Niecałe pół godziny
ocena: +9+x

Wchodzę do Ośrodka 5. Najmniejszej polskiej placówki. W sercu Opola.

Funkcjonariuszka ochrony, udająca przemiłą recepcjonistkę polskiego oddziału malezyjskiego banku, z uśmiechem wstaje ze swojego krzesła obrotowego i z gracją do mnie podchodzi, podając mi rękę i pytając, w czym może mi pomóc.

— Chciałbym spieniężyć czek. — Wyjmuję z kieszeni swojej skórzanej kurtki świstek papieru i podaję go pani recepcjonistce.

Kobieta traci uśmiech i z uwagą wczytuje się w czek. Po pięciu sekundach uśmiecha się do mnie i podchodzi do swojego biurka. Po chwili grzebania w szufladzie wyjmuje zeń legitymację. Z tablicy korkowej pobiera malutki, brązowy kluczyk. Następnie podchodzi do mnie i wręcza mi legitymację.

— Panie Stanisławie Czesławie Pieńkowski. Podczas pobierania gotówki o takiej wartości zalecana jest rozmowa z kierownikiem. — Kobieta otwiera bielutkie drzwi za swoim biurkiem i ręką zaprasza mnie do wejścia.

Widzę ciągnący się setki metrów w dół biały korytarz. Ma sprawiać wrażenie zejścia do skarbca. Mimowolnie się uśmiecham i przekraczam próg. Sekundę później słyszę delikatne zamknięcie drzwi za sobą. Spoglądam na legitymację, którą mi wręczono:

Nr: 04WB832
Asystujący funkcjonariusz ochrony
Poziom 0.
Przydział tymczasowy

Zakładam ją na szyję. Ściągam swoją kurtkę i obracam ją na drugą stronę — przeobraża się w czarno-białą kurtkę strażnika. Z kieszeni spodni wydobywam dyktafon przypominający łańcuszek, który zawieszam na szyi.

— Architektura zgodna z wymogami. Brak dostatecznej ochrony wejścia. Recepcjonistka przyjęła podrobiony czek. — szepczę i rozpoczynam zejście.

Schodząc, obserwuję obserwujące mnie kamery. Dwie rozstawione co dziesięć metrów. Obie strzegą dwóch różnych stron korytarza. Teraz jednak śledzą mnie.


Wreszcie docieram do jakichś drzwi. Otwieram je.

Ogromna hala z oknami, za którymi lampy halogenowe symulują dwunastą w południe. Kręci się tutaj kilkanaście osób. Większość ma na sobie białe fartuchy. Trójka — takie uniformy, jak ja. Obserwuję halę, próbując dostrzec wszelkie skazy, które powinny zawstydzić wydział bezpieczeństwa. Kątem oka widzę, jak jeden ze strażników się do mnie zbliża. Moje ciało jest przygotowane do skręcenia karku, ale muszę udawać całkowitego laika.

Chłop jak dąb. Łysy, co drugi dzień odwiedza siłownię. Uśmiecha się do mnie, nie mrużąc oczu — imituje dobry nastrój. Nagle uśmiech rzednie.

Nr: 04WB520
Starszy funkcjonariusz ochrony
Poziom 2.
Ośrodek 5

— Osiem-trzy-dwa… jaśnie panu wydaje się, że jesteśmy, kurwa, w przedszkolu? Co to ma być?! Pracę zaczynamy o szóstej zero, zero. Nie o… — Mężczyzna spogląda na zegarek. — No, kurwa! Facet! Jest za dziesięć siódma. Do kierownika ochrony! Zapierdalaj!

Wbrew tonowi nie jest przeładowany agresją. Połączeniem swojej statury i dynamiki sprawiłby, że laik złagodniałby jak baranek. Nic nie mówiąc, jedynie kiwam głową i kieruję się w stronę, w którą mężczyzna wskazuje palcem.

— Pięć-dwa-zero. Rekomendacja dla tego pana i podwyżka. Co prawda, wszedł w kompetencje przysługujące poziomowi trzeciemu, aczkolwiek zna swoje miejsce, ponieważ procedurę dyscyplinującą pozostawia w rękach swojego przełożonego. Respektuje regulamin, aczkolwiek spojrzał na zegarek, więc zapewne jest w stanie zdystansować się do niewielkich przeoczeń względem czasu rozpoczęcia służby innych pracowników ochrony. — szepczę do siebie, kierując się w stronę drzwi oznaczonych: "Kierownik ochrony".


Wielkie, zbyt wielkie biuro, jak na strażnika. Jego forma pozostawia wiele do życzenia. Mężczyzna po trzydziestce, z mięśniem piwnym powodującym zapewne chorobę lusterkową. Nogi na biurku. Kurtka na oparciu. Kalendarz z przeszłego roku, przedstawiający roznegliżowane… Nie chcę nawet wiedzieć, co to jest.

Nr: 04WB318
Kierownik ochrony ośrodka
Poziom 3.
Ośrodek 5

— Nie znam was. Coście nabroili? — mruczy "kierownik ochrony", nie odrywając wzroku od komputera. Jego fotel też mruczy, siląc się, by nie rozpaść się pod wpływem słoniowego ciężaru.

— Spóźnienie o pięćdziesiąt minut — mówię, próbując wejść z mężczyzną w kontakt wzrokowy, co jednak się nie udaje.

Kierownik ochrony macha ręką.

— Ja o trzydzieści. Dobra, to upominam cię, żebyś przychodził na czas. Masz szczęście, że to twój pierwszy raz i… wypieprzaj, bo mam… dużo do roboty. —

Czuję uderzenie adrenaliny. Zmysły się wyostrzają. Podchodzę do kierownika, sprawiając, że wreszcie zaczyna patrzeć mi w oczy.

— Powiedziałem, że możesz wyjść. — Co chwilę odrywa ode mnie wzrok.

— Gdyby tak… Gdybym tak był operatorem Globalnej Koalicji Okultystycznej i chciałbym ci teraz poderżnąć gardło, ponieważ mam taką ochotę. Co byś mi zrobił? Widzisz… Jestem pierwszy dzień w pracy i widzę takiego kierownika ochrony, to wydaje mi się, że mogę się spóźnić trzy godziny i jedyne, co zrobisz, to nadal będziesz wpatrywał się w te swoje pierdoły, zakładam jakieś babsztyle, na widok których ci staje. Na Boga, człowieku… Kto z ciebie zrobił kierownika ochrony? — Śmieję się na siłę, ale udaję to na tyle dobrze, że nie jest w stanie zauważyć fałszywości w moim zachowaniu.

Jest osłupiony. Wstaje wreszcie z krzesła i próbuje wywrzeć na mnie wrażenie faktem, że jest o głowę wyższy i dwa razy cięższy.

— Dyscyplinarka i w tej chwili wypierdalasz stąd. — Mężczyźnie leci z ust piana.

Siedzę i zastanawiam się, co zrobi następnie.

— Masz przejebane! — warczy kierownik ochrony i kładzie mi łapsko na kurtce.

Łamię mu wszystkie palce u tej dłoni i w pół sekundy sprawiam, że klęczy i wyje z bólu. Przyciskam palcem tętnicę szyjną. Po chwili puszczam, a bezwładne cielsko upada na ziemię. Przytrzymuję mu głowę i kładę ją na ziemi.

Zabieram ze ściany identyfikator dla wizytującego regionalnego kierownika ochrony. Swój wrzucam do kosza na śmieci. Mam około dziesięciu minut. Przybieram postawę właśnie zjebanego człowieka i z podkulonym ogonem wychodzę z jego biura. Nie widzę pięć-dwa-zero. Patrzę na ścianę i idę w stronę administracji, kierując się kolorowymi szlaczkami na ścianach. Mam ochotę porozmawiać z dyrektorem.

— Kierownik ochrony to katastrofa i implikuje ona, że regionalny również ma problem z wykonywaniem swojej nadzwyczaj prostej pracy. Mężczyzna nie jest autorytetem, nie potrafi wzbudzić szacunku u podwładnych. Gdybym był Rebeliantem, to namierzyłbym nowego pracownika i wydobył z niego informacje o słabych punktach w bezpieczeństwie ośrodka piątego. Kierownik jest najsłabszym, ze względu na swoją kondycję oraz podejście do pracy. Niestety w jego biurze są także identyfikatory dla przełożonych. W połączeniu z innymi słabymi punktami… katastrofa — szepczę znów do swojego dyktafonu.


— W czym mogę panu pomóc? — pyta tym razem młodziutka sekretarka. — Kawy? —

— Nie, dziękuję. — Uśmiecham się. — Co prawda, nie jestem umówiony dzisiaj na spotkanie z panem dyrektorem ośrodka, ale to sprawa niecierpiąca zwłoki, ponieważ dotyczy bezpieczeństwa waszej placówki. —

— Mhm! — Sekretarka przytakuje i siada za swoim biurkiem, po czym podnosi słuchawkę telefonu. — Regionalny kierownik ochrony do pana, panie dyrektorze… Tak… Pan kierownik powiedział, że to kwestia bezpieczeństwa naszego ośrodka… Nie, chwilka! Panie kierowniku, zapraszam. —

Kobieta naciska przycisk pod biurkiem, a widniejące za nią piękne, modrzewiowe drzwi łagodnie się otwierają do środka, ujawniając kontrastujące z zimnym obliczem reszty sektor, a wykonane z ciemnego drewna biuro, z którego uchodzi zapach kawy i kubańskich cygar.

Z uśmiechem zaczynam kroczyć do stojącego przed drzwiami starszego mężczyzny w białej koszuli.

Widzę, jak uśmiech na jego twarzy rzednie wraz z uświadamianiem sobie, że nie jestem regionalnym kierownikiem ochrony. Otwiera usta, żeby krzyknąć.

Sięgam pod pazuchę i zaczynam wyjmować.

— Wezwij o… —

Kieruję rękę między jego oczy.

Nr: 00WB001
Dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa
Poziom 5.
Dowództwo O5

Staruszek łapie się za serce i głośno oddycha. Macha ręką w stronę sekretarki na znak, że już nic.

Drzwi się za nami zamykają.

— A więc, mamy do omówienia bardzo ważną kwestię dotyczącą bezpieczeństwa w tej placówce. Oczekuję natychmiastowej degradacji trzy-jeden-osiem do poziomu pierwszego. Promocja dla pięć-dwa-zero za jego wybitną postawę wobec kijowego strażnika. Panią recepcjonistkę, z kolei, wyślij na kurs weryfikowania dokumentów. — Siadam na aksamitnej sofie przed biurkiem i zapalam własne cygaro.

— Oczywiście, natychmiast… Pan osobiście dokonuje takich inspekcji? Gdybym tylko wiedział, że… — Mężczyzna sadowi się w swoim fotelu.

— A czy Rebelia Chaosu uprzedzi cię przed wizytą? —

— Nie, ale… —

— A co do pytania… — Uśmiecham się, słysząc rozbrzmiewający za ścianą alarm. — Gdybym miał polegać na inspekcji regionalnego, to bym mógł równie dobrze strzelić sobie w łeb. Gdybym zaś miał liczyć na to, że pracownicy wydziału wewnętrznego się tym zajmą, polałaby się krew debili, którzy nie pracują zgodnie z etyką bezpieczeństwa. Nie martw się alarmem, to moja wina i oznaka tego, jak opóźnione jest wasze reagowanie na problemy z bezpieczeństwem. Gdybym był Rebeliantem, zabiłbym kierownika, a twoje ciało znalezione zostałoby po jakiejś godzinie. Dawno by mnie tutaj nie było. Nalej mi wermutu, tego, który rozlałeś sobie na bucie, kiedy zadzwoniła do ciebie sekretarka. —

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported