Niebyłe Wspomnienie
ocena: +11+x

Pośród martwej pustki spalonej ziemi, poprzecinanej zewsząd wielkimi rowami i kraterami, osamotniona postać przemierzała jałowe, przeorane zgliszcza. Ciało wielokrotnie owinięte warstwami zniszczonego, niejednokrotnie łatanego i wiązanego materiału dawały prymitywną, lecz skuteczną ochronę przed strutym Piołunem powietrzem, które usilnie starało przedrzeć się przez zużyte, śmieciowe filtry równie prymitywnej maski pozostawiając po sobie jedynie charakterystyczny zapach.

Zdobiony kawałkami brudnego, pożółkłego materiału kij dawał dodatkowe podparcie i pomagał przedzierać się przez teren, po którym nie powinna stąpać już żadna żywa istota, gdzie już nie wiadomo jak dawno temu przetaczały się niewyobrażalne wały śmierci, konfrontujące się z wolą życia.

Nie pamiętał, ile już szedł, ile kroków wykonał. I nie było to istotne. Wiele spraw doczesnych i przyszłych było już nieistotne. Wszystko umarło. Ocaleni i tak byli już martwi.

Spojrzał w stronę nieba pokrytego gęstym, brunatnym kocem pseudochmur, unoszących się niebywale nisko. Przypomniał sobie drobne istoty, o zapomnianej przez niego już lata temu nazwie, wędrujące po nieboskłonie — miejscu, które teraz wyssałoby życie ze wszystkiego, co ośmieliłoby się do niego zbliżyć. Samotne promienie słońca jako jedyne potrafiące przebić się przez rdzawy całun powoli stawały się coraz słabsze, a on wiedział, że musi znaleźć jakiekolwiek schronienie.

Gdy przekroczył wzniesienie, zauważył w oddali smukły, strzelisty kształt, pozostający w bezruchu. Górujący nad wszystkim, tak inny, niepasujący do krajobrazu. Oczywiste było, że nie powinien się tam nigdy znaleźć, ani nie powinno się do tego dopuścić. Kształt trwał w ciszy, delikatnie pobłyskując niewielkimi światłami na swoim górnym segmencie, jakby odznaczając swoją obecność pośrodku niczego.

Obserwował przez chwilę dziwny obiekt z niepokojem drążącym jego podbrzusze, rosnącym z każdym zachrypniętym oddechem. Chciał już się wycofać, gdy nagle zauważył silny blask, dochodzący od odległego obiektu. Wszystkie światła jak na komendę skierowały się w jego stronę, z niewiarygodną jasnością i siłą oświetlając go niczym reflektory przeciwlotnicze.

Poczuł strach i panikę, w jego piersi serce zaczęło walić, a w pachwinie oraz nogach rozchodziła się swędząca potrzeba ucieczki. Został zauważony.

Nim zdążył się odwrócić, wszechobecną ciszę przerwał głuchy, głęboki ryk trąby, ignorujący odległość z wielkim podmuchem pyłu. Ze szczytu kształtu w wybuchu wylęgły się bure, smoliste opary. Jak na rozkaz, w czasie krótszym od ułamka sekundy obiekt zaczął wydawać ciężkie, rezonujące buczenie, poruszył się i począł zdawać się, rosnąć w oczach, wydając co chwilę piekielne, metaliczne i coraz donośniejsze trąbienie.

Kształt ruszył w jego stronę z szybkością, jakiej nie mógł osiągnąć żaden obiekt tej wielkości. Nie. Jakiej nie powinien być w stanie osiągnąć żaden relikt wojny. Jakby całkowicie pozbawiony oporu terenu. Pędził w dochodzącym z oddali huku i buczeniu odbijającym się przez miazgę zębów.

Mężczyzna w szmatach zaczął uciekać, potykając się o osłabione i przeżarte chorobą oraz zmęczeniem nogi. Dysząc i chrząkając, kiedy maska nie była w stanie filtrować gorzkiego powietrza, zaczynającego palić jego płuca. Serce biło jak oszalałe, uszy mogły jedynie odbierać dźwięki wydawane przez przesuwającą się, huczącą górę, niemal głuchnąc co moment. Bębenki coraz bardziej i boleśniej drżały od odgłosów i zaczynających docierać do niego drgań ziemi.

Rozległa się kolejna trąba, ogłuszająca i przerażająca, powodując sztywnienie mięśni. Czuł, jak wibracje przechodzą go na wskroś. Penetrując każdą tkankę, każdą komórkę w jego ciele, rezonując w kościach i płucach, zamieniając je w śmiertelny instrument, grający samemu sobie marsz pożegnalny.

W coraz krótszych odstępach czasu trąba smukłej, strzelistej góry rozbrzmiewała coraz głośniej, podobnie jak huk i ryk stawały się coraz bardziej ogłuszające. Przestawał słyszeć swój własny oddech.

Odwrócił głowę i zobaczył zbliżającą się drżącą, ciemnoszarą ścianę przesłaniającą niemal całkowicie widok horyzontu w pomazanych szkłach gogli.

Serce szalało, bijąc w żebra, jakby zaraz miało je pokruszyć i uciec bez reszty ciała. Strach przed niezrozumiałym horrorem wyrywał jego ciało do kulawego biegu, a potworna maszyna wydawała szaleńczy ryk pozbawiający zmysłów.

Pot spłynął mu po rozgrzanych plecach, potęgując wrażenie chłodu i rozgrzania. Toksyczne opary coraz bardziej utrudniały oddech i zagęszczały coś w gardle, blokując drogi oddechowe i podduszając.

Usta były suche i spękane.

Okopy były już blisko. Widział je.

Nieco z boku, ale prosto przed nim.

Tak blisko. Tak niewiele.

Ale zbliżał się do nich w spowolnieniu. Jakby brodził w gęstym, lodowatym błocie, jakby nieznana siła próbowała zatrzymać go i wessać wprost w śmiertelne objęcia maszyny.

Wiedział, że nie da rady. Resztkami sił wskoczył do bliższego wielkiego rowu pełnego zgliszcz i wykopał niewielką dziurę, zdzierając przy tym płótno z rąk, które zaczęły pokrywać się sinym nalotem Piołunu. Wszedł do niej i okrył całość solidnym kawałkiem leżącego obok suchego drewna, całkowicie osłaniając się od widocznej ponad krawędzią strzelistej góry.

Przywarł do ziemi, suchy pył zaprószył powierzchnię gogli, niemal uniemożliwiając dostrzeżenie czegokolwiek, a ręce paliły od wystawienia na żółć powietrza. Jedyne co słyszał to rozlegający się huk, jakby tysiące ogromnych dzwonów biło jednocześnie z głuchym i głębokim jękiem.

Wibracje powodowały, że nie potrafił nabrać powietrza, a huk już dawno trwale podrażnił słuch. Maszyna znajdowała się tuż nad nim. Mrowienie ciała zamieniło się w uczucie ściskania, któremu towarzyszyło coraz większe parzące uczucie gorąca. Poczuł, jak mięśnie zaczęły trwać w nienaturalnym skurczu, jakby dotknął przewodów pod wysokim napięciem, które gniecie, dusi i bezlitośnie męczy. W ustach poczuł charakterystyczny, metaliczny posmak dający o sobie znać coraz bardziej.

Czuł, jak jego prowizoryczna tarcza coraz mocniej ulega sile, próbującej wyrwać ją i odsłonić znajdującą się pod nią postać. Rozległa się kolejna trąba. Gdyby zatkał uszy, straciłby osłonę i wystawił na diabelskie wnętrze równie czarciej góry.

Jeszcze chwilę, może da mu spokój.

Kolejna trąba spowodowała, że intuicyjnie złapał się za głowę, aby uchronić resztki słuchu.

Kawałek drewna został wyrwany w powietrze i zmielony na wióry.

Ujrzał momentalnie chaotyczne, huczące ciemne wnętrze bestii wysysającej z niego życie nie wiedząc, co w rzeczywistości widzi. Nastała ciemność.


– I właśnie to mi się śni od bodajże miesiąca, doktorze.

Lekarz stuknął dwa razy bezdźwięcznie długopisem w blat.

– Miewał Pan może inne, podobne koszmary?

Mężczyzna w fotelu zmienił lekko pozycję, jakby był gotowy w każdej chwili uciec.

– Tak, aczkolwiek się różnią. Czuję, że to nie jestem ja, wyglądam dokładnie jak jeden ze Szmaciarzy z tamtego miejsca, jakbym był w jego ciele. Czasem jestem sam, czasem w grupie, okolica się różni, jest więcej lub mniej zgliszcz, spalonych pól i lasów. Schemat jest zawsze taki sam. Idę w nieokreślonym kierunku, chociaż mam dziwne wrażenie, że wiem, dokąd zmierzam. I wtedy…

– Zauważa Pan komin.

– Tak. Jest w nim coś dziwnego, niepokojącego. Mam wrażenie, jakby była to rozumna istota, która chce jedynie śmierci… Wiem, że to oklepane.

– Cóż, koszmary senne zazwyczaj tym się charakteryzują. Mózg próbuje sam sobie stworzyć zagrożenia, z którymi musi sobie poradzić. Mówił Pan, że od miesiąca się tak śni?

– Tak, krótko po tym, jak zakończyliśmy ostatnią ekspedycję. Byłem członkiem głównej grupy…

– A koledzy? Miewają problemy ze spaniem?

– Raczej nie, albo się nie chcą przyznać…

– Mhm… coś jeszcze pan zauważa?

Mężczyzna chwilę się zastanowił.

– Nie… Ten pomysł z zakopaniem, wydaje mi się tak rozsądny, nie wiem. Skądś mam wiedzę, że powinienem zejść jak najgłębiej pod ziemię i tam przeczekać.

– Czy podobne sytuacje zdarzały się podczas ekspedycji?

– Nie, nie – zaprzeczeniu towarzyszyło delikatne wstrząśnięcie głową – ja z chłopakami zazwyczaj trzymaliśmy się razem. Gdy widzieliśmy kominy, były daleko i nigdy nie stanowiły zagrożenia, nawet nie sprawiały wrażenia szczególnie groźnych. Jednak przez to… powoli nabawię się fobii.

– Mhm… – zamruczał ze zrozumieniem lekarz – przepiszę Panu leki… to bierze pan rano i wieczorem, to na uspokojenie, a to zaraz przed spaniem, pomogą panu szybciej zasnąć i powinny sprawić, że nie będą śniły się koszmary.

– Dziękuję.

– Za 3 dni przyjdzie Pan do kontroli.

Mężczyzna chwilę się wahał, ale jednak postanowił powiedzieć lekarzowi o jeszcze jednej rzeczy.

– Jeszcze mam dziwne wspomnienie, w zasadzie budzę się z tym tekstem w głowie.

Doktor w kitlu spojrzał ze słabą nutką zaciekawienia na swojego pacjenta.

– Pamięta go Pan?

– Tak, coś w stylu – mężczyzna chrząknął – „Abandonnés par la Mort, nous restons dans le Néant.”… to chyba po francusku, ale nie znam tego języka praktycznie.

– Słyszał lub widział to Pan gdzieś?

– Właśnie nie, nigdzie dotąd. Chciałem sprawdzić w tłumaczu jakieś znaczenie tej frazy, ale ciągle się przed tym wstrzymywałem…

– Niech Pan to powie jeszcze raz, nagram to i poproszę znajomego, by to przetłumaczył.

Lekarz wyciągnął telefon z włączonym dyktafonem.

– Za te trzy dni wszystko będzie jasne.

Po wykonaniu nagrania i pożegnaniu się z pacjentem lekarz przez dłuższą chwilę oglądał w zastanowieniu telefon w ręce. W końcu zdecydował się i zaraz po wysłaniu maila do znajomego tłumacza, przepuścił nagranie przez translator internetowy.

Po chwili wesoły niepasujący do brzmienia sentencji automatyczny głos wypluł jej prawdopodobne znaczenie. Brzmiało ono:

Opuszczeni przez Śmierć, pozostajemy w Nicości.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported