę. Nie można było nie zarzucić jej podobieństwa do matki. Długie, jasnobrązowe włosy i niebieskie oczy były odzwierciedleniem jej rodzicielki.

— Maja, co ci mówiłem o ubliżaniu swojemu bratu? — zapytał z rodzicielskim tonem. Dziewczynka spojrzała na podłogę z rodzącym się grymasem na twarzy.

— Że nie powinnam tak robić… — dziewczynka odpowiedziała ojcu.

— A co powinnaś robić?

— Wspierać go jako starsza siostra… — odpowiedziała od niechcenia. Artur uśmiechnął się i pocałował córkę w jej czoło.

— Moja córka! — powiedział z uśmiechem, a następnie zwrócił wzrok na zegar, który wskazywał 13.30 — Po obiedzie zobaczę twój rysunek Antek, a potem pójdziemy wszyscy na spacer i lody, w porządku? — powiedział, zwracając się do syna i córki. — Wasza mamusia z pewnością zrobiła przepyszny obiad!

— Dzisiaj jest pomidorowa! — odpowiedziała z uśmiechem na twarzy żona. Dziewczynka wystawiła język z obrzydzenia, który schowała po reprymendzie matki, a chłopiec ze swoją dziecięcą energią wyraził zadowolenie, wbiegając do kuchni.

Artur w końcu mógł na spokojnie ściągnąć płaszcz, który zawiesił na drewnianym wieszaku stojącym w kącie korytarza swojego skromnego mieszkania. Było to standardowe dla osiedli w Roztrzynie mieszkanie komunalne składające się z korytarza i kilku pomieszczeń odchodzących od niego. Wystarczało to w zupełności jego rodzinie, ale wraz z Anią mieli rozmowy w sprawie przeprowadzki do większego domku jednorodzinnego na wsi wedle testamentu, jaki pozostawił po sobie ojciec Anny. Jednakże na ten moment pozostawali w mieszkaniu w bloku na południowej części miasta.

— Zrobić Ci kawę? — spytała Ania, znikając za progiem kuchni.

— Od Ciebie? Zawsze! — zaśmiał się, zdejmując buty.

— To do kiedy dali Ci wolne? — zapytała kobieta. Mężczyzna spojrzał na zawieszony na ścianie kalendarz, wyszukując dzisiejszej daty.

— Dali mi dwa tygodnie… Do dwudziestego szóstego marca. Wracałbym już dwudziestego czwartego, ale Marek się zgodził na te dwa dni, przez pogrzeb ojca. — odpowiedział, powoli wchodząc do kuchni i kierując się w stronę stolika, przy którym jego uciechy zajadały się zupą. Ania oparła się o blat z grymasem na twarzy, mówiąc:

— W sprawie pogrzebu taty… Musieliśmy go przesunąć.

Artur spojrzał na Anie ze zdziwieniem

— Babcia jest chora i nie może być na pogrzebie. Wiesz jak bardzo dla niej to ważne. — kontynuowała.

Artur westchnął i przygłaskał swój wąs.

— Na kiedy przekładamy? — zapytał ze spokojem.

— Planujemy na piątego kwietnia. Przepraszam, powinnam do ciebie zadzwonić jak byłeś jeszcze w pracy…

— Nie, nie. — powstrzymał żonę — Nie musisz przepraszać! Coś się wymyśli. Raczej poradzą sobie z pożarami beze mnie. Jeśli jakiekolwiek się pojawią… Najwyżej pojedziesz z dziećmi, a ja zostanę tutaj.

Ania westchnęła i zasiadając do stołu, podała mężowi kawę dołączając do obiadu.

***

Wychodząc z mieszkania, rodzina napotkała na klatce schodowej swych sąsiadów z naprzeciwka. Było to małżeństwo w starszym wieku, które było bardzo sympatyczne i miało z nimi dobre stosunki. Pan Trzaskowski skomplementował wzrost Antka, który wydawał mu się jeszcze kilka dni temu mniejszy. Pani Trzaskowska z uśmiechem na twarzy zaproponowała kupione w sklepie słodycze, które dzieci przyjęły za zgodą rodziców.

Dzieci szczególnie uwielbiały Trzaskowską, która opiekowała się nimi, gdy ich rodzice musieli być poza domem bez nich, często potajemnie dając im tyle słodyczy ile chciały. Artur jednak wiedział o tym, ale zezwalał je na takie traktowanie dzieci. W końcu swoje własne dziecko straciła gdy było ono jeszcze małe, a później nie udało im się już z kolejnym potomkiem.

Rodzina radośnie spacerowała ulicami miasta, bawiąc się co chwila w różne gry. Antek z entuzjazmem w nie grał i mimo tego, że przegrywał z siostrą, miał dobry humor, który był tylko polepszony z zakupem obiecanych lodów.

Roztrzyn pomimo swojej sowieckiej prostoty był pięknym dla Artura miastem, które późną wiosną i latem okazywało piękne barwy bloków komunalnych, które kontrastowały z szarawymi ulicami i zielonymi liśćmi drzew przy drodze. Park, do którego powoli wchodzili, jeszcze bardziej wzbudzał zachwyt. Olbrzymie dęby komponowały się z pomnikami i oczkami wodnymi, w których pływały kaczki. Wszystko to ozdobione grządkami kwiatów, które posadzone były w sercu Parku Legionów Polskich. Codziennie grupa starszych pań przychodziła i pielęgnowała je, co pozwalało im rosnąć spokojnie i obdarzać przechodzących ludzi swym pięknem.

Jednakże jak na razie musieli się zadowolić słońcem, zieloną trawą, kilkoma przebiśniegami i krokusami i co najwyżej pączkami na gałęziach dębów.

Dzieci bawiły się na trawie, grając w wszelakie gry. Antek i Maja z radością dołączyły do zabaw po wcześniejszej zgodzie rodziców, który przysiedli się na najbliżej ławce. Z uśmiechem na twarzy patrzyli jak ich pociechy się bawią z rówieśnikami. Czy warto będzie opuszczać to piękne miasto i tych wszystkich ludzi dla wygody większego domu na wsi? Odrzucić możliwość częstszego delektowania się tymi chwilami? Ojciec starał się odwrócić swoją uwagę od tych przemyśleń. Dzisiaj był przepiękny dzień, dzieci miały dzień wolny od szkoły, a wiosna powoli budziła okoliczną roślinność.

— A dzień dobry wam!

Miękki i miły dla ucha głos kobiety wyrwał Artura z jego przemyśleń. Ania od razu przywitała się ze swoją przyjaciółką z dzieciństwa, Martą. Była to kobieta średniego wzrostu i o dość szczupłej sylwetce. Jej lekko rudawe włosy opadały na jej ramiona, komponując się z jej suknią w kwiatki. Była dobrze wykształconą osobą, która skończyła studia medyczne i obecnie pracowała w instytucie medycznym imienia Zamojskiego.

— Jak tam kręci się życie na straży pożarnej? — Marta skierowała pytanie do Artura, spoglądając na niego swymi zielonymi oczyma. Mężczyzna wydał krótki śmiech i podrapał się po głowie.

— A dobrze! — odparł — Udało mi się wyprosić wolne i teraz chcę je wykorzystać najlepiej jak mogę!— wskazał na swoje dzieci, które akurat zaczęły grać w berka z innymi obecnymi rówieśnikami.

Ania uśmiechnęła się, po czym odparła zawiedzionym głosem:

— Fajne macie pociechy. Czasem żałuję, że sama ich nie mam…

— A co tam w ogóle u ciebie? — spytał kobietę.

Marta chwilę zamyśliła się, spoglądając w ziemię beznamiętnym wzrokiem. Po chwili podniosła na wzrok na siedzącą parę i odpowiedziała z uśmiechem:

— Nic szczególnego. Nudna rutyna życia codziennego. Badamy jakieś leki i inne substancje jak zwykle.

Artur pokiwał głową podczas słuchania koleżanki. Marta i Ania jeszcze przez chwilę rozmawiały o damskich sprawach, to rozmawiając o włosach, to ubraniach, na zdrowiu kończąc.

— Pogadałabym dłużej, ale muszę już lecieć do pracy. Natalia zaraz po mnie podjedzie! Pa!

Odparła Marta, wymachując ręką w stronę przyjaciół oddalając się do swojego mieszkania, które było niecałe kilka minut stąd. Artur i Ania wrócili do obserwacji bawiących się ich pociech i rozmów między sobą na różne tematy związane z ich rodziną i planami na przyszłość.

Nagle, przez okolicę przeszedł szum, który jak fala przeszył każdy obiekt jaki napotkał. Wszyscy zaprzestali robić cokolwiek. Czas wręcz się dla nich zatrzymał. Nie słychać było innego dźwięku oprócz ciągnącego się jeszcze po okolicy ni to mechanicznego, ni to cyfrowego szumu, który postawił Arturowi włosy dęba, a skórę doprawił gęsią skórką.

Jego umysł, zanim nawet miał szansę na przetworzenie informacji, zaledwie kilka sekund później, kolejna "fala". Trzy sekundy później następna. Cisza. Wszyscy wpatrywali się z przerażeniem po sobie albo w ogólnym kierunku, z którego owe impulsy mogły nadejść. Kątem oka Artur spostrzegł Anię na granicy płaczu, wpatrującą się w niego oczekując bezpieczeństwa.

Wtem. Mechaniczny ryk jak huk rozbrzmiał po okolicy, tworząc jeszcze większe przerażenie wśród ludzi. Dzieci podbiegły do rodziców, wtulając się w ich nogi, płacząc i błagając o zabranie ich stąd. Artur nie potrafił sprecyzować skąd ten dźwięk mógł się roznosić, równie dobrze mógł on mieć swoją genezę wysoko w atmosferze. Jednakże… niebo od jednego horyzontu, aż po drugi było czyste… Żadnej chmurki lub niczego co mogłoby stworzyć ten dźwięk.

— Artur… — westchnęła kobieta, a mężczyzna zwrócił wzrok na żonę i, jakby wiedząc co miała na myśli, kiwnął głową — Chodźcie dzieci… Idziemy do dziadków!

***

Artur wciąż nie potrafił zrozumieć, co się wydarzyło dwadzieścia minut temu w parku. Siedział na sofie, w salonie opierając oba ramiona o drewniany blat stołu. Prawa noga bez opamiętania ruszała się bez jego woli, nadal będąc napędzaną przez adrenalinę krążącą w jego żyłach. Ania wraz z dziećmi siedziała w kuchni z jego matką, starając się nie popaść w panikę. Do pomieszczenia wszedł jego ojciec, który z politowaniem spojrzał na swojego syna i usiadł na fotelu obok niego.

— Musicie to ciężko przeżywać… — westchnął starzec.

— A wy nie?! — warknął Artur, spoglądając na osiwiałego mężczyznę z nadwagą. Ten tylko przymknął oczy i wziął bucha z papierosa, którego postukał o popielniczkę.

— Nie jest to pierwszy raz, gdy słyszę te… Trąby. — odparł osiwiały mężczyzna. Artur spojrzał na swojego ojca z niedowierzaniem. Ten po szybkim kontakcie wzrokowym zaczął kontynuować — Miałeś zaledwie dwa latka, więc nie pamiętasz tego. Roztrzyn dopiero co zbudowano, była piękna, czerwcowa pogoda. Dzień przebiegał normalnie, aż nagle cała okolica została sparaliżowana ze strachu w wyniku podobnego zdarzenia jak dzisiaj… Wpierw nadeszło z sześć lub siedem szybkich pulsujących fal, które przeszywały wszystko aż do samych kości… Kilka sekund później… BAM! — mężczyzna uderzył dłonią o stół — Donośny dźwięk jakby z niebios! Jak jakaś niebiańska trąba.

— Czyli wszystkie te historyjki, których nasłuchałem się w dzieciństwie to prawda?! — warknął z niedowierzania Artur, wpatrując się w biorącego kolejnego papierosa z pudełka ojca.

— Część dzieci i młodzieży wyparła to zdarzenie z pamięci. A my, dorośli ludzie, chcąc zachować normalność, zignorowaliśmy to idąc dalej przez życie…

— Zawsze, gdy mi mówiłeś, że to tylko bajki opowiadane przez starszaków, by mnie nastraszyć… Kłamałeś? — powiedział Artur. Staruszek westchnął i odłożył papierosa, po czym skrzyżował swoje dłonie.

— Synu. Zrobiłem to, byś miał zwyczajne dzieciństwo. Większość rodziców tak postąpiła. Dopiero co byliśmy po wojnie. Nikt nie chciał wracać do chaosu, który staraliśmy się przemienić w ład i porządek.

— To jest szalone… — westchnął Artur.

Oboje siedzieli w ciszy około minuty, zanim starzec przerwał milczenie:

— Jest jeszcze coś. Coś, o czym mało ludzi w moim wieku rozmawia. — jego syn spojrzał z ze zgrozą na niego — Te dźwięki podobno można było słyszeć od czasu do czasu już od początków dziewiętnastego wieku, kiedy to powstawały pierwsze osady w okolicy… — Artur zgarbił się w kierunku swego ojca, mieszając strach z ciekawością — Podobno po, którymś z kolei, zdarzeniu w trakcie trwania pandemii, która rozniosła się w trakcie wielkiej wojny. Praktycznie cała wieś była nią dotknięta. Zero szans na ratunek dla zarażonych. Aż tu nagle, jednej nocy, podobne fale i dźwięki były odczuwalne i słyszalne dla okolicznych wsi.

— Mówisz mi to, bo…

— Daj mi dokończyć! — warknął mężczyzna. Speszony Artur oparł plecy i zaczął przysłuchiwać się dalej historii ojca.

— Jedna dziewczynka po tym zdarzeniu zyskała jakieś czary. Nagle, z dnia na dzień, potrafiła kompletnie wyleczyć ludzi z ich chorób. Co więcej! Podobno nawet wydłużała im życie. Niestety, wkrótce sama zmarła trzynaście lat po zdobyciu tej zdolności…

Artur starał się ukryć swoje niedowierzanie, cała ta historia nie miała dla niego sensu. Jednakże na ten moment, opowieść ojca przynosiła ulgę jego myślom, dając im coś innego do przetrawienia niż dźwięk trąby, jak to określił jego ojciec.

— Aczkolwiek… — kontynuował starzec — W moim przypadku, nic się nie zmieniło po zajściu. Nikt nie miał jakiś mocy z nieba, lub innych takich bzdet… Ale mam teraz złe przeczucie mój synu.

— To znaczy? — spytał Artur, starając się zrozumieć słowa ojca.

— Czuję to w kościach, że coś się wydarzy. Coś, co będzie poza naszą kontrolą… Przechodzą mnie dreszcze i obawy. A zawsze, kiedy tak mam, to coś złego się dzieje.

— Skąd możesz niby wiedzieć, że coś ma się stać? — niepewnie odparł Artur. Jego ojciec spojrzał się to na niego, to na plac centralny za oknem biorąc głęboki wdech z dymem papierosowym.

— Starcza intuicja.

***

Rodzina powoli wspinała się po schodach, wchodząc na czwarte piętro, na którym znajdywało się ich mieszkanie. Gdy Artur już miał otwierać drzwi, z mieszkania ich sąsiadów wyszła pani Trzaskowska, która zatroskana, spytała się o samopoczucie dzieci. Te odpowiedziały, że czują się w porządku. Trzaskowska, widząc, że kłamią, mimowolnie się uśmiechnęła.

Gdy rodziny już miały rozejść się do swych domów, Artur zatrzymał jeszcze na chwilkę panią Trzaskowską.

— W sumie, ma pani chwilkę?

— Tak, tak. — odpowiedziała kobieta, zamykając drzwi, zostawiając ich oboje samych na korytarzu.

— Wie pani coś o tych dźwiękach, które podobno już od dawna było słychać?

Kobieta zrobiła grymas na twarzy, spoglądając na betonowe podłoże.

— Tak, tak. Co jakiś czas, te dźwięki pojawiają się i znikają. Jednorazowe sytuacje.

— A czy słyszała pani o dziewczynce, która podobno, zyskała jakieś moce po jednym takim wydarzeniu?

— Ależ oczywiście! Byłam wtedy małym dzieckiem, gdy ta historia obiegła okolicę!

— Może pani mi o tym powiedzieć? Mój ojciec dał mi raczej mało treściwą historię.

— Nie dziwi mnie to. — zaśmiała się kobieta — To było jeszcze przed tym, jak wybudowali Roztrzyn! Były tylko wioski dookoła, zanim postanowiono zbudować w tym miejscu miasto. Ale wracając do historii, to były okropne czasy, wojna i zaraza przeszły przez okolicę. Wieś, w której żyłam, tak tego nie odczuła, ale te, które były na północy kilometry na północ od dzisiejszego Roztrzyna, odczuły to bardziej. Jednakże pewnej nocy, zatrąbiły trąby anielskie, które obdarowały małą Joannę cudem uzdrawiania, które uratowały okolicę od zguby.

— Czy poznała pani tę dziewczynkę?

— Ależ tak. Poznałyśmy się pewnego razu, ale ze względu na odległość, ciężko było nam z utrzymywaniem regularnego kontaktu. Potem zniknęła i już nigdy jej nie widziałam.

— Jak to zniknęła?

— Zniknęła, gdy bolszewicy przechodzili przez wsie. Prawdopodobnie biedna została porwana, zgwałcona i zabita gdzieś w lesie.

— Nie mogę sobie nawet wyobrazić cierpienia, jaki musiała przejść. — odparł Artur. Starsza kobieta przytaknęła — Czy poza tym, jeszcze coś pani potrafi opowiedzieć o tych… trąbach?

— Niestety nie, aczkolwiek muszę przyznać, że widziano i słyszało się o dziwnych rzeczach. Zwłaszcza jak wybudowano Roztrzyn i więcej ludzi się przeniosło na ten obszar. Jednakże trzeba było żyć tu już dobry kawałek życia, by usłyszeć przynajmniej o jednej takiej historii. — odpowiedziała kobieta.

Mężczyzna westchnął, po czym podziękował sąsiadce za powiedziane informacje.

— Proszę czekać! — zatrzymała go kobieta — Jest jeszcze pewnego rodzaju legenda, która była przekazywana nam za dzieciństwa. Chce pan ją usłyszeć?

— A o czym ona by była? — spytał zmieszany mężczyzna.

— Jest to legenda o niebieskim aniele i białym diable, która była opowiadana praktycznie od początków założenia pierwszych wsi w okolicy.

— Może innym razem pani Trzaskowska. Może jak sytuacja się lekko uspokoi. — odmówił Artur, otwierając drzwi od swojego mieszkania. Sąsiadka rozumiejąc sytuację, również skierowała się do swojego mieszkania, życząc spokojnego wieczoru jemu i jego rodzinie z uśmiechem na twarzy.

***

Sen nie chciał przyjść. Jedyne co było w jego głowie, to słowa jego ojca. Co miały one oznaczać? Może ze strachu i wieku sam zaczynał bredzić? Ta historia o dziewczynce była dla niego nie do pojęcia. Z dnia na dzień zyskać moc uzdrawiania, ponieważ wcześniej słyszało się jakiś huk przypominający trąbę? Nie! Musiało być jakieś logiczne wytłumaczenie… Po prostu nie mógł go dostrzec.

Do tego jeszcze słowa sąsiadki, które wręcz potwierdzały tą fantastyczną historyjkę. Nie wiedział co o tym myśleć.

Wstał powoli z łóżka, starając się nie obudzić Ani, która jakimś cudem zasnęła ze wtulonym w siebie Antosiem. Udało mu się bez problemu nawigować w ciemności i dotrzeć do kuchni. Szklanka wypełniła się zimną wodą z kranu, po czym znowu stała się pusta, tracąc swą zawartość w żołądku Artura. Mężczyzna spojrzał na zegar, który wskazywał godzinę trzecią. Już zmierzał z powrotem do swojej sypialni, gdy poczuł potrzebę zajrzenia do Mai.

Powoli otworzył drzwi i zajrzał do środka. Dziewczynka opierała się o parapet, wpatrując się w nocne niebo.

— Wiesz, która jest godzina? — zapytał, wcześniej zakradłszy się za swoją córkę, która podskoczyła z przerażenia. Gdyby nie szybka reakcja Artura, upadłaby na drewnianą podłogę — Nie możesz spać?

Dziewczynka kiwnęła głową.

— To, czemu nie przyszłaś do nas?

— Bo… Bo jestem już za duża na to! — odparła Maja.

— Ah… — westchnął ojciec — A co takiego ciekawego było za oknem, że tak się wpatrywałaś w niebo?

— Spadające gwiazdy! Dużo spadających gwiazd! Nawet teraz można je jeszcze widzieć! Patrz, patrz! — wytłumaczyła z ekscytacją dziewczynka, wskazując na okno.

Artur spojrzał na nie i od razu zwrócił uwagę na ukazujące się na gwiaździstej sferze spadające gwiazdy. Sam był zdumiony ich liczbą i częstotliwością ich pojawiania się. Nigdy nie widział takiego spektaklu jak teraz.

— Wszystkie lecą z tego samego kierunku… — spostrzegł — Wszystkie lecą z południa…

— Czy nasz balkon nie jest skierowany na południe?

— Tak je… O nie moja młoda damo. Wiesz jaka jest godzina?!

— Proszę! Chcę je pooglądać ze stamtąd! — dziewczynka spojrzała na ojca, robiąc duże oczy, którym nie mógł się oprzeć. To chyba jedyne co mógł zrobić w tej chwili, by poprawić jej samopoczucie po dzisiejszym zajściu.

— No dobrze.

— Jej!

— Ale ani słowa mamie. Zgoda? — odparł Artur. Dziewczynka przytaknęła głową w ramach zgody.

Płynnym i cichym krokiem oboje przeszli do salonu, gdzie otworzyli drzwi na balkon i usiedli przy barierce, obserwując razem spektakl.

Nocne niebo było piękne tego dnia. Można było wyraźnie obserwować gwiazdy, które w swej nieopisywalnej piękności rozjaśniały ciemną sferę niebios, tworząc gwiazdozbiory i inne zgrupowania. Razem opowiadały historię kosmosu, jego fascynujące przygody, piękno i koszmary. Momenty życia i śmierci. Cała historia świata zapisana była na tym właśnie niebie, czekając aż ciekawskie, ludzkie umysły ją zapiszą i opowiedzą swoim następnym pokoleniom.

— Tatusiu?

— Tak kochanie?

— Czy myślisz, że jesteśmy sami na świecie?

Artur chwilę się zastanowił, wpatrując się na kolejne pojawiające się szlaczki na niebie.

— Bóg stworzył świat, byśmy mogli podziwiać jego piękno i w nim żyć. Na pewno stworzył również życie na innych planetach, byśmy mogli się nim fascynować i podziwiać dzieło boskie. — powiedział, powoli przesuwając rękę po ciemnym niebie.

— A czy kosmici będą mieć duszę?

Mężczyzna zamyślił się na dłużej. Samo go to ciekawiło. Biblia nijako mówiła, że tylko człowiek był na tyle godzien, by ją mieć… Nic nie było zapisane o innych życiach we wszechświecie. Ta informacja nie była wtedy potrzebna ludziom, ale teraz… odpowiedź na to pytanie byłaby mile widziana.

— A co mówi Biblia? — zadał bezpieczne pytanie swojej córce.

— Że tylko my ją mamy.

— A więc masz odpowiedź. Cokolwiek spotkamy tam na górze… — w tym momencie wskazał Mai pas Oriona — To będzie tylko zwierzę. Bez wyższych myśli, bez sumienia, bez moralności… Doskonałe w swojej prostocie, ale czy złe? O tym to może sama się przekonasz w przyszłości.

***

Wraz z Anią siedział w kuchni, popijając kawę. Oboje rozmawiali o wczorajszym zajściu i o jego wpływie na dzieci. Starali się poukładać wszystko w trakcie rozmowy, mając nawet krótką dyskusję o przeprowadzce gdzieś dalej poza obszar Roztrzyna. Artur także wciąż myślał nad słowami swojego ojca, a także już w swej oszalałej części umysłu, próbował powiązać ten dziwny deszcz meteorów z tą trąbą.

Dzień jak na razie zdawał się upływać dość normalnie. Zaraz wybijała piętnasta, a co za tym szło, on miał zaraz wyjść odebrać dzieci ze szkoły. Ania już dokańczała przyrządzać kurczaka na obiad, którego dostali od przyjaciela z pobliskiej wsi.

Wtem, huk i trzask. Artur w mgnieniu oka wybiegł na korytarz i doskoczył do przeciwnych drzwi, intensywnie waląc w drzwi. Starszy mężczyzna otworzył mu drzwi.

— Co się stało panie Trzaskowski? — spytał swojego sąsiada. Ten nie mógł wykrztusić z siebie żadnego słowa. Artur, słysząc jęki pani Trzaskowskiej, wskoczył wręcz do kuchni.

Kobieta leżała na podłodze, trzymając się za rękę, w której wbite były odłamki roztrzaskanej ściany, okna i kawałka skały, który z dużą siłą rozbił się w kuchni. Cała podłoga pokryta była w szrapnelach. Nieszczęsna, pokruszona skała leżała wbita w ścianie, nadal dymiąc w wyniku spalania w atmosferze. Był to cud, że nie spowodował on większych zniszczeń.

— Proszę pani, czy rozumie mnie pani? — Artur spytał panią Trzaskowską, starając się określić czy jest w takim samym szoku jak jej mąż. Kobieta nerwowo pokiwała głową kilka razy — Zabiorę panią do szpitala, by opatrzyli pani rękę, w porządku? — kobieta znów kiwnęła głową.

Ania już zajęła się starszym sąsiadem, którego zaprowadziła do salonu. Przy uchu miała telefon, przez który poinformowała odpowiednie służby o zaistniałym zajściu. Z zewnątrz w nieregularnych odstępach dochodziły dźwięki trzasków i huków. Ja pierdolę — pomyślał, zwracając wzrok na Anię.

— Ania, zabieram ją do szpitala. Zajmiesz się Trzaskowskim? — zapytał żonę.

— Tak, tak… Tylko pojedź do Szpitala Zamojskiego! — odparła Ania, która zwróciła wzrok na zewnątrz w wyniku kolejnego huku. Chyba już szósty, jaki Artur wyróżnił.

— Aż tam?! Przecież to instytut w środku lasu…- odrzekł Artur.

— Wiem! Jednakże… — kolejny donośny odgłos zza okna — Jednakże teraz jest to najlepsza opcja! — stwierdziła żona.

— Cholera. Dobra! Pojadę tam.

— Najlepiej spytaj się o Martę! — krzyknęła Ania, do wychodzącego z mieszkania męża.

Artur kiwnął głową po krótkiej chwili. W wyniku tego chaosu wszystko mieszało mu się w głowie, jednakże musiał się wziąć w garść. Nawet nie zauważył, kiedy posadził panią Trzaskowską na miejscu pasażera i sam usiadł za kierownicą. Po szybkim rozejrzeniu się mógł zauważyć dym i pył unoszący się możliwych miejsc uderzeń, w tym z jego bloku. Niebo było rozjaśnione przez świetliste kule, które ciągnęły za sobą ogony po niebieskiej sferze. Tak jasne, jak słońce, o mało co nie oślepł, wpatrując się w jeden meteoryt, który rozbłysnął i wydał z siebie huk, a lekka fala uderzeniowa przeszła po okolicy.

Jego serce biło szybko i mocno z siłą nosorożca, po jego ciele spływał pot. Drżące ręce ledwo co włożyły kluczyki do stacyjki. Bał się. Bał się o swoje dzieci w szkole, o swoją żonę, o swoich rodziców mieszkających bliżej centrum, o miasto, w którym spędził większość swojego życia, a które teraz było atakowane przez wszechświat w jego własnej osobie.

Czym sobie na to zasłużyliśmy?! — pomyślał w trakcie drogi do szpitala. Nie był to pełnoprawny szpital, przynajmniej w tej chwili. Obecnie służył bardziej jako budynek do badań medycznych i tym podobnych, jednakże miał odpowiednie wyposażenie, by spełniać funkcję szpitala. Głównie przyjmował nagłe i poważne przypadki z okolicznych wsi by zaoszczędzić czas i zwiększyć szanse dla poszkodowanego.

Szpital był oddalony dziesięć minut jazdy od miasta. Większość tego czasu Artur spędził na nawigowaniu swojego samochodu po leśnej ścieżce, by wjechać na kamienną drogę do szpitala. W środku drogi do punktu docelowego, jeden fragment skalny ledwo chybił samochód, uderzając o drogę.

Znowu przez jego głowę przechodziły wszelakie myśli. Czy to było spowodowane, Bóg wie czym to było dzień temu, czy może zwykły zbieg okoliczności. Był zapowiadany deszcz meteorów? Czy ktoś wiedział, że taka sytuacja nastąpi? Wszystko to było jakimś absurdem, które miało prawo istnieć tylko w książkach i innych mediach! Dlaczego on i jego rodzina? Dlaczego?! Kto pisał scenariusz tej kiepskiej komedii i parodii poważnego scenariusza?

Zaparkował samochód tuż przed wejściem. Szybkim ruchem pomógł rannej sąsiadce wysiąść i wraz z nią skierowali się do szklanych drzwi. Akurat w holu stała Marta rozmawiająca ze współpracownicą. Na widok mężczyzny i rannej kobiety zrobiła duże oczy, które na krótką chwilę skierowała na korytarz po jej lewej.

— Artur?! Co się… — jęknęła Marta.

— Meteor… — przerwał jej mężczyzna — meteor uderzył w mieszkanie mojej sąsiadki. Jest ranna. — wskazał na prowizorycznie opatrzoną rękę, z której wciąż lała się krew spomiędzy wbitych odłamków.

— Przecież w Roztrzynie są szpitale! Czemu tu? — odparła Marta.

— Myślisz, że po tym, co się dzieje, szybko ją przyjmą?! — znowu przerwał jej Artur — Możecie ją opatrzyć?

— Tak… Tak. Poczekaj tutaj! — kobieta zabrała jego sąsiadkę w korytarz po jego lewej.

Ledwo trzymał się na swoich nogach z waty. Szybko przysiadł na krzesełku przy prawym korytarzu, opierając się o brodę. Personel cały czas chodził nerwowo, przemieszczając się z holu, do korytarzy prowadzących do różnych skrzydeł szpitala. Najwidoczniej szykują się na ludzi z wsi — pomyślał.

— Nie kurwa, nie!

Krzyk wydobył się z prawego korytarza. Artur zwrócił swój wzrok na trojga ludzi wychodzących z jakiś drzwi po jego stronie ściany. Jeden z nich to był średniego wzrostu mężczyzna, który wydawał się być już po czterdziestce. Nosił na sobie kitel lekarski, a na nosie dumnie siedziały okulary. Wręcz drżącą ręką włożył do ust odpalonego papierosa.

— Panowie… — rzekł doktor.

— Nie! Nie chcę tego słuchać! — przerwał jeden z dwóch innych mężczyzn. Oboje byli ogoleni na łyso i nosili uniformy, chyba wojskowi. Doktor i mężczyzna, z którym rozmawiał, mówili po rosyjsku. — Powiedzieliście nam gówno nie prawdę! To coś miało być łatwym przejęciem!

— Skąd mogłem wiedzieć, że obiekt tak zrobi? Nawet nie myśleliśmy, że ucieknie! — odparł zirytowany doktor — Nie moja wina, że zrobiliście gówno nie robotę! — Rosjanin zrobił zamach na doktora, lecz został powstrzymany przez drugiego.

— Może nie trzeba było robić tego czegoś bystrym. — odparł, o dziwo w polskim języku, nadal trzymając rękę kolegi.

— Mam dość waszych zażaleń! — warknął doktor do żołnierza po polsku — My robiliśmy wszystko jak należy! Daliście obiektowi najpierw uciec z przechowalni, potem z placówki… Następnie, zamiast przechwycić ponownie okaz, zabiliście go!

— To i tak zaszło za daleko! — warknął Rosjanin, wskazując palcem na doktora — Mamy już i tak za dużo problemów! Jesteśmy blisko źródła! Jednakże te międzynarodowe dupki też! Myślisz, że tylko my zrozumieliśmy, że coś tu jest?! Oni również odebrali sygnał i zaufaj mi… Oni już węższą. Jeszcze nam brakuje, by odkryli wasz projekt i cokolwiek tam zrodziliście!

— Dobra, dobra. — przerwał drugi wojskowy — Na ten moment musimy mieć pewność, że ten deszcz nie spowoduje uszkodzeń struktur i ucieczki kolejnych obiektów. Sasza, chcę mieć dzisiaj na biurku raport naukowców w sprawie aktywacji Źródła.

— Tak jest sir.

W ten drzwi od windy, których wcześniej nie zauważył, otworzyły się. Z tego samego pomieszczenia, z którego wyszła trójka ludzi, wyszło dwoje innych mężczyzn, niosąc w rękach nosze. Leżał na nim worek na trupy, w którym coś było… I to dużego. Na pewno nie mógł być to człowiek. Mężczyźni szybkim krokiem weszli do windy, a za nimi pokłócona trójka innych. Drzwi się zamknęły, nie pozostawiając po sobie śladu na ścianie.

***

Ania z niepokojem czekała w salonie na Artura. Wybijała już prawie piąta wieczorem, a jego wciąż nie było. W pokoju rozbrzmiewał dźwięk telewizora, który był przełączony na okoliczną stację wiadomości, która nadawała komunikat w sprawie dzisiejszych wydarzeń:

W wyniku dzisiejszego zajścia szacunkowo sześćset ludzi mogło doznać uszczerbku na zdrowiu w wyniku zjawiska zwanego deszczem meteorytów. Według słów ekspertów, obserwowane przez ludzi dzisiejszej nocy liczne spadające gwiazdy były jego częścią. Jednakże również stwierdzili nadzwyczajność zjawiska, które nie przypomina typowego skrzyżowania się orbity Ziemi z ich rojem.

Według wstępnych analiz można wywnioskować, iż fragmenty skalne uderzają punktowo w obszar Roztrzyna i jego okolic z tylko nielicznymi doniesieniami upadków meteorytów na południowych częściach PRL. Niektórzy sugerują nawet to, że owo zjawisko spowodowane jest kierunkowym przyciąganiem materiału skalnego w ten dany obszar. Teorii tej nie zaprzecza fakt, iż deszcz zdaje się docierać jedynie od południa.

Również wartym odnotowania jest fakt, iż rój pojawił się znikąd i niemożliwe było wcześniejsze wykrycie obiektów.

Władza zaprzeczyła, jakożby istniały powiązania dzisiejszych wydarzeń z dziwnymi dźwiękami, które według zeznań było można usłyszeć zaledwie dzień temu, a także z krążącymi plotkami na ich temat…

Drzwi otworzyły się, a przez nie przeszedł Artur, który powitał dzieci, które rzuciły mu się na szyję. Po krótkiej rozmowie zaprowadził je do ich pokoju i zamknął od niego drzwi. Wzrok stanął na jego żonie, która z troską wpatrywała się w niego.

— I co z panią Trzaskowską? — zapytała, gdy jej mąż wszedł do salonu. Ten, zanim odpowiedział, skierował się do barku, z której wziął wódkę i popił ją wprost z butelki.

— Jest cała… — westchnął, siadając obok Ani.

— Zabrałeś ją tam, gdzie wskazałam?

— Tak.

— To dobrze… Podobno oba szpitale są teraz oblężone. Dużo rannych, ale nie ma żadnego wypadku śmiertelnego! — oznajmiła — Coś się stało? — spytała, widząc zmieszanego męża.

— Nawet… Nie. I tak mi nie uwierzysz. — burknął pod nosem biorąc kolejny łyk alkoholu.

— Ah tak? — warknęła kobieta. Artur spojrzał na Anię, po czym westchnął i postawił butelkę na stół.

— Pojechałem tam, wyjaśniłem co się stało i kazali mi czekać…

— I?

— Daj dokończyć. — po wypowiedzeniu tych słów dotarło do niego, jak bardzo brzmi jak ojciec. — Kiedy tak czekałem, troje ludzi wyszło z jakiegoś pokoju… Krzyczeli na siebie obwiniając siebie nawzajem…

— Jak to?

— Jeżeli dobrze zrozumiałem… Rozmawiali o jakimś "Obiekcie" i "Źródle". Wspominali również o projekcie i jakiejś chyba organizacji… Chyba od jankesów. Chyba nie zauważyli, że tam siedzę, bo wątpię, by chcieli o tym rozmawiać czy osobie nieupoważnionej.

Ania wpatrywała się w Artura, z ciekawością wysłuchując historii.

— W ten. — kontynuował — Z niczego, pojawiają się w ścianie drzwi od windy. Z tego samego pokoju wychodzi dwójka innych niosących… coś… na noszach. Oboje wchodzą do windy, a za nimi wskakuje ta trójka… Dalej to już normalnie było… Kilkoro ludzi z Małych Sów i Śmierdzic przybyło w wyniku tego deszczu.

Artur sięgnął po butelkę i znów wziął łyka jej zawartości. Ania siedziała w milczeniu, próbując zrozumieć historię swojego męża. Jednakże wzbudziło w niej to taki niepokój, że wolała zmienić temat.

— À propos tego deszczu… — westchnęła — Wiesz, co ciekawego stwierdzono w jego sprawie?

— Że uderzają od południa.

— Że ude… Czekaj. — tu zrobiła pauzę i sugestywny gest rękoma krzyżującymi się na znak "X" — Mówili ci w szpitalu?

— Nie.

— To skąd to wiesz?!

Artur zrobił duże oczy i ciężko westchnął. Nie mógł się już z tego wykręcić, ale jego męska duma nadal próbowała go powstrzymać od złamania danego Mai słowa. Nerwowo spojrzał na Anię, która z grymasem na twarzy czekała niecierpliwie na odpowiedź.

— Cóż. Wywnioskowałem to po…

Nie mógł dokończyć przez nagły huk za oknem, który przyniósł ze sobą falę powietrza, która o mało co nie rozbiła szyb mieszkania. Zaraz po nim Artur zdawał się odczuć lekki, ledwo odczuwalny wstrząs. Dzieci wybiegły z ich pokoju do salonu, by wtulić się w rodziców w wyniku przerażenia.

—Cokolwiek to było, to albo uderzyło blisko, albo daleko, lecz z dużą siłą… — oznajmił Artur, po chwili prób uspokajania potomstwa.

— Czemu tak twierdzisz? — zapytała Ania.

— Nie odczułaś tego lekkiego wstrząsu? — spytał zakłopotany mężczyzna.

— Nie… — odpowiedziała kobieta.

— Tato! Czy skończymy jak dinozaury? — zapytał, z pomiędzy łez, Antek, chowając swoją twarz w tors ojca.

— Nie. Nie pozwolę na to, w porządku? — odparł ze spokojem, wpatrując się w zapłakaną twarz syna, po czym przytulił go do siebie zapewniając mu poczucie bezpieczeństwa.

Rodzina siedziała na kanapie, wtulona w siebie przez dobrych kilka minut, próbując znaleźć spokój i bezpieczeństwo w rodzinnym uścisku. Wydawało się to działać w wypadku Antka, który już nie popłakiwał ze strachu, jednakże nie można było tego samego powiedzieć o Mai, która wciąż podszlochiwała pod ramieniem matki.

Wtem w mieszkaniu rozbrzmiał dźwięk domofonu. Po krótkiej chwili Artur zdecydował się przejść do kuchni, gdzie znajdywało się owe urządzenie. Lekko drżącą ręką podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha.

— Halo?

— Jesteś tam Artur?

Był to Marek, który, sądząc po załamującym się głosie, był lekko podenerwowany.

— Tak, jestem. Coś się stało? — odrzekł Artur.

— Stary nie uwierzysz…

— Po tym co się ostatnio dzieje we wszystko uwierzę. Wal.

— Bo spadają te fragmenty, nie? No… no to teraz uderzył duży. Nie zrobił może jakiegoś krateru, ale jebany wraz z pomniejszymi skałami, spowodował pożar, a wstrząs spowodował szkody materialne w Michołajkowie…

— Czyli jednak wyczułem wstrząs…

— Brawo ty. Ale no… Ten. Wiem, że masz wolne, ale z tego, co wiemy, to ten pożar szybko się rozprzestrzenia i potrzebujemy każdych możliwych rąk do pracy. Będziesz?

Artur chwilę się zastanowił nad odpowiedzią, starając rozważyć najlepsze wyjście.

— Dobra. Będę za pięć minut na posterunku!

— Wielkie dzięki. Powiadomię chłopaków i wyruszymy, jak będziesz…

***

Nikt nie wiedział, która jest godzina. Jedyne co mogli stwierdzić to to, że nad nimi znajdował się księżyc, który od czasu do czasu przebijał się pomiędzy kłębami dymu. Nie był to najcięższy pożar, z jakim przyszło Arturowi się zmierzyć, ale według swojej oceny stwierdził, że gdyby przybyli kilka minut później to nie byłoby już Michołajków.

Mężczyzna spoglądał na okoliczne chatki, przy których kręcili się ich mieszkańcy, lekarze i milicjanci starający się spisać zdarzenie. Niektóre domki rzeczywiście doznały mniejszych, bądź większych, uszkodzeń. Trzy z nich, które stały najbliżej granicy lasu, w którym miało dojść do upadku meteoru, nawet się zawaliły. Kilku strażaków starało się wydobyć z pod ich gruzu ocalałych, bądź szczątki ludzkie.

Łącznie z dwóch domów uratowano szóstkę ludzi, a w trzecim pięć osób potwierdzono jako martwe, w tym kilkumiesięczne dziecko, które sam rozgrzebywał. Chyba nigdy już nie zapomni, jak może wyglądać rozpłaszczony mózg z dodatkami krwi, osocza i fragmentów czaszki. Mając przed sobą ogólny obraz sytuacji, to był dla niego cud, że tylko te trzy domy się zawaliły, choć nie mógł zaprzeczyć, że większość wsi mogła runąć w każdej chwili w wyniku uszkodzonych struktur.

Kiedy tak rozmyślał, podszedł do niego Marek z jakimś funkcjonariuszem milicji.

— Słuchaj Artur, sprawa jest. — odparł Marek. Artur spojrzał na kolegę i na funkcjonariusza.

— Co jest?

— Wraz z chłopakami i milicją staramy się ocenić szkody wyrządzone przez pożar. Możesz przejść się z funkcjonariuszem Milkowskim i zdać z nim raport? — zapytał, wskazując na funkcjonariusza.

— Mów mi Rafał. — odparł milicjant, podając dłoń Arturowi, którą ten uścisnął.

— Artur. No dobrze. Tym szybciej tym lepiej… — westchnął.

Wraz z Rafałem ruszyli w las wraz z innymi parami powoli i systematycznie określając poziom zniszczeń w wyniku pożaru. Wszystko wokół było zwęglone i spopielone w wyniku ognia. W powietrzu unosił się ciężki zapach palonego drewna i mięsa zwierząt, którym najwyraźniej nie udało się uciec z płonącej pułapki.

Drzewa były powalone lub połamane na różnych wysokościach, w zależności gdzie miały słabszy punkt, w wyniku wytworzonej fali uderzeniowej jaka powstała w czasie impaktu.

Po chwili zostali w swoim obszarze przeglądu tylko we dwoje, gdyż reszta oddaliła się w swoje wyznaczone strefy. Szli w milczeniu, oddając się swoim własnym kontemplacjom na temat tego co się wydarzyło. Przez myśli Artura cały czas przebiegała rozmowa z jego ojcem, który ostrzegał go przed nadchodzącą tragedią. Jebany miał rację — pomyślał przechodząc nad jednym z zawalonych pni.

— Wszystko chyba tu jest martwe… — stwierdził milicjant.

— Raczej… Musimy chyba być blisko epicentrum. Wszystko wygląda jak w wypadku Tunguski — oznajmił Artur, wskazując na większą ilość zawalonych drzew wokół nich. Rafał przytaknął głową, potwierdzając jego słowa.

— Tylko na mniejszą skalę. — wtrącił towarzysz.

Dalej szli w milczeniu, przechodząc to obok, to nad przełamanymi i obalonymi pniami sosen i innych drzew, które nie mogły się oprzeć sile uderzenia przybysza z kosmosu. Również wraz z dystansem, jaki przechodzili, wzrastała ilość odłamków skalnych, które najprawdopodobniej pochodziły od oryginalnego ciała niebieskiego.

Ciszę przerwał odgłos kogoś z daleka, który wołał Rafała. Osoba co najwyżej była kilkanaście metrów od nich po ich prawej. Rafał szybko przeprosił Artura, po czym oddalił się w stronę nawołującej osoby zostawiając go samego. Strażak kontynuował obchód, idąc dalej w las, kto wie, może uda mu się odnaleźć ten kawałek skały.

Jego plany zostały pokrzyżowane, przez coś co ledwo zauważył w ciemności. Ciemna masa rozrastała się po jednym przewalonym drzewie. Była ona bezkształtna, gładka i śliska z widoku, i przybierała ciemny kolor z lekkim odcieniem błękitu mieszającego się ciemną barwą w nowo powstających jej fragmentach.

To coś przypominało mu niektóre grzyby, które można było spotkać w lasach tropikalnych, o których czytał w atlasach i oglądał w telewizji. Jednakże to w przeciwieństwie do znanych mu grzybów, rozrastało się w zaskakująco szybki sposób, rozgałęziając swoją postać po pniu, po czym wypełniając sobą wolne powierzchnie. Wtedy to zauważył ledwo widoczne wypukłości, które przy bliższym przyjrzeniu się przypominały drobne kryształy górskie.

Artur wziął w dłoń zwęglony badyl, po czym lekko i delikatnie szturchnął nowo powstały fragment tej masy. Ta, w wyniku dotyku, zatrzymała się i ku jego zaskoczeniu cofnęła się o dobry metr od niego, zatrzymując się na dalszej od niego części pnia. Wtem, kilka jasnych punktów jarzących się na błękitną barwę pojawiło się na powierzchni owej plechy, jak to zaczął określać. Nie wiedział co o tym myśleć, zamierzało to go zaatakować? Dawało sygnał ostrzegawczy? Co to miało znaczyć?

Wtedy kątem oka dostrzegł po jego lewej inny fragment tej plechy wychodzącej z gleby na powierzchnię ponad metr od jego pozycji. Masa chwilę rozrastała się na powierzchni ściółki, gdy jeden z jej fragmentów wręcz wystrzelił w kierunku innego pnia, które znajdywało się pół metra nad ziemią w wyniku bycia opartym o inne drzewo.

Artur przetarł oczy, sprawdzając czy to coś nie jest wytworem jego zmęczonej wyobraźni. Ta dziwna plecha wciąż tam była i się rozrastała. Dziwne jarzące się punkty na innej organicznej masie zgasły. Wtem, po jego prawej kolejne fragmenty zaczęły powoli się rozrastać przed nim, rozrastając się wokół odłamków meteoru, trzymając dystans około metra od niego. Nagle, wszystkie obserwowane przez niego obiekty zaprzestały jakichkolwiek czynności.

Przyglądał się temu przez minutę, uświadamiając sobie, jak bardzo zlewało się to z otoczeniem w tej ciemności i przy wciąż opadającym popiele z nieba. Ponownie przetarł swe oczy ze zmęczenia.

— Hej, Artur. — głos Rafała dobiegł zza jego pleców. Milicjant szybko zbliżył się do strażaka, który powoli podnosił się z kolan — Chłopaki mówią, byśmy skończyli obchód i wracali do wozów. Czy… Czy coś się stało? — spytał, widząc zakłopotanie na twarzy towarzysza.

— Nie… Nie, to znaczy tak. Coś… Coś się rozrastało tu. — Artur wskazał na pień i okolicę po ich lewej i prawej, tam gdzie zauważył rozrastającą się masę.

— Co? — Rafał przyjrzał się wskazanym miejscom, po czym zawiedziony stwierdził — To tylko spalone fragmenty drzew i innych roślin.

Artur spojrzał na Rafała, po czym ponownie zwrócił wzrok ku plesze. Dopiero teraz spostrzegł, że jej tekstura się zmieniła, przypominając bardziej ciemną skałę o ostrych krawędziach niż coś organicznego.

— Nie jesteś zbyt zmęczony stary? — Rafał spytał towarzysza z troską w głosie — Powinniśmy wracać.

Artur ponownie przetarł oczy i kiwając głową, zgodził się na propozycję.

— Masz rację. Wracajmy już. Niech geolodzy poszukają tego jebanego kamienia.

***

— Dobrze więc, to by zakończyło nasze dzisiejsze spotkanie. — rozbrzmiał głos. Artur spojrzał na siedzącego za biurkiem mężczyznę w średnim wieku, ubranego w lekarski kitel. Bez przerwy zapisywał on coś na białej kartce jego osobistego notatnika.

Nagle doktor zwrócił swój wzrok ku Arturowi. Wziął kilka głębokich oddechów, po czym skierował wzrok na zdjęcie, które stało na jego biurku. Kilka razy postukał palcem o blat, zastanawiając się nad czymś. Po chwili otworzył usta mówiąc:

— Czy mógłby pan opowiedzieć jeszcze o osiemnastym kwietnia? Co się dokładnie wydarzyło tego dnia?

— Czemu chcesz wiedzieć, doktorze? — zapytał Artur.

— Pomoże mi to w przywróceniu ciebie do zdrowia. — oznajmił.

— Zwykle kończyliśmy na tym etapie.

— Proszę…

Artur spojrzał w oczy doktora. Wziął głęboki wdech, po czym zaczął dalej opowiadać.

***

Powinien był tamtego dnia coś zrobić. Powinien był opowiedzieć komuś innemu, o tym co widział. Powinien był poinformować jakiegoś speca z biologii. Może by udało się wtedy powstrzymać tragedię w zarodku. Powinien był wyjechać z miasta jeszcze przed tym jak cała okolica została zamknięta i odizolowana od reszty świata przez tych dupków w mundurach, twierdząc o występowaniu "epidemii Odry". Może uniknąłby wtedy tego losu, który miał ich spotkać.

Wraz z Anią i dziećmi wybiegł z bloku, w którym mieszkał jego ojciec. Ania rozpłakana wraz z dziećmi ledwo nadążały za ciągnącą je ręką Artura, który biegiem przemieszczał się ku punktowi ewakuacyjnemu.

Wokół nich panował chaos. Ludzie w pośpiechu starali się dotrzeć do punktów zbornych lub w panice podbiegali do żołnierzy. Ci sami chyba ledwo dawali rady nie poddać się jej mimo wyszkolenia. Wszelkie dźwięki były zagłuszane przez wystrzały z broni palnej i dział czołgów, które zdawały się być w odwrocie. Również przelatujące od czasu do czasu samoloty wojskowe generowały bolesny wręcz hałas, zrzucając ładunki wybuchowe niedaleko w ich okolicy.

Do tego wciąż aktywne były syreny, które wydawały sygnał podobny do sygnału nuklearnego. Z głośników w kółko również wydobywał się przekaz na przemian w języku polskim i rosyjskim:

Uwaga! Uwaga! Linia trzynasta została przełamana. Ludność cywilna proszona jest o ewakuację w kierunku punktów ewakuacyjnych przy bramach do Strefy Roztrzyn. Ludność cywilna proszona jest również o bezwzględne słuchanie się rozkazów napotkanych sił zbrojnych.

Cały czas kątem oka widział, jak ciemne postacie wskakiwały i wyskakiwały z budynków, walcząc z żołnierzami i zabijając każdego napotkanego człowieka na swej drodze. Przed nimi przebiegł jakiś stwór przypominający mieszankę wilka z kotem, który jakby nigdy nic przemknął między żołnierzami, dekapitując ich swymi mięsistymi mackami wyrastającymi szeregowo na grzbiecie. Inny stwór, bardziej przypominający z sylwetki człowieka, kopnął jednego żołnierza, rozrywając mu przy tym kończyny. Jeszcze inny jednym ruchem przeciął górną część ciała żołnierza i użył jego broni, aby zabić trzech innych po jego prawej.

Przeklinał siebie, że zostawił swoich rodziców na pastwę tych potworów, które masowo wdzierały się do miasta, pomimo iż jego ojciec zapewniał, że wszystko jest w porządku. Że miało tak być.

Wtem, od ich lewej, przez ścianę przebił się czołg, który o mało ich nie przejechał. Rodzina padła na ziemię, starając się uniknąć, jak najlepiej opadających cegieł i innych fragmentów ściany. Maszyna zablokowała się w wąskiej alejce między budynkami.

Z wyrwy na przeciwną ścianę wyskoczył stwór przypominający insekta, który z rozwartej paszczy wypluł lepką ciecz, która natychmiastowo zaczęła przetapiać się przez metal, tworząc syczącą papkę. Operatorzy w panice starali się opuścić pojazd, gdy olbrzymia, silnie opancerzona człekopodobna postać z raną na prawym ramieniu zaczęła rozrywać zmiękczone fragmenty czołgu i miażdżyć w swoich masywnych dłoniach ludzi, których papka wyściskiwała się spomiędzy jego pazurów. Drugi stwór zagryzł za pomocą skostniałej paszczy dwójkę operatorów, którym udało się uniknąć łap olbrzyma.

Artur szybko podniósł siebie i swoją rodzinę, póki stwory nie były zainteresowane ich obecnością. Zanim jednak zdążył z rodziną przebiec nawet metr, coś z tyłu rzuciło ich do przodu. Nim jego mózg ogarnął, co się stało, dwójka jego dzieci została pochwycona przez dwie psowate bestie, które zatrzymały się kilkanaście metrów od niego.

Ich czaszki bez większego oporu poddały się pod naciskiem twardych szczęk przypominających wymarłe morskie koszmary, o których raz obejrzał dokument naukowy w telewizji. Bestie sobie nawzajem przecięły wątłe ciała ofiar, używając swoich mięsistych macek. Zawartość ciała dzieci wylała się na ulicę, plamiąc szkarłatem szarawą powierzchnię betonu.

Oba stwory zabrały się do uczty. Mężczyzna przeciągnął się kawałek po asfalcie wystawiając drżącą rękę przed siebie w stronę swoich dzieci. Kobieta wciąż lekko oszołomiona leżała przy alejce.

Szczęki i pazury z łatwością rozdzielały mięso od kości. Bez większego problemu stwory połykały wydarte mięso, a nawet całe fragmenty ciała wydając regularne pomrukiwania, jakby czując satysfakcję z dokonanego czynu.

Artur był tak skupiony na tym, co się działo przed jego oczyma, że nie zauważył, kiedy golem zdecydował się skupić na nim i jego żonie swoją uwagę.

Ania krzyknęła, gdy potwór podniósł ją w swojej dłoni, miażdżąc jej ramię. Adrenalina przywróciła jej świadomość, aktywując wewnętrzne systemy mające zapewnić przetrwanie. Nerwowo starała się wyrwać z silnego uścisku bestii, która podniosła ją na tyle, by zrównać ich wzrok na ten sam poziom. Jej nogi starały się kopnąć agresora, a druga ręka bez skutku uderzała w jego opancerzoną dłoń, jedynie przecinając skórę i dając krwi spływać po ramieniu.

Postać jednym ruchem przełożyła dłoń z ramienia kobiety na jej udo. Krzyki szybko ucichły, gdy trójkątny dziób zacisnął się na jej ciele aż po brzuch. Jednym sprawnym ruchem, szczęki przecięły jej ciało, wsuwając odgryzioną górę ku przełykowi stwora. W dłoniach pozostała tylko dolna część jej ciała. Flaki dyndały na zewnątrz, będąc bujane przez ruchy stwora, wiatr i drgawki, jakie przechodziły po tym, co pozostało po jej ciele. Przez chwilę nawet zdawał się widzieć pozostałości po niewielkim łożysku między fragmentami jelit, które jeszcze nie wypadły z ciała.

Artur wpatrywał się z przerażeniem i rozpaczą w pancerną postać, która dolną połowę rzuciła insektowi przy czołgu. Zrobiła jeden krok, rozglądając się po ulicy. Umysł Artura w końcu pozwolił mu na wizualizację tego koszmaru, jakim był stwór przed nim.

Szyja bestii była wręcz jednym z jego tułowiem. Płynnie przechodząca z miękkiej do stwardniałej, włóknista tkanka otaczała ciało, tworząc pancerną skórę, która w niektórych miejscach zdawała się być posegmentowana, tworząc iluzję bycia oddzieloną od ciała.

Nawet pokruszone, twarde i przypominające ciemną skałę płyty o różnej powierzchni zdawały się być jednością z jego ciałem. Niektóre fragmenty owej skalnej wręcz powłoki posiadały przejaśnienia, które w losowych miejscach przeradzały się zgromadzenia kryształów. Niektóre były przeźroczyste, inne jeszcze przyjmowały różne barwy od fioletowej po czerwonawą.

Potężne nogi tego czegoś bardziej przypominały kończyny jakichś zwierząt niż człowieka. Całe cielsko utrzymywane było poprzez coś, co tylko mógł określić jako pseudo-stopę, od której promieniście rozchodziły się cztery potężne palce, skierowane po dwa do przodu i dwa do tyłu stworzenia, tworząc powierzchnię chwytną między ciałem a powierzchnią, po której stąpał. Typowa struktura dla tych wszystkich ludzko podobnych istot, jakie obserwował w przeciągu kilku dni.

Nagle górna część ciała zwróciła się ku niemu, przez całe to opancerzenie jego szyja była wręcz nieruchoma i wymagana była cała górna część ciała do rozglądania się. Stwór spoglądał na Artura mimo iż nie miał on widocznych oczu. Po chwili patrzenia w jego pozbawione już chęci do życia oczy, istota wydała cichy gardłowy wark, po czym wykonał jeden krok w jego stronę.

Zanim golem zdołał zbliżyć się do niego, został trafiony z wystrzelonego granatu, który rozkruszył jego górną część pancerza. Dwa mackowate stwory zostały przeszyte pociskami bez większego oporu w wyniku braku jakiegokolwiek pancerza i upadły w drgawkach na beton. Kilka pocisków zrykoszetowało od długiego pancernego pyska insekta, jednakże kilku udało się trafić w miękkie mięso w ich wnętrzu, pozwalając kulom na przebicie mózgoczaszki pod spodem.

Żołnierze szybko rozproszyli się na szerokości ulicy, tworząc formację i wcelowując się w oszołomionego giganta. Jeden z nich szybko podbiegł do leżącego Artura, podnosząc go z ziemi. Ten w szoku nie zwracał uwagi na rozkazy żołnierza, cały czas wpatrując się na podnoszącą się postać.

— Goliat wciąż aktywny! Ognia! Ognia! Ognia! — wykrzyczał żołnierz ciągnący go za rękę. Reszta oddziału zaczęła ostrzeliwać pancerny cień, który wydał ryk i rozpoczął szarżę w stronę żołnierzy.

Artur i ciągnący go żołnierz odskoczyli na bok, odsuwając się od toru szarży Goliata. Stwór został trafiony kolejnym granatem z podręcznej wyrzutni, lecz i to nie powaliło tej bestii, która stratowała jednego z żołnierzy, po czym przy użyciu rąk zabiła dwójkę innych.

— Odwrót! Odwrót!

Z innej ulicy wyjechał czołg, który natychmiastowo oddał strzał w Goliata, lecz ten zdążył zakryć się prawą ręką. Pancerz na ręce rozkruszył się, w powietrze uniosły się jego fragmenty, krew i część mięśni ramienia, a z gardła wydobył się ryk spowodowany bólem. Niebieskawa krew spływała po ramieniu, wręcz natychmiastowo utwardzając się w powietrzu w trakcie opadania na ziemię.

Pojazd rzucił wsteczny bieg, a wieżyczka skierowała się w hordę nadbiegającą z naprzeciwka czołgu. Postacie wskoczyły na wycofującą się maszynę, od razu zabijając operatora górnego karabinu maszynowego i otwierając włazy do środka, próbując dorwać pozostałych członków oddziału.

Żołnierz pociągnął za sobą Artura do alejki, w której stał teraz już tylko wrak czegoś, co jeszcze chwilę temu przypominało czołg. Gdy tylko upewnili się, że są bezpieczni między blokowiskami, żołnierz wskazał mu najszybszą drogę, po czym pobiegł w stronę ulicy, starając dołączyć się do reszty oddziału.

***

Artur spojrzał swym pozbawionym życia wzrokiem na człowieka w kitlu siedzącego za biurkiem.

Doktor spojrzał na Artura w kaftanie, który siedział na drewnianym krześle przed nim. Przetarł oczy, po czym starannie zapisał w notatniku wszystko, co przed chwilą opowiedział. Artur zaczął bez przerwy wypowiadać bełkot i raczej już z niego informacji doktor nie mógł wyciągnąć.

— Dobrze zatem. — westchnął doktor. — Rozpoczniemy następną sesję najszybciej jak to się da jutro. Na razie podajcie mu środki na uspokojenie — spojrzał z powrotem na mamroczącego mężczyznę — i może nasenne… Możecie go zabrać.

Dwójka pracowników szpitala psychiatrycznego, powoli pomogła wstać mężczyźnie i wyprowadzili go z pomieszczenia. Doktor przelotnie spojrzał na kalendarzyk, na którym wskazana była data dwudziestego piątego kwietnia, powoli spakował swe notatki do brązowej skórzanej teczki, po czym wyszedł z pomieszczenia.

Naprzeciw drzwi stał oparty o ścianę mężczyzna ubrany w dobrej jakości garnitur popalający sobie papierosa.

— I jak? — zapytał mężczyzna w czerni.

— Bełkocze, ale powiedział o tym szpitalu… Ale i tak to niewiele. Po prostu teraz wiemy, że cokolwiek przenosili i badali tam, nie było ludzkie.

— Jakby to miało znaczenie… I tak tam wszystko jest już martwe przez obiekt…

— Słyszałem, że w końcu nadali mu numer.

— Ta… Lepiej by było, gdyby to w końcu zabezpieczyli. Kurwa jego mać.

— Gdzie jest horda?

— Zatrzymała się dwadzieścia klików stąd. Szykują się do przejęcia miasta. Plecha jeszcze nie zarosła obszaru zajętego przez te stwory. Obiekt chyba czeka aż najpierw przejmie miasto poprzez marionetki, jak to robił z innymi obszarami po zajęciu Roztrzyna… Coś taki zmarnowany?

— Spytałem go o to co się stało tego dnia gdy… Gdy te stwory przejęły miasto. Chciałem wiedzieć co się stało z moją siostrą i siostrzeńcami, ale nie spodziewałem się tego co usłyszałem!

— Nikt ci nie kazał o to pytać. Domyśla się czegoś?

— Nie, jest jak chcieliście. Myślał, że to już któraś z kolei sesja.

— Dobrze więc. Wszystko jest w teczce?

— Tak.

— Dobrze. Przeniesiemy Ciebie i twojego szwagra do innej placówki. Może w swym szaleństwie w końcu wyjawi coś więcej… Wszyscy inni raczej już nic nie powiedzą.

Agent wziął od doktora teczkę, po czym skierował się do wyjścia. Doktor uderzył pięścią o ścianę, biorąc kilka głębokich wdechów próbując powstrzymać łzy. Jego wzrok powędrował na okno na końcu korytarza, do którego podszedł powolnym krokiem. Po ulicach chodzili żołnierze ustanawiający kolejne linie barykad i fortyfikacji. Doktor wziął kolejny głęboki wdech.

Atak miał już niedługo nadejść.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported