Czwartowymiarowy Patrol
ocena: +1+x

Zimny listopadowy wieczór 1982 roku. Pan Mariusz - zasłużony oficer Milicji Obywatelskiej - kończył swój patrol i powoli zaczął kierować się w stronę komendy. Myślami był już w łóżku ze swoją żoną Małgorzatą. Planował czym prędzej wrócić na komendę, a potem do domu, żeby położyć się obok niej.
Nagle coś błysnęło przed maską Fiata 125 p w charakterystycznych barwach i milicjant zaczął gwałtownie hamować. Niecałe 2 metry od samochodu zmaterializowała się dziwna metalowa kapsuła. Pęd samochodu był zbyt wielki i kolizja była nieunikniona. Rozległ się głośny huk, kiedy duży fiat rąbnął w stalową konstrukcję.
— Osz kur… — tyle zdążył wyszeptać Mariusz zanim stracił przytomność.
Kiedy się obudził zobaczył wynik kraksy - jego samochód służbowy nadawał się do kasacji, a w metalowa struktura leżała na boku i była zaledwie lekko wgnieciona. Oficer postanowił wydostać się z samochodu, a później rozmówić się z właścicielem kapsuły. Po chwili pan Mariusz cały posiniaczony stał przed niecodzienną konstrukcją i dokonywał jej inspekcji. Nagle bok maszyny po prostu się otworzył i z wnętrza wytoczył się młody chłopak w czerwono-czarnym kombinezonie. Kiedy biedak leżał na asfalcie oficer MO zakuł go w kajdanki i zaczął swój monolog:
— Obywatelu! Dopuściliście się próby zamachu na życie oraz zdrowie funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej w Lublinie…
— Pan nie rozumie! Maszyna jest niestabilna! Musimy…
— Próbujecie rozkazywać przedstawicielowi władzy państwowej?
— Nie o to mi chodzi! To dopiero prototyp. Nie wiem co może się stać po…
Nagle maszyna chłopaka rozbłysła silnym światłem, które oślepiło funkcjonariusza i chłopaka. Po chwili było po wszystkim.
— O nie… — wymamrotał chłopak.
— Dosyć tego jedziemy na komendę — powiedział mundurowiec szukając butki telefonicznej. — Dziwne, dałbym przysiąc, że tu stała.


Agent Michał Wróblewski jak co wieczór siedział na Komendzie Miejskiej Policji w Lublinie i czekał na nietypowe zgłoszenie, zabijając czas czytając wiadomości ze świata. Tak naprawdę patrzył tylko na gazetę odliczając minuty do końca zmiany. Zapowiadał się kolejny nudny wieczór, kiedy nagle przez drzwi komisariatu wszedł starszy facet w mundurze trzymający młodego chłopaka zakutego w kajdanki. Chwilę rozglądał się jakby szukając czegoś, a po chwili zaczepił stojącego obok młodego aspiranta:
— Czy to jest Komenda Miejska Milicji Obywatelskiej?
— Co? — odpowiedział zmieszany młodzik.
Wróblewski podsłuchał konwersację i od razu podjął rozmowę:
— Witam, oficer Wróblewski — powiedział podając milicjantowi dłoń. — Czego Pan szuka?
— Witajcie, oficer Wojciechowicz. Wracałem z patrolu, kiedy ten element — spojrzał na chłopaka z którym wszedł na komendę — rozbił państwowy samochód.
— Niech Pan posłucha — powiedział chłopak. — Jestem z przyszłości, testowałem…
— Proszę się nie przejmować on tak bredził całą drogę.
— Jak to rozbił pański samochód?
— W sumie to sam nie wiem. Nagle przed maską pojawił się dziwny pojazd, a chłopak był w środku.
— Ciekawe. — powiedział agent robiąc krótką pauzę. — Mógłby Pan pojechać gdzieś ze mną? Wytłumaczę po drodze.

Po półgodzinnej jeździe wszyscy trzej byli już prawie na miejscu.
— …i dlatego tak ważna jest pańska pomoc. — podsumował agent. — Jakieś pytania?
— Czyli… Ale… — powtarzał milicjant. — Więc jest teraz w rok 2017?
— Tak.
— I komunizm oficjalnie upadł w roku 1989 — kontynuował funkcjonariusz. — A wy pracujecie dla tajnej organizacji, która powstała po rozpadzie rządu?
— Zgadza się — odpowiedział Wróblewski. — Dzięki panu mamy człowieka, który zbuduje dla nas maszynę czasu.
— Jeśli mógłbym się wtrącić — odezwał się chłopak, o którym była mowa. — Czy mógłby mnie pan rozkuć? I tak nie mam gdzie uciec.
— Jak dojedziemy na miejsce. Tam porozmawia sobie z kimś wyższym rangą. — powiedział spoglądając na chłopaka przez lusterko. — A panu, panie Wojciechowicz znajdziemy wygodne łóżko i rano zobaczymy co dalej.
Agent skręcił wtedy w boczną uliczkę, a pasażerom ukazał się wtedy zajazd "Smaczne Czosnkowe Pierogi". Nazwa może nie zachęcała do wejścia, ale nie musiała.

Wróblewski oddał milicjanta i chłopaka w ręce Fundacji. Chciał wrócić na posterunek i rozsiąść się w swoim fotelu, lecz doktor Okoń kazał mu zostać, żeby porozmawiać o jego premii. Słowo premia sprawiło, że Michał jakoś wytrzymał kolejne pół godziny na niewygodnym krześle, czekając na zakończenie przesłuchania. W końcu planował oświadczyć się dziewczynie, a pierścionek oraz pieniądze na ślub nie rosną na drzewach. Wreszcie drewniane drzwi, pomalowane farbą olejną się uchyliły, a z środka wyszedł doktor, milicjant, chłopak, którego aresztował i dwóch strażników, których Wróblewski nie znał.
— Dziękujemy za pomoc oficerze Wojciechowicz — powiedział doktor Okoń zwracając się do milicjanta. — Agent Wróblewski odprowadzi pana do stołówki, gdzie będzie mógł pan zjeść kolacje.
Agent gestem pokazał milicjantowi, żeby ten poszedł za nim. Szli razem korytarzem nie remontowanym chyba od czasów PRL-u, kiedy milicjant przystanął na chwilę i złapał się za głowę. Wyglądał jakby miał zaraz zemdleć.
— Wszystko w porządku? — zapytał agent.
— Tak, tylko zakręciło mi się w głowie.


ZAPIS Z KAMER MONITORINGU OŚRODKA-18

24/11/2017 22:21:04 Agent W████████ oraz Mariusz W████████████ kierują się razem w stronę stołówki.
24/11/2017 22:23:12 Mariusz W████████████ przystaje i opiera się o ścianę, trzymając się za głowę.
24/11/2017 23:23:14 [PLIK USZKODZONY]
24/11/2017 23:23:15 Agent oraz transportowany mężczyzna zniknęli.

Analiza miejsca zdarzenia wykazała ślady ogromnego wyładowania elektromagnetycznego - Dr O███


W stołówce na agenta i mundurowca czekało kilku strażników oraz doktor Okoń, który wyglądał nieco starzej niż przed kilkoma minutami, czego dowodził rudy wąs pod jego nosem.
— Witajcie. Agencie Wróblewski, pan pójdzie ze mną.
Lekko zdziwiony tajniak wykonał polecenie i razem z doktorem udał się do najbliższego biura. Nie mógł wtedy wiedzieć, że za chwilę jego życie zmieni się nie do poznania.
Wystrój biura znacznie różnił się od oprawy reszty placówki. Urządzono je nowocześnie. Starą farbę olejną przykryto nową biało-czarną tapetą w geometryczny wzór. Jedną ze ścian zakryto białą szafą na akta i raporty, a na środku pokoju stało charakterystyczne ciemne biurko wykonane z drewna. Doktor zasiadł za nim na szarym fotelu biurowym, a agent usiadł na nieco zniszczonym, lecz pasującym kolorystycznie drewnianym krześle obitym tkaniną. Doktor wyją z kieszeni mały kluczyk, otworzył jedną z szuflad biurka i grzebał w niej chwilę, żeby po kilku minutach wyciągnąć bladożółtą teczkę z numerem 150.
— Przejdę do sedna. Pan Mariusz od czasu wypadku wywołuje anomalie czasowe — powiedział rudzielec w fartuchu, po czym podał agentowi teczkę. — Został sklasyfikowany jako SCP-PL-150 i to pan, z racji swojej sytuacji ma go pilnować.
Po krótkiej pauzie kontynuował.
— Mamy obecnie rok 2030. Od 13 lat oficjalnie pan nie istnieje. Jeśli spróbuje pan odmówić będziemy zmuszeni podać panu preparat amnezyjny klasy D i przeprowadzić program resocjalizacji. Rozumie pan?
— Rozumiem.
— Jedyne o co prosimy to prowadzenie notatek oraz nie dopuszczenie do śmierci obiektu. Jest to o tyle ważne, iż wtedy musielibyśmy zaczynać cały projekt od nowa.Przygotowaliśmy już wszystkie potrzebne rzeczy, jeśli potrzebuje pan jeszcze czegoś na proszę o tym poinformować. Wszystkie niejasności wytłumaczone są w raporcie, który pan otrzymał.
Doktor wstał wtedy znad biurka i spojrzał na agenta.
— Cóż. Rozkaz, to rozkaz. — westchnął Wróblewski, po czym razem z doktorem wrócił na korytarz.

Pół godziny później Michał leżał na dolnej pryczy w celi oznaczonej numerem 150. Przeczytał raport. On razem z milicjantem odwiedzili Fundację w roku 2027. Mieli czas, żeby wszystko przygotować. Wiedzieli, że im nie odmówi. Przenieść mieli się około godziny 10 rano. Miał czas na sen, jednak nie zmrużył oka. Całą noc rozmyślał co się stało z Julią. Miał się jej oświadczyć jeszcze w tym miesiącu. Pewnie dawno o nim zapomniała i zdążyła sobie ułożyć życie z innym. Wiedział, że już jej nie zobaczy i musi jakoś sobie z tym poradzić. Nawet nie zauważył jak zasnął, mimo głośnego chrapania swojego współlokatora.
Rano wypił trzy duże kawy i rozmyślał o tym w jakie gówno się wpakował. Później niby od niechcenia sprawdził ekwipunek. Musiał przyznać, że ten robił wrażenie. Ubrania, narzędzia, broń, racje żywnościowe - słowem wszystko, na każdą okazje. Resztę dnia spędził na siedzeniu w kantynie i udawaniu, że popija kawę. Czas leciał dla niego powoli, ale wkrótce nawet on miał przestać się liczyć.


Pan Mariusz nie wiedział co myśleć. Wczoraj ten cały Wróblewski powiedział, że wszystko jest w porządku, ale teraz nie był tego taki pewien. Mówił też coś o jakiś anomaliach, zakrzywieniach czasu, ale biedny milicjant mało co zrozumiał z tego naukowego bełkotu i bał się przyznać. Przynajmniej mógł się w spokoju wyspać. Nikt nie chciał mu nic powiedzieć, tylko dali mu identyfikator i plecak z jakimiś rzeczami. Wyglądało na to, że razem z Wróblewskim gdzieś jadą, bo on też taki dostał. Chcieli mu zabrać jego mundur, ale odmówił. Wstyd się przyznać, ale bez niego czuł się jak bez ręki. W końcu to on jest oznaką jego władzy.
Około godziny 10 zamknęli go razem z tym agentem w pokoju, w którym wczoraj spali. Tamten wydawał się przygnębiony i Mariusz nie chciał zamęczać go pytaniami. Zagadał tylko, żeby przerwać niezręczne milczenie:
— To gdzie jedziemy? — zapytał milicjant.
— Czas pokaże.


Tym razem "przeniesienie" wyglądało inaczej. Przez kilka sekund przed oczami obu mężczyzn przewijały się obrazy pokazujące jak to miejsce zmieniało się z biegiem lat. Po chwili było po wszystkim i milicjant oraz agent Michał stali między kilkoma kamienicami na skraju miasta. Wzdłuż szerokiej ulicy wyłożonej kocimi łbami stało kilka kamienic. Agent i milicjant stali chwilę w miejscu i przyglądali się temu miejscu.
— Gdzie my znowu jesteśmy? — zapytał mundurowiec.
— W tym samym miejscu, tylko że z jakieś 600 lat wstecz. Mówiłem panu, że powstają anomalie czasowe.
— Tak, oczywiście. Wie pan już nie ta sama pamięć co kiedyś.
— Nie wiadomo jak długo tu zostaniemy — powiedział agent bacznie rozglądając się po okolicy. — Warto by było zorganizować jakiś nocleg.
Po ulicy przechadzało się kilkanaście osób, a wśród nich był starszy facet w łachmanach, którego Wróblewski zdecydował się zapytać o drogę. Przedtem agent wyjął z plecaka jeden z gadżetów opisanych w raporcie. Skonstruował je Arxem - chłopak z przyszłości, którego przywiózł do ośrodka razem z milicjantem. Wyglądem urządzenie przypominało słuchawkę bezprzewodową, lecz w rzeczywistości był to uniwersalny tłumacz, który nie wymagał ładowania. Agent nie pozna szczegółów konstrukcji, ale najważniejsze było, że wynalazek działa i to całkiem dobrze.
— Przepraszam. — zaczął agent. — Wie pan gdzie jest najbliższy nocleg?
— A co to panic opowiada! Jaki pan! Jam jest Żyrosław z Kurowa. — powiedział radośnie mężczyzna. — Czemuż cny pan podchadza do takiego chłopa jak ja?
— Szukam miejsca, gdzie można przespać kilka dni.
— A to karczma niedaleko za rogiem, ale ja bym nie radził tej drogi obierać. Na placu leży lichy kamień, co powiadają, że nieszczęścia i klątwy same przynosi. — wytłumaczył chłop robiąc pod koniec znak krzyża prawą dłonią.
— Dziękuję. — odpowiedział agent. — A tak przy okazji, który mamy rok?
— Będzie jedna wiosna odkąd król Król Jagiellończyk skończył się wojować z Krzyżakami.
— Jeszcze raz dziękuję.
Potem agent Michał razem z milicjantem poszli w stronę placu, nic nie robiąc sobie z przestrogi spotkanego mężczyzny. Tamten tylko spojrzał ze strachem w oczach na znikających za rogiem kamienicy dziwnie ubranych jegomości.
Żyrosław miał rację i za rogiem jakieś 500 metrów od placu ,na którym byli, widać było szyld karczmy. Cały plac był pusty, widocznie nie tylko tamten chłop wiedział o właściwościach przeklętego kamienia. Głaz leżał spokojnie na środku placyku i nie wyróżniał się niczym od zwykłej skały, lecz agent po kilku latach pracy w Fundacji wiedział, że nie należy oceniać książki po okładce, a szczególnie jeśli ta książka zabijała ludzi.
— Niech pan nie podchodzi do tego kamienia — rzekł Wróblewski do oficera.
— Czemu? Toż to najzwyczajniejszy kamień — zapytał zdziwiony milicjant.
Tajniak nie udzielił mu odpowiedzi, lecz zdjął swój plecak i wygrzebał z niego coś czym każdy polski budowlaniec potrafiłby załatać każdą dziurę i połączyć dwie dowolne płaszczyzny - puszkę pianki poliuretanowej przymocowanej do pistoletu.
— No to do roboty — powiedział sam do siebie agent.
Po kilkunastu minutach pracy biała pianka na kamieniu zaczęła lekko żółknąć, co oznaczało, że można było już spokojnie podnieść kamień i powtórzyć to samo na z drugiej strony. Później, kiedy cały kamień został zabezpieczony wziął czarną torbę z plecaka i zapakował w nią kamień, który ważył może ponad 25 kilo. Dla młodego agenta i milicjanta nie był to kłopot i razem zawlekli go aż pod karczmę "Pod Złotym Koniem". Była to mała gospoda z dobudowanym tak zwanym "stanem" czyli stajnią razem z wozownią. Budynek prezentował się całkiem nieźle, a w stajni stało kilka koni oraz jeden wóz.
Nie wiedząc co z nim zrobić, zostawili kamień obok wejścia do stajni.
— Później go schowamy. Teraz zorganizujmy sobie nocleg — powiedział agent.
Weszli do karczmy. Uderzył w nich zapach spalonego tłuszczu i silnego alkoholu, który przed przyjęciem akcyzy był tańszy od barszczu. Po pomieszczeniu porozkładano kilka drewnianych stolików wraz z ławami. Przy stolikach siedziało paru mężczyzn, lecz w półmroku panującym w pomieszczeniu ciężko było dojrzeć rysy ich twarzy. Mimo to agent wiedział, że to na nich skierowany jest wzrok wszystkich zgromadzonych. Wróblewski wraz z mundurowcem przysiedli się do najbliższego stolika pod ścianą. Podeszła do nich młoda dziewczyna z ciemnobrązowymi włosami, która była prawdopodobnie córką gospodarza i próbowała przyjąć zamówienie:
— A cuż to pana sprowadza pod tę gospodę? — rzekła mrugając swoimi długimi rzęsami.
—Ja razem z moim towarzyszem — powiedział pochylając się w stronę Mariusza. — Chcieliśmy przenocować kilka dni.
— To ojciec takich rozlicza. — powiedziała, po czym wskazała na drewniane drzwi naprzeciwko tajniaka
— Dziękuję. — powiedział i gestem pokazał milicjantowi, żeby zaczekał.
Michał wstał od stołu i udał się w kierunku wskazanym przez dziewczynę, która przypomniała mu o jego smutku. Tak bardzo przypominała mu Julię. Agent opanował się dopiero, kiedy zobaczył jej ojca. Był mniej więcej wzrostu chłopaka, bo to najlepsze określenie na Wróblewskiego przy tej żywej górze mięśni. Jego głowę zdobiła piękna łysina, a twarz żłobiły głębokie zmarszczki. Można było pomyśleć, że pan domu przekłada siłę mięśni nad inteligencję, lecz wystarczyło spojrzeć w jego pełne powagi, bystre oczy, żeby zmienić zdanie. Prawdopodobnie robił jednocześnie za ochroniarza, skarbnika, dostawcę oraz oczywiście gospodarza karczmy. Jednym zdaniem, facet budził respekt.
Agent chwilę stał w milczeniu próbując uspokoić emocje, gdy mężczyzna przemówił:
— Czego? — warknął gospodarz.
— Chciałem zapytać o nocleg.
— Jeden grosz krakowski za jedną noc.
— Chyba coś się znajdzie — powiedział Michał przeszukując torbę. — O! Proszę.
Wtedy wyciągnął złotą płytkę o grubości 5 mm. Karczmarz wybałuszył oczy i rzekł do agenta:
— Proszę za mną.

Niedługo potem milicjant razem z agentem siedzieli w ich półtorej pokojowym apartamencie. Na przeciwko drzwi stało solidne dębowe łóżko z przykryte kilkunastoma warstwami różnokolorowych koców. Na lewo stała ogromna szafa z ciemnego drewna szafa, a obok niej na ścianie wisiał krzyż. Po drugiej stronie stał świecznik z na wpół wypaloną woskową świecą. Schowali plecaki do szafy, a sami zeszli po schodach na parter, żeby podziwiać piękno staropolskiej knajpy. Nie wzbudzili tym razem zainteresowania stałych bywalców i mogli w spokoju obserwować.
Milicjant po kilku minutach przemówił:
— Może byśmy coś zjedli?
Pomysł nie był zły, w końcu od śniadania nic nie zjedli. Agent przystał na jego propozycje, a po długim błaganiu zgodził się także zakupić odrobinę alkoholu, do którego milicjant najwidoczniej miał słabość.

Po kilku godzinach wspólnego biesiadowania drewniane misy świeciły pustkami, a trzeźwy był tylko agent, który nie chciał narażać swojej misji dla odrobiny gorzkiego trunku. Obok niego zasnął milicjant, który dobrym trunkiem nie pogardził. Michał westchnął i szturchnął mężczyznę.
— Panie Mariuszu.
Mundurowiec nagle podniósł głowę i zaczął rozglądać się dookoła.
— Gdzie? — wymamrotał pijany oficer.
— Późno jest może niech pan idzie do pokoju.
— Ty chcesz rozkazywać władzy ludowej? Pałowanie się… eee należy — powiedział szukając ręką swojej gumowej pałki. — Zaraz. Kurwa, zajeb…
— To ja może pomogę — przerwał mu agent, asystują przy wstawaniu od stołu.
Udało mu się wejść z na wpół przytomnym mężczyzną po schodach i wkrótce milicjant rozłożył się na łóżku i głośno chrapał. Wróblewski w tym czasie układał plan. Miał zamiar zrobić coś z przeklętym kamieniem, nie mógł przecież leżeć sobie przed karczmą. Udało mu się wygrzebać z plecaka składaną saperkę, która może nie była zbyt poręczna, ale nadawała się do kopania. Wychodząc z pokoju cicho zamknął za sobą drzwi i ruszył na dół. W Karczmie siedziało jeszcze kilku facetów z mocniejszymi głowami, więc Wróblewski nie wzbudził zainteresowania. Kamień leżał tam, gdzie go zostawili. Na zewnątrz było ciemno i słychać było jedynie parskanie koni dochodzące stajni, a kiedy się do niej zbliżył usłyszał śmiech. Nie radosny śmiech dziecka, ale szyderczy rechot bandytów zaczepiających córkę gospodarza dającą paszę koniom.
— Zostawcie mnie! — krzyknęła dziewczyna, kiedy jeden z nich przyciągnął ją do siebie.
Tamci tylko głośniej się śmiali. Nagle z karczmy wybiegł ojciec dziewczyny. Kiedy zobaczył grupkę napastujących jego córkę mężczyzn wściekł się i ruszył w ich stronę z zamiarem wyrównania rachunków. Wtedy w świetle księżyca dostrzegł błysk metalu pod gardłem własnego dziecka.
— Ani kroku! Chyba, że chcesz zobaczyć tę panienkę w mogile.
— Dość tego. — powiedział stanowczo agent.
— A ty kto? Taki jesteś chojrak? — powiedział wypuszczając dziewczynę, która od razu podbiegła do ojca.
Cała grupa ruszyła wtedy w stronę Michała. Tamten jednak zachował spokój, wiedział że w razie ostateczności może użyć swojego pistoletu.
— Nie zmuszajcie mnie do tego.
— Ha! — krzyknął bandzior, który trzymał dziewczynę, po czym rzucił się na Michała z nożem.
Ten zrobił unik w lewo wpadając na innego zbira. Widząc to gospodarz postanowił pomóc chłopakowi i prawym sierpowym powalił zachwianego przeciwnika. Tymczasem lider bandy ponownie ruszył do ataku. Szybkim cięciem zranił Michała w ramię, po czym odskoczył i planował kolejne posunięcie. Reszta grupy ruszyła na gospodarza i chłopaka. Michał wykorzystał jednak swoją saperkę i powalił jednego z nich. Pozostali dwaj zaatakowali karczmarza, który zaciekle się bronił. Wróblewski korzystając z chwili spokoju ocenił sytuację. Wtedy dostrzegł przywódcę bandziorów, który próbował zajść pana domu od tyłu. Nie czekając na rozwój wypadków jednym susem podbiegł do łotra i jednym ciosem w tył głowy pozbawił go równowagi, po czym dla pewności uderzył jeszcze raz. Ten leżał już na ziemi nieprzytomny, najprawdopodobniej ze wstrząsem mózgu. Kiedy jego towarzysze zobaczyli jaki spotkał go los porzucili zamiar walki i najzwyczajniej w świecie pobiegli w miasto. W stajni zostały tylko spłoszone konie, gospodarz wraz z córką oraz tajniak z raną ciętą.
— Dziękujemy panu za pomoc. Możemy jakoś pomóc?
— Właściwie to tak — powiedział agent uciskając ranę.


Nawet jeśli kamień został zakopany, to nie zakopano jego legendy. Ludzie wymyślali przeróżne historie na temat tego co stało się z diabelską skałą. Z czasem coraz trudniej było odróżnić te plotki od prawdziwej historii. Tak właśnie z anomalnego przedmiotu powstała legenda. Obecnie uważa się, że kamień stoi sobie na starówce, jednak co się stało z tym prawdziwym? Przeczytajcie sami.


Następnego dnia mocno skacowany milicjant i opatrzony agent opuścili gospodę. Nigdy nie wiadomo, czy zbiry nie będą chciały się zemścić na Wróblewski, w końcu wiedzą gdzie nocuje. Według jego prośby gospodarz zakopał kamień w stodole i przysiągł na Boga, że nie wyjawi tajemnicy. Michałowi to wystarczyło. W tych czasach ludzie wierzyli jeszcze w honor i mieli jakieś zasady. Wyszli na ulicę i nagle wszystko jakby się zatrzymało i powróciło znajome uczucie, kiedy po raz trzeci przenieśli się w czasie. Przez te kilka chwil widać było urywki historii tego miejsca. Czuło się tylko lekki chłód, a świadomość, że tamte czasy poszły już w niepamięć napawała spokojem. Zostało tylko jedno pytanie: "Gdzie wylądują tym razem?".
— Czas pokaże.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported