O jeden krok za daleko
ocena: +6+x

Lampy naftowe są straszliwie niewygodne. Musisz mieć paliwo, a i to ogień może w każdej chwili zgasnąć przy większym podmuchu wiatru, nawet z osłonką. Taką trzymać ciągle, to można się jeszcze oparzyć albo coś sobie zrobić. Dobrze, że te kryształy całkiem mocno świecą i trudniej dzięki nim o zostanie przekąską. Co nie Sylwia?

Mimo pytania raczej nikt nie spodziewał się odpowiedzi. A gdyby takowa się pojawiła, nie wróżyłoby to nic dobrego.

Nienawidzę tych wąskich przejść. Nic nie widać, a echo deszczu wszystko zagłusza… Oby nic się tam nie chowało. Jeszcze by tego brakowało.

Było bardzo ciemno. Ogromne rośliny i zwisające wszędzie liście skutecznie zagłuszały jakiekolwiek promienie światła i tarasowały całkiem przestronne dróżki. Jeśli już jakieś promyki się znalazło, to lepiej było do nich nie podchodzić, a jeśli już trzeba było, to najlepiej najpierw je sprawdzić. Nic w tamtejszych światłach nie było ludzkie i nic ich nie przypominało. Nic co mogło być człowiekiem, nie tworzy tu tak słabych i zimnych świateł, a Erwin dobrze o tym wiedział. Już nie raz został pokiereszowany przez czyhające tam stwory. W niektórych zaułkach dało się zauważyć coś na wzór ogniska, jednak brakowało tam szalejącego płomyka symbolizującego ludzką obecność.

Pamiętaj Sylwia. Nigdy nie podchodzimy do małych świateł, tam zawsze coś jest… A jeśli już, to lepiej je sprawdzić… Musimy znaleźć większe skupisko, a już oaza byłaby marzeniem. Mmmm… Wtedy nie musielibyśmy martwić się o te cholerstwa u góry. Albo wyobraź sobie Sylwia, gdyby tak, znaleźć oazę z drzewem świateł! Marzenie! Szkoda że ostatnio jest ich coraz mniej… Zresztą, ciekawe czemu znikają? A może tylko mi się zdaje… Może tylko zbytnio się zagłębiam w nieznane nikomu połacie terenu.

Krótki skok z jednej ścieżki w drugą i ciężkie obuwie coraz cichszym krokiem przemierzało odmęty nocnej tajgi. Chlupot wody pod nogami stawał się coraz cięższy i głośniejszy. Nieprzerwany dźwięk kropel uderzających o kaptur spadających z wyżej położonej fauny tworzył miłą dla ucha melodię, jednak słuchana zbyt długo i ta stawała się frustrująca. Nic tylko woda i woda i żadnych dźwięków poza nim.

Miejscami zdarzała się gęsta jak mleko mgła i nie wiedzieć czemu zawsze biała. Nawet mimo wszechogarniającego mroku ta zawsze była biała. W czarnych czeluściach przejść skutecznie nadawała widoczności drodze, a jasnym miejscom dodawała tajemniczości godnej pisarzom z epoki romantyzmu i ogromnego strachu niczym z najlepszych horrorów. Kto wie co tam może się kryć? Na szczęście dziś jej nie było. W tej chwili jest tu tylko bezkresny mrok.

Uch… Gdy tylko znajdziemy ładne miejsce, zdejmę z Ciebie te szmaty i zjemy coś. Gdyby udało nam się znaleźć i upolować jakiegoś snuka to nie musielibyśmy wyciągać konserw. Mięso tego cholerstwa może nie jest najlepsze, ale można się tym najeść, co nie? Zaoszczędzilibyśmy sporo dobrego jedzenia na później, a na pewno niedługo znajdziemy jakiegoś idiotę z dość sporym zapasem prowiantu. Martwego oczywiście. Hahaha.

Rozległ się długi i donośny śmiech podróżnika zagłuszając monotonię kropel. Wędrówka przez mrok wydawała się dzięki temu nieco lżejsza i mniej nudna, ale wciąż trwała. Krok w krok. Oddech za oddechem. Szli razem, nieprzerwanie przemierzając strugi deszczu.


Światła stawały się coraz częstsze i jaśniejsze. Luminescencyjne kwiaty i wszędzie pleniące się emitujące delikatne światło grzyby nadawały pięknej barwy tej brudnej i czarnej ziemi, oświetlając mniej uczęszczane, przez większe kreatury, połacie terenu. Im dalej trwała wędrówka, tym więcej gatunków roślin rozświetlało swym blaskiem czyhające na wędrowców cienie. Częstsze stawało się również karmiące się nimi robactwo, a nimi zaspokajały swój głód jeszcze inne stwory.

Jeden krok w bok i odsunięcie dłonią wijących się wszędzie liści i stanęli przed dość sporą alejką drzew pokroju wierzby płaczącej świecących delikatnym światłem koloru akwamaryny. Niektóre były już tak stare i wysokie, że przejęły sobie spore fragmenty innej roślinności karmiąc się nią i wydzierając z niej najmniejsze odłamki życia. Tam gdzie ich działania przyniosły odpowiedni skutek tworzyły nowe pędy oplatające się wszędzie niczym pajęcza sieć.

Ach… Wierzboświty… Tak pięknie wyglądają wśród tego całego cholerstwa. Nigdy nie lubiłem tego koloru światła, ale Ty… Tak bardzo uwielbiałaś te zwisające gałązki pokryte zielonkawymi listkami… A jak pięknie wśród nich wyglądałaś tańcząc. Wciąż pamiętam nasze wspólne chwile pod jednym z takich drzew. Byłoby cudownie wszystko powtórzyć, ale po tylu latach nie będzie to wyglądać tak samo.

Kilka kroków dalej i znów wszędzie był mrok. Deszcz stawał się coraz rzadszy, powoli przeistaczając się w delikatną mgiełkę. Chłód kropel stał się znacznie mniej drażniący przy cieple płynącym z połaci światła rozgrzanych kamieni czerpiących swój żar z samych głębi piekieł. Każda gromada takowych zapewniała wystarczająco energii, by ogrzać cały dom i rozsądnie oświetlić małe miasteczko. Zdarzali się tacy, którzy zachęceni łakomym kąskiem darmowej energii zabierali je z sobą, ściągając na siebie zgubę tych, którzy je pielęgnowali. Strzegły ich zazdrośnie niczym pszczoły swych uli, więc trzeba było wiedzieć jak podejść tych zadziornych strażników lub przyjąć śmierć z godnością. Zauważywszy nowe światło, zbliżyły się, by je sprawdzić.

No proszę, kochane "pszczółki" jak zawsze na miejscu. Tak tak, moje światło nie zostało okupione waszą krwią. Możecie już iść. Jesteśmy przyjaciółmi.

Te światło było inne i gdy przekonały się o dobrych zamiarach wędrowca wróciły na miejsca, a dźwięk kroków ponownie rozbrzmiał wśród pustej przestrzeni oświetlonego lasu. Erwin jednym szybkim ruchem zsunął z głowy uciążliwy kaptur, a ze swojej towarzyszki zdjął płaszcz. Nareszcie nie musieli się martwić o wszechogarniającą wilgoć deszczowej pogody.

Luminescencyjna flora coraz gęściej okrywała przestrzeń, jednak robiła to wystarczająco rzadko by swobodnie się między nią przeciskać. Niezwykle długie liany zwisały, plącząc się pośród gałęzi i poniektórych skał. Nie skrywały one jednak koron drzew lecz to, co lubiło tam mieszkać i tworzyć kilometry gęstych, niezwykle wytrzymałych nici. Niebieska poświata u samego skraju wyglądała, jakby ktoś zamieścił tam niewielkie, nigdy nieruchome skrawki nieba.

Wielu próbowało ich sięgnąć, a Ci, którzy się tam dostali już nie wracali. Łatwo się było domyślić jaki los spotkał tych odważnych łowców przygód. Wracali tylko nieliczni. Zawsze przynosili swój skarb innym, by udowodnić swą odwagę i przynosili im tym samym śmierć. Te piękne "gwiazdki" wcale nie były tym, na co wyglądały. Nie były nawet żadnymi kamieniami. Kreatury, które je tam umieszczały były ich kochanymi rodzicami, zawsze zazdrośnie strzegąc swych pociech. Jednak gdy zgłodnieją, schodzą niżej polując na mniej uważnych wędrowców.

Hm. Burknął Erwin z obrzydzeniem Spójrz Sylwio, gniazdko sobie uwiły. I nawet mają już kilku wisielców. Gdyby nie te liany i świecące kwiatki można by określić jak duże i w razie możliwości puścić wszystko z dymem. A tak, trzeba wejść na górę i nie dać się zjeść przy samym zwiadzie. A nawet jeśli się uda zrobić rozeznanie, to skąd weźmiemy tu naftę albo napalm? Trzeba by wrócić do domu, okupić się w masę ustrojstwa i jeszcze ludzi wynająć. Zawsze jest ktoś, kto połasi się na łatwy zarobek, ale odkąd straciliśmy fundatora, możemy pomarzyć o takiej akcji. Choć gdyby dać znać komu trzeba, to może by się tym zajęli. Jednak na początku trzeba sprawdzić, czy nie ma tu drzewa świateł, żeby go przypadkiem nie spalić. W sumie, to widziałem już wiele takich akcji, ale nigdy nie widziałem żeby płonęły jakikolwiek drzewa dookoła…

Zamyślenie Erwina przerywał dźwięk ciężkich miarowych kroków jego własnych stóp. Krok za krokiem, metr za metrem, oddech za oddechem. Był coraz bliżej prawdopodobnego celu swojej wędrówki, jednak mimo to wciąż nasłuchiwał, czy gdzieś nie czai się zagrożenie. Za każdym razem, gdy usłyszał szelest inny niż jego własny przystawał na chwilę i wsłuchiwał się w dźwięki niesione przez las. Były istoty, których lepiej się wystrzegać oraz małe stworzenia, z którymi spotkanie było równoznaczne z zdenerwowaniem tym małych szczurków noszonych przez bogatsze panienki w typowych amerykańskich filmach. Pozostawało mieć nadzieję, że to nic większego, a jeśli już, to spotkanie z nimi nie wróżyło nigdy nic dobrego. Tylko gdy dało się słyszeć coś niepokojącego, karabin noszony zwykle na ramieniu lądował natychmiast w dłoniach. Zawsze naładowany. Pielęgnowany jak wiara w sytuacjach bezsensownych. Nie była to pierwsza broń jaką kiedykolwiek otrzymał, ale wiązał z nią ogromny sentyment.

Ojcowie na łożu śmierci zwykle przekazują swoim dzieciom dobre słowo tudzież jakiś amulet, pamiątkę po sobie. Jednak Erwin otrzymał karabin i to nie byle jaki. Żadna broń nie leżała w jego dłoniach tak dobrze jak ta. Żadna nie była tak celna i niezawodna. Żadna, nawet inna tego typu nie była jak ta. Jakby dusza jego ojca zalęgła się w niej i prowadziła każdy nabój wystrzelony przy pociągnięciu spustu. AK-47, tak zwykła i popularna broń wśród ludzi, jednak tak niezwykła dla Erwina. Ciężka ciemno-dębowa kolba z delikatnym szmerem osiadła na jego ramieniu oczekując pociągnięcia za spust. Oczy niewzruszenie obserwowały wciąż ukryty cel, a uszy wychwytywały najmniejsze szmery.

Dźwięk stał się głośniejszy i bliższy. Kilka kroków wstecz i jedno bezduszne pociągnięcie za spust. Dźwięk był wyjątkowo cichy i krótki. Tłumik na końcu lufy doskonale spełniał swoje zadanie nie zwabiając zbędnego zagrożenia odgłosem wystrzału. Truchło nieco większego od kota, futrzastego stworzenia, z krótkim mlaskiem uderzyło o grunt wciąż wierzgając swoimi małymi łapkami.

No proszę, jednak nie będziemy musieli dziś jeść konserw Sylwio. Z radością wypowiedział te słowa i chwyciwszy za ogon, podniósł z ziemi martwe zwierzę. snuk. Jeszcze młody i trochę chudy, ale powinno wystarczyć.

Wyciągnął z bocznej kieszeni płaszcza nóż myśliwski i kilkoma sprawnymi ruchami oskórował zdobycz. Plecak, który przez większość czasu okrywał plecy podróżnika, teraz stał na ziemi i szykował się na pomieszczenie nowej zawartości. Umieszczone tam futro delikatnie wystawało z wnętrza, ale nie było to nic złego. Najważniejsze że znalazło się coś do jedzenia, a resztki stworka zawsze można gdzieś później sprzedać. Wioskowi handlarze chętnie skupują kości i futra snuków do tworzenia rozmaitych eliksirów i lekarstw, ale największą wartość mają ich łapy używane w jakiś dziwnych rytuałach, do których Erwin nigdy nie przywiązywał uwagi.


Po kilku dalszych krokach i przedarciu się przez liściastą gęstwinę oczom Erwina ukazał się widok ogromnego drzewa podtrzymującego swymi gałęziami niebotyczne sklepienie usiane złotymi iskierkami. Dookoła rozrastały się wszelkiego rodzaju rośliny świecące różnymi kolorami i oplatające fundament tutejszego życia. Nie były one jednak jedynym życiem plątającym się tu. Liczne motyle i ptactwo nieznane nigdzie indziej miało tu swój dom. Mogły żyć tylko tu. Czerpały swą energię z drzewa i jego życiodajnych soków, nic innego nie było w stanie tego zastąpić. Niewielkie strumyki przepływające wokół korzeni prowadziły do małego źródełka umiejscowionego dokładnie na środku tej części oazy. Zaraz przy nim i w jego głębinach wiły się wielkie korzenie filaru tego miejsca. Woda podmywała znajdujący się na dnie biały piasek wyrzucając go na brzeg. Pięknie kontrastował z leżącym wszędzie jego kruczo-czarnym odpowiednikiem.

— Rozległ się krótki radosny śmiech Erwina informujący o nareszcie zakończonej wędrówce. Więc jednak! Spójrz Sylwio, oaza! I to nie byle jaka. Drzewo świateł. Głęboki wdech czystego powietrza w jednej chwili zapełnił jego płuca. Nareszcie możemy odpocząć i nie martwić o nic z lasu.

Wędrowcy zeszli niżej niewielką kamienną ścieżką i rozbili obóz wewnątrz kręgu czarnej ziemi tuż przy strumyku. Namiot był zbędny, tu nie trzeba było martwić się o deszcz. Strop był wystarczająco wytrzymały by go powstrzymać. Ciężki plecak ostatecznie wylądował na ziemi i Erwin mógł już lekko przemierzać oazę w poszukiwaniu chrustu na ognisko.

Niewielki krąg kamieni w jednej chwili otoczył gromadkę krótkich gałązek, z których po chwili wydobyły się iskierki wrzuconej weń rozpałki. Niewielka metalowa kratka na nóżkach niedługo później zamknęła płomień w niewidzialnej klatce, na której ustawione zostały puszka z wodą oraz pocięte na małe fragmenty i nadziane na patyki fragmenty wcześniej upolowanej, odpowiednio doprawionej zdobyczy. Erwin zaczął przeszukiwać swój bagaż w poszukiwaniu metalowego kubka i torebeczki suszonych roślin. Spora zawartość paczuszki wylądowała w kubku, by wkrótce zostać zalana wrzątkiem i wydobyć z siebie cudowny zapach naparu potocznie na Ziemi zwanego herbatą. Jedyne co zawartość kubka miała z nią wspólnego to to, że robi się je z suszu, jednak ta stąd była zbieraniną ziół i kwiatów rosnących tylko w tym miejscu. Poza tym miała specyficzne właściwości, których nie odnajdzie się w zwykłym naparze. Wypita niedługo przed snem całkowicie regenerowała zużytą energię i przyspieszała regenerację potencjalnych ran. Jej właściwości były zależne od ziół, ale mimo to nie wolno było jej pić zbyt często.

Dźwięk i zapach skwierczącego nad ogniem mięsa przypomniał Erwinowi o jego głodzie. Wyciągnął pośpiesznie z plecaka mały talerzyk i ułożył na nim swój posiłek, z którego wciąż kapał aromatyczny tłuszczyk. Postawił na bardziej płaskim kamieniu talerz oraz kubek z napojem i wrzucił doń kilka łyżeczek wcześniej wyciągniętego z bagażu słodkiego proszku. Jednak zanim zaczął jeść, rozłożył na ziemi śpiwór i ułożył na jego brzegu swoją towarzyszkę. Erwin przystąpił do posiłku od czasu do czasu popijając napar. Wspominał przy tym dawne historie ich wspólnych mniej lub bardziej emocjonujących podróży.

Głód nareszcie został zaspokojony. Wstał i przemył naczynia w płynącym nieopodal strumyku. Starannie wszystko wytarł i odłożył na swoje miejsce wśród otchłani innych mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów podróżniczego ekwipunku. Posłanie było już gotowe na przyjęcie w swe ramiona zmęczonej duszy. Niedługo po tym Erwin i jego towarzyszka wspólnie przemierzali już krainę błogiego snu.


Cichy szmer miarowych kroków wyrwał Erwina z drzemki. Jeszcze przez chwilę nasłuchiwał odgłosu nieznanych stóp i postanowił czym prędzej chwycić ułożony obok posłania karabin. Po krótkiej chwili na wpół klęczący Erwin celował w ślepia przeciwnika. Słuch go nie mylił, oto stoi przed nim najgorsze zagrożenie wędrowców przemierzających leśne pustkowia wiecznie mrocznego lasu i jedyne, które się tu zagłębia.

Astral… Powiedział z ogromnym obrzydzeniem i zdenerwowaniem Erwin. Nie udało Ci się mnie podejść skurwysynie.

Rozległ się krótki, przytłumiony śmiech, stojącej niecałe trzy metry od Erwina wysokiej, przypominającej człowieka postaci. Kaptur długiego czarnego płaszczu dobrze krył umiejscowioną na twarzy maskę. Biała jak śnieg, pokryta nieznanymi inskrypcjami i czarnymi jak krew ustami dokładnie przykrywała cały obszar jego paskudnej, nie pokazywanej od lat gęby. Z otworów na oczy dało się dostrzec szkliste błękitno-czarne gałki odbijające światło wciąż tlącego się ogniska.

Już zapomniałeś jak mam na imię? Generalizujesz wszystkich nas do jednego nic nieznaczącego słowa. Powinieneś przywrócić sobie trochę informacji i… Ech. Wciąż nosisz ją z sobą? Jesteś strasznie pamiętliwy… Nieźle ją wysuszyłeś. Miała na imię Sylwia, tak? Szkoda, że została z niej tylko głowa, hahaha…

Możesz się wreszcie ode mnie łaskawie odpierdolić?! Ile to już lat, hę?! 13! Ganiasz za mną jebanych trzynaście lat i nie dasz mi spokoju! Prawda?!

Czas jest względny, a wy ludzie tak bardzo lubicie podstawiać go pod swoje złudne, bezsensowne wartości. Tu wasz czas nie istnieje i nie wiem dlaczego wciąż próbujesz się nim posługiwać. Dlaczego wciąż Cię tropię? Po prostu chcę Cię czegoś nauczyć zanim umrzesz. Swoją drogą, może raczysz się wreszcie poddać? Obiecuję, że nie będzie tak bardzo bolało.

Ty i reszta twoich życiożernych przyjaciół możecie mnie pocałować głęboko w pierścień mojej soczystej dupy!

Erwin wypowiadając te słowa pociągnął za spust swojego karabinu trafiając przemieszczającego się już przeciwnika w ramię. W jednej chwili fala piasku niczym strumień wody pod ciśnieniem odrzuciła go kilka metrów w tył, przybliżając go tym samym do jednej z granic oazy. Czas grał na jego niekorzyść. Wstał czym prędzej i oddał jeszcze kilka strzałów w stronę w której wcześniej stał wróg. Jego plecy okrył nagły chłód. Astral stał za nim. Nie zdążył nawet zareagować, a silne dłonie już zaciskały się na jego szyi. Broń bezwładnie upadła na grunt, by odstąpić energii potrzebnej teraz w dłoniach.

Już zapomniałem jaki jesteś nieprzewid…

Uczucie ogromnego bólu nie pozwoliło mu dokończyć zdania. Nóż, który wcześniej znajdował się w kieszeni podróżnika w jednej chwili wbił się w trzewia Astrala. Jeden drobny ruch według wskazówek zegara i z otwartej już rany płynęła struga czarnawej, krwio-podobnej mazi. Szybki kopniak w nogi i natychmiastowa ucieczka w las. Nie miał szans w bezpośredniej walce. Biegł przed siebie, schodząc coraz niżej między korzeniami drzew. Słyszał w oddali niedoszłego zabójcę depczącego mu po piętach. Karabin został w oazie, miał przy sobie tylko nóż. Teraz pluł sobie w brodę, że przed wyprawą nie skusił się na kupno pistoletu. Jedna z gałęzi złamała się pod ciężarem nieostrożnych kroków i uciekinier z impetem uderzył w znajdujący się dwa metry niżej w grunt.

Rozległ się krótki, cichy dźwięk syku przypominający właśnie otwieraną butelkę gazowanego napoju. Powietrze spowiła zielonkawa mgła. Kilka niekontrolowanych wdechów i można było już zapomnieć o masce przeciwgazowej przypiętej do pasa płaszcza, która pod impetem uderzenia zyskała nową przewiewną rysę. Chuda postać ustała na skraju wyrwy. Nie było już śladów po wcześniej zadanych ranach. Nawet na ubraniach nie widoczne były ślady walki, przez co można było śmiało posądzić, że jest to zupełnie ktoś inny. Słyszany głos jednak negował powyższą teorię.

Och… Więc tu jesteś. Że też musiałeś w to wleźć. No nic, poczekam trochę i wtedy się z tobą rozprawię.

Po moim trupie! Dusząc się odpowiedział Erwin.

Niewielka różnica czy zrobię to zanim zdechniesz, czy już po…

Substancja, która wcześniej dostała się do jego dróg oddechowych poczyniła już duże szkody w organizmie. Dźwięk utraty oddechu przerywały wymioty i plucie krwią. Płuca nie mogły wytrzymać takiej dawki trucizny i pod uciskiem napływającej do nich cieczy zalewały się nią jeszcze bardziej minimalizując ilość dostępnego tlenu.

Wiesz co? Spierdalaj…

Upadł na ziemię. Rzężenie było coraz głośniejsze. Ostatkiem sił chwycił znajdujący się na lewym nadgarstku zegarek i zaczął wciskać różne przyciski. Ostatni ruch palcem i w jednej chwili ciało Erwina zniknęło z jakiejkolwiek płaszczyzny tego świata.

Hm. Jednak nie było warto…


Pora obiadowa stopniowo przemijała. Wszyscy powoli wracali do pracy, względnie jakiś innych zajęć. Doktor Samaszko kończyła przeżuwać schabowego pogrążając się myślami w ostatnich badaniach. Przed jej oczami przemknął talerzyk z szarlotką postawioną zaraz przed nią. Obok dosiadł się czarnowłosy wysoki mężczyzna w mundurze z własną porcją posiłku. Był to agent Radke.

Może zjesz ze mną chociaż deser?

Niestety, muszę wracać do pracy.

Naszej kucharce będzie smutno, jeśli to odniosę. Nie daj się prosić.

Ech… Masz szczęście, że lubię szarlotkę.

Rozmawiali dłuższą chwilę o sytuacji na zewnątrz i tym jak spędzili minione dość niedawno święta względnie jakieś inne okoliczności. Samaszko włożyła do ust ostatni kawałek ciasta, gdy dokładnie przed nimi na stole wylądował trup człowieka w czarnym płaszczu wydając z siebie okropne rzężenie. Oboje instynktownie odskoczyli i trująca chmura przyniesionego z innego miejsca pyłu nie zdążyła im zaszkodzić. Radke szybko chwycił broń osłaniając towarzyszkę. Ktoś z końca kantyny zauważył zajście i natychmiast wszczął alarm. Upadłe ciało wciąż odtwarzało zapamiętane dawno ruchy. Niezwykle rzadka krew strugami wypływała przez usta i nos tworząc spory bałagan. Trwało to jeszcze dłuższą chwilę aż nie było słychać już ani oddechów, ani szmerów ciała. Radke chciał podejść, by sprawdzić czy osoba, która przerwała im tak miłą chwilę wciąż żyje, jednak zatrzymała go delikatna dłoń doktor Samaszko.

Nie podchodź. Widzisz ten pył? Lepiej się odsuńmy i wezwijmy kogo trzeba.

Oddalili się szybko wciąż obserwując miejsce. Stojący pod ścianą strażnicy już czekali na wyjaśnienia.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported