Dziennik Popielnickiego
ocena: +2+x

Manuskrypt został znaleziony przed zakratowanymi drzwiami, na XI piętrze "Kaedemu", 9 stycznia 2006 r. Wyprawa dr. Popielnickiego rozpoczęła się 5 stycznia 2006 roku i brały w niej udział jeszcze cztery osoby: starszy sierżant Tubacki, sierżant Kowalski, doktor Czerwińska oraz doktor Gordal (lekarz). Zadaniem grupy było zbadanie kwestii tunelu na IX piętrze Drugiego Pomieszczenia. Podczas pozyskania manuskryptu tunel zgodnie z oczekiwaniami odznaczał się skrajnym promieniowaniem wewnątrz. Wszyscy uczestnicy ekspedycji otrzymali statusy zaginionych.

5 I 2006 — 15:00
Zgodnie z poleceniem kierownika projektu, pozwolę sobie opisać naszą wyprawę już po rozpoczęciu. Myślałem, że zaglądanie trupom do jamy ustnej z latarką na czole jest odrażające, ale dziś czeka nas wejrzenie samej bestii do żołądka. Patrzymy przez jej płonące osierdzie, modląc się, by serce nie wróciło do życia. Przedzieramy się teraz przez tunel; zdążyliśmy się już wszyscy dobrze poznać, więc jest sporo śmiechu. Niemniej wszyscy jesteśmy pracownikami wyjątkowej organizacji, więc musimy zachować racjonalny dystans. Zatrzymaliśmy się. Sierżant Kowalski mówi, że możemy włączyć akumulator. Skorzystam z okazji, by się rozejrzeć. Żadnych odstępstw od norm.

15:15
Interesujące. Byliśmy w metalowej… kuli? Co prawda jestem fizykiem, ale kiedy zobaczyłem ten nowy akumulator… Boże, nawet nie wiedziałbym, za co się zabrać. Na szczęście sierżant Kowalski został przeszkolony w obsłudze urządzenia. Po kilku minutach, kompleks się rozświetlił. Idziemy dalej; nasz kolejny przystanek to "Kaedem", choć przyznam — bardziej interesowałoby mnie odkrywanie nieznanego. In Właśnie minęliśmy grupę ██████████. Byli w Habitacie przez trzy dni. Weszło tam pięciu, a wraca trzech. Byli przerażeni. Zapytani, co się wydarzyło, ze strachem w oczach wzruszali ramionami; kwestia poufna. Oczywiście, to nie nasza sprawa, ale dobrze byłoby wiedzieć, na jakie niebezpieczeństwa powinniśmy się nastawić. W każdym razie nie życzę nikomu takiego końca. Pomijając miniętych eksploratorów, wszystko nadal w porządku.

16:30
Weszliśmy na piętro IX. Lekarz zaleca nam godzinę przerwy, a potem dokonamy pomiarów. Możliwe, że nie jest to odstępstwo od normy, ale uważam, że powinienem opisać, czego już doświadczyliśmy w "Kaedemie". Po wejściu do wieży zaczęliśmy odczuwać na sobie czyjś wzrok. Prawdę mówiąc, uważam, że to dlatego, iż przed rozpoczęciem wyprawy inni naopowiadali nam niestworzonych historii, a my zwyczajnie wzięliśmy je sobie do serca. Doktor Gorbal podziela moją opinię. Patrzyłem również przez to okno na jedenastym piętrze: absolutna ciemność. Nie jestem nawet pewien, czy na zewnątrz jest pusto, czy coś nie jest przystawione do okien. Intrygowało mnie, by wyjrzeć przez to rozbite okno, ale w porę zatrzeszczał mój Geiger. Nie zalecam zbliżać się tam, o ile nie chcecie się ugotować w 15 grejach. Promienie Beta mogą przy tym oknie uśmiercić w pięć minut.

19:10
Promieniowanie w tunelu opadło do jednej trzeciej greja, tj. dokładnie 37 radów. Nie jestem pewien, czy czasem przez przypadek nie wyłączyliśmy tego całego systemu ochronnego, nie mamy jednak możliwości nikomu tego zakomunikować z powodu przestarzałej konstrukcji kompleksu. Zgodziliśmy się z doktor Czerwińską, iż niewiadomą jest, czy promieniowanie nie powróci, kiedy inni będą próbowali wejść do tunelu. Kwestią problematyczną jest także ewentualność reaktywacji systemu ochronnego, kiedy my będziemy w środku. Decyzja jednakże zapadła; na pocieszenie oznajmiłem im, że radiacja włączonego systemu ochronnego jest na tyle silna, by zabić nas w ciągu nastu sekund, tj. bezboleśnie. Pozostawiam rezultaty pomiarów u schodów na wypadek, gdybyśmy mieli nie powrócić. "Albatros" wykrywa kwanty gamma, które przy wejściu do tunelu zyskują dawkę elektronowoltów, wskazującą na rozpad Kobaltu-60. To nieoczekiwane. Anormalne. Nie wiemy, co dokonuje aktywacji neutronowej. Przecież musiałaby tutaj pięć minut temu wybuchnąć bomba jądrowa. Sytuacja nie jest na razie niebezpieczna, ale <u>koniecznie</u> należy zbadać kwestię pochodzenia promieniowania neutronowego. Wchodzimy.

21:00
Zaskoczyła mnie długość tunelu. Idziemy od niespełna dwóch godzin zygzakowatą w większości ścieżką, która wydaje się nie kończyć. Promieniowanie na poziomie względnie bezpiecznym. Rozbiliśmy "obóz". Ciekawi mnie, dokąd zaprowadzi nas jutro, to jest o ile w środku nocy nie uruchomią się systemy ochronne kompleksu. Nasila się również anomalia cienia. Niekomfortowo będzie spać, wiedząc, że mój cień pada na ścianę, dwanaście metrów z tyłu. Doktor Gorbal uważa, że naliczył w pewnym momencie sześć. Nie traktuję tego poważnie, ale nie pracowałbym w Fundacji, gdybym nie potrafił być otwarty. Ośmielę się stwierdzić, że wszystko w normie.

6 I 2006 — 12:30
Okazało się, że wyjście było tuż przed nami. To, co ujrzeliśmy, przerosło nasze oczekiwania. Wielka hala, szereg wyrzutni i to, o czym myślą wszyscy, a nikt nie mówi — rakiety z głowicami jądrowymi. Na odległym suficie otwarty właz, widać promienie słoneczne. Doszło do niewielkiego nieporozumienia między mną a sierżantem Tubackim. Mężczyzna jest zdania, że nasze odkrycie należy — przed zrobieniem czegokolwiek — zgłosić Dowództwu. Nie mogę się z nim nie zgodzić, ale reszta grupy naciska na pobieżne zbadanie znaleziska, by przed informowaniem zwierzchników zebrać interesujące nas wszystkich informacje. Sierżant Kowalski zaproponował, że agenci pójdą to zgłosić i ściągną odpowiednich ludzi. My mamy w tym czasie nie opuszczać tego miejsca, a odpowiedzialność za pozostawienie nas bez ochrony spada na moją osobę. Podpisałem oświadczenie. Sierżant Tubacki był gotów nas ubezwłasnowolnić (rozumiem, że ma do tego prawo), ale sierżant Kowalski najwyraźniej rozumie wagę celu, który nam przyświeca. Po ich odejściu rozdzieliliśmy się z doktor Czerwińską i doktorem Gordalem. Oni eksplorują pobliskie biura w poszukiwaniu dokumentów i panelu kontrolnego, a ja badam rakiety. Nie wiem, za którą się zabrać, jest ich zbyt wiele; szacuję, że około kilkaset, bo końca tego pomieszczenia nie widać. Promie Przyznaję, że zaczynam odczuwać przygnębiającą niepewność, a anomalia cienia sprawia czasami wrażenie jakby ode mnie uciekała. Może nie powinniśmy się rozdzielać. Nie wiemy, co tu jeszcze jest, a w grupie siła. Kieruję się w stronę biur, spróbuję ich dogonić. Niewielkie odstępstwa od normy.

14:00
Robię sobie krótką przerwę. Przeszedłem kilkadziesiąt pustych biur, nie mogąc znaleźć doktorów. Łapię się na usilnym zaprzeczaniu mojego strachu, ale to nie ma sensu. Tak, mam podwyższony puls i bardzo gwałtownie reaguję na najcichszy hałas. Obawiam się, że doktorzy mogli ruszyć za agentami, ale przecież powinienem o tym zostać poinformowany. Byłoby to też niezgodne z poleceniem sierżanta Kowalskiego, który rozkazał nam nie opuszczać nowo odkrytego rejonu. W tej chwili nie pozostaje mi nic innego, jak wznowienie poszukiwań.

15:00
Obszedłem wszystkie biura i nadal nic. Nie znalazłem także panelu kontrolnego, a drzwi prowadzące do innych sekcji tego obszaru odznaczają się niebezpiecznym promieniowaniem. Wracam do miejsca, w którym przedtem się rozdzieliliśmy. Mam nadzieję, że jakimś sposobem zdołaliśmy się minąć, a oni wrócili do rakiet. Jeżeli ich tam nie będzie, niecham badania i wracam do Komórki Badawczej 27 na własną rękę.

16:20
Popełniam błąd, bo tracę czas na pisanie tego dziennika, a powinienem się stąd wynosić. Kilka minut temu z tunelu wyszło coś, czego nie potrafię opisać bez uciekania się do myślenia abstrakcyjnego… jakby człowiek się rozpłynął pod wpływem radiacji, a potem znów powstał w jedno. Wymknąłem się w dół pomieszczenia i uciekam od rakiety do rakiety. To coś mnie nie widzi, ale bardzo gwałtownie reaguje na dźwięki i zapewne na zapach, bo bardzo głośno wącha. Nie wiem też, jak opisać to, co robi z "ustami". Mlaskanie? Jakby było wygłodniałe. Nie zamierzam z tym czymś rozmawiać, zapewne byłby to mój ostatni błąd.

16:50
Jestem w jednym z biur i mam w ręce pistolet z sześcioma nabojami. Gdybym wiedział, że trafię tam, gdzie trzeba, już dawno bym się tego czegoś pozbył. Z drugiej strony przeraża mnie myśl, że wtedy by mnie zobaczyło. Podąża za moim zapachem i dźwiękami, jakie wydaję, kiedy się poruszam, dlatego nie powinienem się zatrzymywać. Mam okazję wejść do tunelu, chociaż zapewne wtedy mnie zobaczy. Przeraża mnie to całe "mlaskanie". To już nie ekspedycja naukowa, a walka o przetrwanie. Właśnie. Ujrzałem ciała moich towarzyszy, ale to niemożliwe, by to coś ich zabiło, ponieważ odkąd wyszło z tunelu, podąża tylko za mną. Ostały się tylko ich głowy i struktura kostna. Siłuję się z odruchem wymiotnym i chęcią poddania się szokowi, ale adrenalina utrzymuje mnie przy życiu.

18:55
Złamałem sobie nogę. To koniec, Popielnicki, gotuj się na spotkanie z diabłem. Monstrum za mną bezustannie podąża, a dźwięki mlaskania mrożą mi krew w żyłach, są coraz głośniejsze. Zauważyło mnie, kiedy kierowałem się do tunelu, ruszyło tempem, przez które poczułem, jakby moje nogi były z waty. Strzelałem prosto w "tors", ale poza przewróceniem potwora, nic mu się nie stało — jedynie pogorszyłem własną sytuację, bo się rozjuszył. Tak to jest, kiedy człowiek walczy o swoje życie, bo działa pod wpływem impulsu. Przynajmniej jednak wiem, że nie mam żadnych szans w starciu. Mógłbym się modlić, by agenci wraz z ludźmi, po których poszli, znaleźli mnie prędzej niż to coś, ale wiem, że to fałszywa nadzieja, bo jest na to zbyt wcześnie. Obawiam się, że mogli nawet nie wyjść z tunelu, kiedy to coś się w nim znalazło. Niech włączy się to przeklęte promieniowanie i mnie zabierze, zanim przyjdzie monstrum i zrobi coś, o czym nawet nie chcę myśleć. To koniec. Popielnicki.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported