Hostis
ocena: +3+x

Mężczyzna pogładził po grzywie swojego wierzchowca, po czym powoli się zeń zsunął. Następnie podszedł do odzianego w czerń sprzedawcy trumien.
Niewiele starszy, może czterdziestoletni, mężczyzna z zaznaczonym mięśniem piwnym spojrzał na Juliana, dłonią chroniąc oczy przed promieniami słońca.
— Pan w interesie?
— Ile za dębinę? — zapytał Julian.
— Dwadzieścia, ale deska wytrzymała, toteż szybko się nie rozleci. — Uśmiechnął się trumniarz, próbując udawać czarującego. — Nie, żeby to dobra cecha była, ale przynajmniej jak droga wyboista, to się trumna nie otworzy, pecha sprowadzając.
Julian spojrzał na leżące na wozie ciała owinięte w prześcieradła. Kilka z nich znaczyła wydobywająca się z przedśmiertnych ran krew. Chciał, by się zaczęły ruszać. Chciał, by dały mu znać, żeby tego nie robił. Odpowiedź jednak nie nadeszła. Nie miał pojęcia, dlaczego, ale ten świat z jakiegoś powodu sprawiał, że Julian, wbrew sobie i tylko, kiedy się nad tym nie zastanawiał, wierzył w istnienie czasu.
— Będę potrzebował stu i zamówię je tutaj, jeśli zejdzie pan do dziesięciu za sztukę — ponownie zwrócił się do trumniarza Julian.
Sprzedawca ujawnił niepełny zgryz, wyrażając grymas powątpiewania, po czym przekręcił głowę, jakby chciał się dopatrzeć w Julianie dowcipności.
— Powiedziałem coś śmiesznego? — zapytał Julian.
— Widzę, że przywiózł pan pięć ciał i, w ogóle przyjmując, że dopuszczałbym taki interes, nie mogę się zgodzić na udzielenie takiego rabatu na samo słowo kogoś, kogo nie znam. Nie mogę mieć żadnej pewności, że będzie ich razem sto. Może i jestem ze wsi, ale nie jestem głupi.
Julian uśmiechnął się w kąciku ust. Wyciągnął z kieszeni lniany woreczek, brzęczący monetami, i podał go sprzedawcy.
Mężczyzna otworzył pakunek i spojrzał do środka. Następnie uniósł pytająco głowę, rozdziawiając usta.
— Może i nie jest pan głupi. — Julian podszedł do wozu, obrócił się i z uśmiechem dodał: — Jednakże to głupi mają takie szczęście.
Nie czekając na odpowiedź, Julian położył dłoń na jednym z prześcieradeł i pożegnał żonę uśmiechem, po czym się przeżegnał i szepnął:
— Zawsze najlepsze miejsce na widowni, kochanie.


Wieśniak uciekał, głośno dysząc. Nie ważył się spojrzeć za ramię; przeczuwał, że to skończyłoby się tragicznie. Przedzierał się przez liściastą zasłonę, wiedząc, że lada chwila dobiegnie do bramy, gdzie z pomocą przyjdą mu strażnicy.
Tymczasem Julian, nie spiesząc się, szedł za mężczyzną, a obok prawej nogi bezgłośnie truchtał piękny, czarny ogar. Co chwilę spoglądał na swojego nadzwyczaj cichego ostatnio pana, by zobaczyć jego uśmiech albo chociaż pochwalne kiwnięcie głową. Maluch czuł, że jego pan jest nie w humorze, i bardzo mu się to nie podobało.
Wreszcie Julian doszedł do bramy, gdzie uciekający przed nim mężczyzna żywo gestykulował coś przed dwoma strażnikami uzbrojonymi w podrdzewiałe miecze, a widząc kroczącemu ku sobie mężczyznę w ciemnym płaszczu, zaczął go wskazywać. Obaj strażnicy, jakby od niechcenia, stanęli naprzeciwko Juliana. Byli od niego więksi i przede wszystkim uzbrojeni.
Mimo to, kiedy Julian przemówił, gwałtownie się od niego odsunęli, instynktownie czując, iż w pobliżu znajduje się drapieżnik na wyższej pozycji w łańcuchu pokarmowym:
— Dobry wieczór.
Uciekający przed nim wieśniak opuścił rękę. Spojrzał na strażników, którzy nie potrafili wydobyć z siebie słowa, po czym jego uwagę przykuł sięgający kolan Juliana młody ogar.
— Dlaczego uciekałeś? — zapytał wieśniaka Julian.
Mężczyzna z trudem zdobył się na odpowiedź:
— Bo… bo pan i pański pies mnie… chyba gonili… tak myślałem.
— Byłeś jedyną osobą w miejscu, którego nie znam. Nie mogłem pozwolić ci odejść. — Julian wzruszył ramionami. — Wybacz, jeśli… wystraszyłem cię na śmierć.
— To… to znaczy? — Wieśniak spojrzał na strażników, którzy znów odsunęli się od Juliana.
— Szukam alchemika. Możesz mi wskazać drogę, z łaski swojej? — odparł Julian.
Mężczyzna niepewnie wskazał palcem na zachód i powiedział:
— Dwa… dwa, może trzy kwadranse drogi, przed mostem. Będzie tablica.
Julian przybrał chwilowy uśmiech i życzliwie skinął głową. Jeszcze chwilę popatrzył na zamek i pokręcił głową.
— Cuchnie śmiercią, idealne miejsce na cmentarz, moim zdaniem. Żywi nie powinni tu mieszkać… — Julian pogładził ogara po głowie i ruszył w drogę, rzucając na odchodne: — Zmysły można postradać.
Kiedy przerażający jegomość już odszedł, wieśniak z niedowierzaniem, niczym wybudzony ze snu na jawie, zwrócił się do strażników:
— Ten mężczyzna mógł chcieć mnie zamordować! Co was tak wryło?
Strażnicy się roześmiali i machnęli na wieśniaka rękami. Nim stanęli ponownie przy bramie, z kpiną w głosie jeszcze rzucił jeden:
— Widziałem świrów już kilku, ale żaden jeszcze nie dyskutował tak zażarcie ze szczenięciem! Jakby konie potrzebowały pomocy w rozeznaniu się po terenie, na pewno będziemy o panu pamiętać.


Czterech mężczyzn, trzech starszych i jeden młodszy, ubranych w drogie płaszcze siedziało przy okrągłym stole, na którym leżała niewielka, mahoniowa skrzynka. Najmłodszy z nich napełnił kielichy reszty czerwonym winem i wygodnie się rozsiadł.
— Zniszczyć… zniszczyć… zniszczyć… — powiedział, wpatrując się w skrzynkę.
— To nie tak, proszę pana — odrzekł jeden ze starszych. — Honorujemy procedury…
Wypowiedź staruszka przerwał głośny huk, po którym w pokoju zaśmierdziało prochem, a pozostali starsi mężczyźni odsunęli się od mężczyzny, który spoglądał teraz w rozszerzającą się na jego torsie plamę krwi. Po kilku sekundach osunął się z fotela i upadł na podłogę.
— Zabijacie niewinnych — kontynuował młody mężczyzna, po czym dmuchnął w wylot lufy i odłożył pistolet na stół. — Nie macie żadnego honoru.
— Czy… — przemówił jeden z dwóch pozostałych starców. — Czy mogę coś powiedzieć, proszę pana?
Strzelec przytaknął.
— Otóż… to nie my, tylko nasi ludzie.
— Chcesz powiedzieć, że nie potraficie kontrolować własnych ludzi? — ryknął młody mężczyzna. Następnie cicho dodał: — A na dodatek zwalasz winę na ludzi, którzy słuchają twoich rozkazów pod groźbą terminacji.
— To…
Młody mężczyzna machnął ręką:
— Zejdź mi z oczu; nie mam ochoty na ciebie patrzeć.
Starzec przez chwilę jeszcze spoglądał na młodszego mężczyznę, ale nie odważył się przerwać pełnej napięcia ciszy. Z udawanym szacunkiem pochylił głowę i opuścił pomieszczenie.
Wtedy młody mężczyzna wstał i podszedł do zastrzelonego. Przyłożył palec do jego tętnicy szyjnej, po czym zwrócił się do ostatniego pozostałego w biurze starca.
— Fundacja to nie kompania najemnicza. Nie zabijamy cywilów bez ekstremalnie ważnego powodu. — Mężczyzna zbliżył się do stolika, po czym odchylił wieko skrzynki. — Spójrz.
Starzec, zdystansowany, ale zaintrygowany jej zawartością, powoli nachylił się ku przedmiotowi, żeby lepiej widzieć, co znajduje się w środku.
Poplamione krwią rude włosy. Krew spływająca bez końca z rany na czole młodej kobiety. Zapach rumianku.
— Wiesz, kto to? — zapytał młody mężczyzna.
Starzec bez słowa pokręcił głową, a drugi mężczyzna zamknął powoli wieko skrzynki.
— Wyobraź sobie, że ja też nie wiem. — Mężczyzna wychylił do końca swoją lampkę wina. — W tym problem.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported