O pracy na rzecz tych, którym na mnie nie zależy
ocena: +4+x

Obudziłem się w swoim łóżku, jednak nie było to spokojne przebudzenie, takich nie miewam w ogóle. Moje ciało wygięło się pod wpływem potężnego ataku kaszlu, który przerwał mój sen. Spojrzałem odruchowo przez okno i zobaczyłem, że mimo ukrycia za blokami słońce zaczyna oświetlać niebo, którego barwę można było porównać do mieszanki ołowianej szarości i normalnego błękitu nieba. Bazując na porze roku mogłem stwierdzić, która jest mniej więcej godzina.

—Trzecia trzydzieści, dobre i to.

Od dłuższego czasu mam problemy ze snem, jeden z wielu minusów na liście rzeczy, za które nienawidzę swojej pracy. By jakkolwiek zasnąć muszę leżeć kilka godzin, wspierając się specjalnymi lekami lub/i alkoholem, a i tak nie mogę powiedzieć, żeby moja średnia długość snu przekraczała dwie godziny. Trzy godziny to maksimum szczęścia, czy raczej nieszczęścia, bo sen nie przynosi żadnej ulgi na ciele, czuję się tak samo, jak przed pójściem spać, a moja psychika coraz gorzej to znosi, podświadomość przypomina mi o rzeczach, które robiłem, a chciałbym zapomnieć, że robiłem. Wiedząc, że następna garść snu na pewno nie przyjdzie wstałem z łóżka i poszedłem do łazienki "mojego" dwupokojowego mieszkania.

Wychodząc z sypialni rzuciłem jedynie okiem na ogólnie panujący nieład oraz poczułem ten znajomy zapach stęchlizny. Może to po prostu wilgoć i nadgniłe resztki, a może zagnieździł się tu jakiś grzyb? Zresztą, to i tak nie jest zbyt ważne. Wszedłem do małej łazienki pokrytej na podłodze i ścianach spękanymi, pożółkłymi płytkami łazienkowymi. Zakładam, że pożółkły, ale może miały taki "brudny" kolor od początku? Stanąłem naprzeciw umywalki z powieszonym nad nią lustrem i przejrzałem się przed przemyciem twarzy. Wyglądałem jak zwykle, oczywiście jak na moje standardy, na standardy normalnych ludzi ktoś pewnie wezwałby do mnie karetkę albo przynajmniej ustąpił miejsca w komunikacji miejskiej, bo myślałby, że jestem przewlekle chory i nie domagam. Co w sumie jest prawdą, jestem pewien, że mam przynajmniej dwie nieuleczalne, przewlekłe choroby, ale nie mogę stwierdzić jakie. Mój kontrakt zabrania mi wizyt u normalnych lekarzy, a ci paramedycy i badacze z Firmy na pewno nie mówią mi o niczym.

— Khe khe!

Jak na zawołanie ponownie zaatakował mnie kaszel, lustro przede mną pokryło się małymi czerwonymi kropelkami, a usta wypełniły się smakiem żelaza. Odkręciłem wodę w kranie, by przepłukać usta i przemyć lustro. Rury po wydaniu kilku zastanawiających dźwięków wypuściły wodę z pewnym opóźnieniem. Wlałem trochę płynu do ust i po chwili wyplułem zabarwioną krwią ciecz. Następnie nie chcąc, by krew zaschła na lustrze przemyłem je. Na koniec nabrałem wody w ręce i przemyłem twarz, po tym zakręciłem kurek, ciecz przestała płynąć, jak na zawołanie. Ponownie przejrzałem się w lustrze, tym razem z pełną ostrością wzroku. Niedawno stuknęło mi czterdzieści pięć lat, byłem dobrze zbudowany, miałem czarne włosy ścięte na jeża. Jednak to się zmieniło, zacząłem wyglądać jakby zeszło ze mnie powietrze, jak ludzki odpowiednik przebitej opony. Jedynym powodem, dla którego jeszcze nie zostałem pomylony ze zwłokami są moje oczy. Te dwie mocno podkrążone gałki narządu wzroku to jedyna rzecz, która wygląda na żywą w moim organizmie. Podobno oczy są zwierciadłami duszy, a moja wciąż przejawia jakąś wolę życia, choć nie należy już do mnie.

Postanowiłem dłużej nie wpatrywać się w ten obraz marności będący moim ciałem, jednak zanim obróciłem się i wyszedłem rzuciłem okiem na moje tło. Moje tło zupełnie jak ja, wydawało się czymś, co mogło być odbiciem w krzywym zwierciadle, które pokazuje najgorszy wariant wszystkiego, co w nim się obija, ale ja wiedziałem, że to jest rzeczywistość. Mówi się, że dom jest odzwierciedleniem domownika: ciasna, duszna, zasyfiona nora, którą pewnie ktoś jeszcze mógłby uratować, lecz ten ktoś nigdy się nie znajdzie, bo Oni nie pozwolą na szukanie tego kogoś. Zanim odwróciłem się, by przekonać się o prawdziwości obrazu za mną skupiłem się na jedynej rzeczy, o którą w tym mieszkaniu dbałem, spojrzałem na krzyż wiszący na ścianie. Był to symbol jednej z niewielu dobrych rzeczy, które pozwoliły mi się w przeszłości odbić od dna, jednak teraz to tylko przypomnienie o mojej zdradzie. Wcześniej nie byłem święty, nawet przeciwnie, moja szansa na odkupienie grzechów wynosiła pewnie mniej niż jeden na milion, lecz po tym, kiedy zacząłem pracować dla tej firmy straciłem szansę na jakiekolwiek zadośćuczynienie swoich czynów. Podpisałem pakt z Diabłem, tak myślałem na początku, ale teraz wiem, że nawet pakt z Diabłem byłby czymś lepszym. Odczuwam katusze na ciele i umyśle, zostałem Antychrystem i zdradziłem swoją wiarę, a to wszystko z własnej, nieprzymuszonej woli i choć intencja, która mną kierowała była słuszna, jednak nie usprawiedliwia ona moich czynów.

Nie chcąc zadręczać się dalej swoimi własnymi myślami postanowiłem zepchnąć je na dalszy plan, zasłonić je czymś przyziemnym, śniadaniem. Udałem się do aneksu kuchennego, który łączył się z głównym pomieszczeniem. Otworzyłem lodówkę, mogącą być uznaną za antytezę słowa "pełna". Jedyne, co było w środku to opakowanie szynki konserwowej oraz butelka wódki. W moim obecnym stanie przyjmowanie jakichkolwiek pokarmów stanowiło wyzwanie, żołądek często odmawiał treści zwracając ją do nadawcy. Lecz jest jeden wyjątek, to pewnie kwestia wieloletniego przyzwyczajenia, trenowania wątroby i tego tak zwanego "uzależnienia", z którego nigdy się naprawdę nie wychodzi, a jedynie usuwa je w cień samego siebie. Tym razem wyjąłem tylko plaster szynki i zamknąłem lodówkę, by ciemność znów okryła jej wnętrze, a kuszący szklany pojemnik nie nawoływał do konsumpcji swojej zawartości, na razie musiałem być trzeźwy. Odwróciłem się do chlebaka stojącego na blacie i ze środka wyciągnąłem spożywczy odpowiednik styropianu, wafle ryżowe. Nienawidzę smaku tych wyschniętych, białych okręgów, ale mój układ trawienny najmniej się buntuje, gdy je konsumuje, więc kubki smakowe muszą się przemęczyć. Nałożyłem plaster szynki na biały krążek i liczyłem, że tym razem żołądek łaskawie nie odda zawartości. Jednocześnie zastanawiałem się, jak spędzę kolejny dzień w tym limbo.


Nagle mój telefon wydał głośny dźwięk oznaczający przyjście wiadomości SMS. Wziąłem prostokątne urządzenie do ręki i nacisnąłem kilka ikonek, poskutkowało to pojawieniem się na wyświetlaczu wiadomości wysłanej z zastrzeżonego numeru.

— "Będziemy za 30 minut, szykuj się na robotę."

Szybko przeprowadziłem kalkulację, ile czasu zajmie mi przygotowanie się. W sumie nie musiałem tak naprawdę nic robić, od kilku godzin byłem na nogach oraz nie miałem nic do roboty. Jednocześnie ponownie w mojej głowie pojawiły się wspomnienia, jak to wszystko się zaczęło.

Kilka lat temu upadłem, można tak to nazwać. Byłem członkiem jednego z oddziałów SPAP, może to nie była najbezpieczniejsza robota, ale w porównaniu do amerykańskiego SWATu czy tego, co robię teraz, to było niczym praca kasjera w supermarkecie. Problem zaczął się, gdy mój dawny nałóg wrócił, jak bumerang. Oczywiście nie było to bezpodstawne, rozwód i walka o opiekę nad córką na pewno miały w tym swój wielki udział. Przegraną w miłości jeszcze zniosłem, ale przegraną w sądzie o własne dziecko? To było ponad moje siły. Stare przyzwyczajenie wzięło górę, a gdy pewnego dnia źle wyliczyłem ilość, jaką mogłem bezpiecznie wypić dzień przed pracą wyczuli ode mnie charakterystyczny zapach. W związku z moją przeszłością i pewnymi incydentami o podobnym podłożu w przeszłości wywalili mnie. To nie wpłynęło dobrze na mój nałóg. Próbowałem wielokrotnie kontaktować się ze swoją córką, umówiliśmy się nawet na kilka spotkań, ale flaszka była silniejsza. Po jednym z moich wyskoków powiedziała, że nie chce mnie więcej widzieć, to było ostatnie zdarzenie w długiej podróży na dno mojego życia.

Kiedy jest się na dnie można zrobić dwie rzeczy: zostać tam lub się odbić. Ja postanowiłem się odbić, jednak w żaden sposób nie była to moja zasługa. Jak na ironię szansę na nowe życie dała mi sytuacja, w której prawie straciłem swoje fizyczne istnienie. Prawie zginąłem w wypadku samochodowym, ale raczej lepiej powiedzieć, że prawie w ogóle wziąłem w nim udział, oczywiście nie prowadziłem pojazdu, i tak nie było mnie na niego stać. Była ciemna noc, jak zwykle odurzony alkoholem szedłem do swojej pieczary, postanowiłem przejść przez jezdnię jedną ulicę od mojego bloku, nie widziałem żadnych świateł nadjeżdżających pojazdów, więc ruszyłem. Wtedy właśnie zauważyłem rozbłysk reflektorów, które szybko zbliżały się w moim kierunku, nie mogłem nic zrobić, byłem niczym sarna na drodze, która została sparaliżowana przez strach. Patrzyłem w stronę zbliżających się lamp, ale nie widziałem samochodu, jedyne co dostrzegałem to światło oraz moje doczesne życie, jedyne co czułem, jak w rozszerzonych alkoholem naczyniach krwionośnych ciśnienie rośnie, a serce próbuje uciec z piersi. Wtedy samochód, na pewno za sprawą przytomnego kierowcy mnie wyminął. To chyba był moment, w którym straciłem przytomność.

Gdy obudziłem się siedziałem oparty o latarnię uliczną, po drugiej stronie drogi, przez którą przechodziłem. Nie wiem, jak się tam znalazłem, nie to, by mnie to obchodziło w tym momencie, jedyne co mi zaprzątało głowę to myśli odnośnie minionego wydarzenia. Zadarłem głowę do góry i patrzyłem w rażące oczy światła latarni ulicznej jednocześnie analizując swoje życie, to był punkt zwrotny. Zrozumiałem, że nie chce zginąć w ten sposób, z takim ostatnim rozdziałem w mojej biografii, możliwe iż ta idea była w mojej głowie już od dłuższego czasu, ale alkohol skutecznie ją tłumił. Mimo chęci zmiany, która motywowała mnie do podjęcia działania nie wiedziałem, co robić, lecz i tu znalazłem odpowiedź, a właściwie ją sobie przypomniałem. Moi rodzice byli mocno wierzący i przelewali swoją wiarę na mnie, po ślubie oraz narodzinach córki wiara jakoś przestała gościć w moim życiu, tak po prostu. W tamtej chwili poczułem, że to był znak, by wrócić do korzeni. Jak teraz o tym myślę to zastanawiam się, czy to od wtedy mnie nie wykorzystują, zmanipulowali mnie całą tą sytuacją albo użyli jakiś środków do kontroli umysłów i całe to zajście nie miało miejsca.

Po tym wypadku zacząłem odstawiać alkohol, chodzić na spotkania anonimowych alkoholików i uczęszczać na msze w lokalnym kościele. Niestety to nie było wystarczające, rachunek sumienia pokazał tylko, jak wiele błędów popełniłem w drodze na dno, a ja chciałem wrócić na powierzchnie zanim mój czas na tym świecie się skończy, więc postanowiłem zrobić jedyną rzecz, jaka wydawała mi się słuszna, wszedłem na drogę odkupienia. Niestety spełnienie postanowienia było o wiele trudniejsze od jego ustanowienia. Miałem wrażenie, że cały świat poza mną posunął się do przodu, a zwłaszcza moje jedyne dziecko, którego nie widziałem od lat. Próbowałem się z nią skontaktować telefonicznie, ale po pierwszym odebranym połączeniu, gdy dowiedziała się, że to ja natychmiast się rozłączyła i więcej nie odbierała moich telefonów. Udało mi się jakoś zdobyć jej adres i dowiedzieć o obecnym życiu, wyszła za mąż i kupiła z nim dom, później dowiedziałem się, iż spodziewają się dziecka. Nawet nie słysząc tego wszystkiego wiedziałem, że muszę coś dla nich zrobić, dla swojej córki oraz przyszłego wnuka lub wnuczki. Na moje nieszczęście, nie miałem zdolności, by to zrobić. Byłem niemal całkowicie spłukany, a raczej nikt porządny nie zatrudni alkoholika po pięćdziesiątce. To wtedy właśnie po raz pierwszy odezwali się Oni.

Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna w garniturze, to było dawno i nie pamiętam w sumie szczegółów z tego spotkania, mózg zaczął mi płatać figle i zmieniać wspomnienia, bo mogę przysiąść, iż w moich wspomnieniach ten facet miał rogi. Może to wina alkoholu i wieku, a może tego co mi podają. W każdym razie pamiętam jedno, umowę, pewnie dlatego, że stała się ona obecną osią mojego życia oraz łańcuchem wiążącym moją wolną wolę. Wtedy powinienem zorientować się, że coś jest nie tak w tej umowie, że nie powinienem jej podpisywać i zgadzać się na bycie ich marionetką lub plastikowym żołnierzykiem, jednak skusili mnie. W zamian za wypełnienie trzyletniego kontraktu zaoferowano mi pół miliona z uwzględnieniem inflacji. Wypełnienie kontraktu miało uwzględniać moją trzyletnią pracę na stanowisku operatora w oddziale zajmującym się chwytaniem niebezpiecznych i rzadkich stworzeń, na papierze wydawało się to być prostym i pomocnym dla ludzi zajęciem. Później doczytałem, iż do moich obowiązków należy też testowanie jakiś środków farmakologicznych, ale było to dopisane drobnym drukiem, a zauważyłem ten dopisek dopiero po podpisaniu umowy, byłem taki głupi i nierozważny. Ponadto był tam zapis o tym, iż strata życia w jakikolwiek sposób przed wypełnieniem kontraktu wiąże się z jego unieważnieniem, gość mówił, że to w związku ze stresem jaki ta robota powodowała, jednak ja byłem i jestem zdeterminowany, by się temu przeciwstawić, choć obecnie idea śmierci jest bardzo kusząca. Zwłaszcza, iż Oni o tym wiedzieli, ponieważ umieścili kolejny druk, który mówił o tym, że po zakończeniu kontraktu na własną prośbę mogą posłać mnie w objęcia bezbolesnej śmierci, a pieniądze zostaną przekazane do wybranych przed śmiercią źródeł. Wydało mi się to naprawdę dziwne, lecz taka ilość pieniędzy nie chodzi koło nosa, z nimi moja córka będzie w stanie uciec ze straszliwych macek kredytu hipotecznego, który może ciągnąć się za człowiekiem przez całe życie. Uznałem, że taka rekompensata za moje grzechy będzie najlepszym, co mogę zrobić. Nie musiałem martwić się o żadne wydatki, gdyż w umowie znajdowała się informacja, iż wszystkie podstawowe wydatki takie, jak: jedzenie, zakwaterowanie, ubrania i pomoc medyczna są zapewnione przez Firmę, jednocześnie przy klauzuli o pomocy medycznej znajdowała się informacja, iż mogę konsultować swój stan zdrowia tylko z pracownikami medycznymi pracującymi dla Firmy, to tłumaczyłem sobie tym, iż nie chcieliby mieć zatrudnionego starego pijaka leczącego się w państwówce, w której człowiek mógł się nigdy nie doczekać swojej kolejki u lekarza. Teraz wiem, że zależy im tylko na ukryciu tego, co robią przed światem, jednak mimo tej świadomości jestem bezsilny, oni mają wpływy, pieniądze i broń, a ja nie mam nic i nikogo, jedyne co mi pozostało to grać w ich chorą grę i doczekać małej nagrody, która nie jest warta poświęcenia, ale już za późno, by się wycofać.

Właśnie przy tej myśli przypomniałem sobie, że nie mogę dłużej rozmyślać nad swoją zepsutą przeszłością, teraz muszę przebrnąć przez teraźniejszość i przygotować się na klarowną, acz mroczną przyszłość, która sprowadzi zakończenie mojej biografii. Założyłem wierzchnie odzienie i wyszedłem z mieszkania, by poczekać przed blokiem na swój transport, Oni nie lubią czekać.


Kiedy wyszedłem z bloku poszedłem do miejsca przy drodze, z którego zazwyczaj odbierali mnie pracownicy Firmy. Był to dość chłodny dzień, a ciśnienie podpowiadało, że niedługo spadnie deszcz. Oczywiście warunki pogodowe nie miały zbyt wielkiego wpływu na moją obecną sytuację, więc porzuciłem rozmyślenia o zbliżających się zmianach pogody i skupiłem się na wypatrywaniu samochodu, który miał mnie zabrać.

Po około dziesięciu minutach podjechał czarny samochód terenowy z zaciemnionymi szybami i zatrzymał się. Odruchowo, bez najmniejszego namysłu, otworzyłem tylne drzwi i wsiadłem do środka. Zanim usłyszałem trzask na moich oczach pojawiła się przepaska zasłaniająca całkowicie pole widzenia, ktoś zawiązał ją mocno, by na pewno się nie zsunęła. W żaden sposób nie reagowałem, to była standardowa procedura, do której po ponad dwóch latach byłem całkowicie przyzwyczajony. Następnie maszyna ruszyła przed siebie wraz z głośnym warkotem silnika. Przez następne dwadzieścia minut w ciszy jeździliśmy wielokrotnie zmieniając kierunek jazdy, klasyczna dezorientacja, ale i tak nie obchodziła mnie ta firma, czy jej działalność, jedyne na czym mi zależało to skończyć ten cholerny kontrakt i spalić wszystkie mosty łączące mnie z nimi.

W końcu poczułem, jak pojazd wjechał na ostry zjazd w dół. Po chwili zdjęto mi opaskę z oczu, znajdowałem się na dobrze mi znanym parkingu podziemnym. Nie zamieniając z nikim słowa wyszedłem z samochodu i skierowałem się do drzwi znajdujących się w betonowej ścianie parkingu. Przeszedłem przez nie i spotkałem znajome stanowisko wyglądające jak dobrze wyposażony punkt kontroli na lotnisku, przy którym stało dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn. Szybko przeszedłem całą procedurę wiążącą się z wykrywaczem metali, szukaniem nadajników lub podsłuchów oraz skanem biometrycznym. Po upewnieniu się, iż wszystko jest w porządku jeden z facetów obsługujących stanowisko przepuścił mnie do windy, odchodząc zauważyłem dyskretnie umieszczoną za pasem kaburę z pistoletem. Podchodząc do srebrnych rozsuwanych drzwi czekałem może dziesięć sekund zanim usłyszałem znajome dzyń i zobaczyłem, jak skrzydła drzwi powoli otwierają się. Wszedłem do środka metalowej klatki i poczekałem cierpliwie, aż drzwi się zamkną, a ja pojadę w dół. Kiedy drzwi zamknęły się nie pomyślałem nawet o dotknięciu panelu z przyciskami, który wskazywał, iż jestem na najniższej kondygnacji budynku. Zamiast tego spojrzałem jedynie prosto w obiektyw zamaskowanej kamery obserwującej wnętrze windy przez cały czas. Minęło kilka sekund i poczułem, jak żołądek przewraca się pod wpływem ruchu w dół, który sygnalizował, iż bezproblemowo przeszedłem kontrolę wejściową.

Gdy krótka jazda windą oprawiona jedynie cichym szumem mechanizmu dobiegła końca drzwi otworzyły się, a tuż za nimi czekało już na mnie dwóch mężczyzn w kamizelkach kuloodpornych i z karabinami automatycznymi zawieszonymi na pasach przerzuconych przez ramię. Wyszedłem z kosza windy prosto do tej ozdobionej czeluści piekieł, dwóch mężczyzn zaczęło mnie prowadzić przez długi szary korytarz ozdobiony srebrnymi elementami, które oświetlane były przez lekko tłumione matowymi osłonkami świetlówki na suficie. Co jakiś czas mijaliśmy odnogi korytarza, na końcu których znajdowały się pary metalowych, połyskujących drzwi z zamkami na karty magnetyczne. Wszystkie te drzwi były jednakowe i nie dało się ich niczym odróżnić, nie wiem, jak pracownicy tego miejsca się tu orientują. Może na początku pracy zmuszają ich do wkucia na pamięć planu budynku, a może dołączając do nich zyskuje się jakieś dziwne zdolności.

Przechodząc jeszcze kilkadziesiąt kroków skręciliśmy w jedną z odnóg. Przy drzwiach na końcu tej odnogi jeden z mężczyzn wyjął z kieszeni kartę i przeciągnął ją przez czytnik, który po chwili wydał dźwięk oznaczający, iż karta pasuje do tych drzwi. Mechanizm w drzwiach przekręcił się z lekkim pstrykiem i uchylił drzwi do pomieszczenia. Przez pierwsze kilka sekund wahałem się przed wejściem do środka, ale jeden z mężczyzn widząc moją niepewność uchylił drzwi bardziej jednocześnie wykonując poganiający ruch karabinem. Wszedłem do pomieszczenia, a mężczyźni zamknęli za mną drzwi zostawiając mnie z moimi katami i ich salą tortur.

Musiałem minimalnie zmrużyć oczy, które z szarości i przytłumionego światła przeszły do sterylnie białego, dobrze oświetlonego gabinetu lekarskiego, może to kolejny efekt uboczny tego, co mi robią, nie zdziwiłbym się. W gabinecie przywitało mnie trzech naukowców, bo nie jestem pewien czy któregoś z nich można by nazwać lekarzem. Wszyscy wyglądali jednakowo, takie same białe kitle z przymocowanymi identyfikatorami ze zdjęciem, nazwiskiem oraz paskiem magnetycznym. Może różnili się pod względem wyglądu, ale ja już tego nie dostrzegałem, wewnątrz byli tacy sami, zimnokrwiste dranie masowej produkcji, obchodzi ich tylko praca, a takie rzeczy, jak moralność lub empatia nie istnieją w ich słowniku. Bez wymieniania zbędnych formalności i udawania, że cokolwiek nas łączy na innym stopniu relacji niż między szczurem laboratoryjnym, a badaczem, który puszcza go przez labirynt z serem przeszli do wykonywania standardowych badań. Mierzenie ciśnienia, wzrostu, wagi, pobranie wszystkich możliwych płynów ustrojowych łącznie z płynem mózgowo-rdzeniowym, badanie wzroku. Po przeprowadzeniu badań fizycznych z opuszczeniem tych najbardziej inwazyjnych przeszli do kwestionariusza z pytaniami odnośnie samopoczucia i mojego stylu życia, odpowiadałem, jak automat, to nie były pytania w oparciu o troskę o drugiego człowieka, a po prostu dane, więc w taki też sposób je prezentowałem. Zakończenie serii pytań oznaczało jedno, że czas przejść do może nie najgorszego przeżycia w teraźniejszości, ale które przyniesie wielki ból w przyszłości i jest jednym z dwóch głównych powodów mojego opłakanego stanu zdrowia, przyszedł czas na "leki". Czasem podawali mi tylko sprawdzoną mieszankę, która miała związek z "zabezpieczaniem mojego organizmu przed działaniem pancerza", ale zazwyczaj dodawali mi do tego zestawu jakieś eksperymentalne środki nie mówiąc nawet na co są. Miałem nadzieję, iż tym razem dostanę tylko zestaw "standardowy", jednak nie mogłem mieć tyle szczęścia w życiu, jego zapas wyczerpał mi się przynajmniej kilka lat temu. Tym razem było tego sporo: trzy białe podłużne, dwie żółte trójkątne, dwie czerwone okrągłe, jedna żółta kwadratowa, jedna powlekana biało-czerwona, a na koniec buteleczka z przeźroczystym płynem i strzykawka, a to oznaczało środek w zastrzyku, te są najgorsze. Przyjąłem zestaw wielobarwnych pigułek, gdy jeden z naukowców przygotowywał zastrzyk. Nie miałem nic do popicia i nawet nie myślałem, by poprosił, więc tabletki wchodziły opornie, lecz jakoś poszło. Skończyłem słuchać, jak pracują moje mięśnie przełyku i nie zwracają zawartości, choć to pewnie jedyna sytuacja, gdy chciałbym, by to się zdarzył. Wtedy poczułem ukłucie w ramieniu i ciśnienie wtłaczające zawartość strzykawki do wnętrza ciała. Tuż po zakończeniu zastrzyku zacząłem mieć wrażenie, jak skrawki otaczającego mnie świata uciekają, zostają wyrwane i usunięte. Wrażenie to postępowało, aż niemal cały otaczający mnie świat został wydarty i zniknął, wtedy to coś wzięło się też za moje ciało. Zostałem rozdarty na strzępy i zniknąłem.


Poczułem lekkie uderzenie w twarz i rozchodzące się od miejsca uderzenia ciepło. Otworzyłem oczy, siedziałem na jakimś krześle w hangarze, w którym znajdowały się dwa samochody dostawcze oraz duża ilość stojaków i stołów wypełnionych najróżniejszym sprzętem o przeznaczeniu wojskowym. Między tym wyposażeniem kręciło się dziesięciu osób ubranych w pełne uniformy operacyjne z dodatkowymi wzmacnianymi ochraniaczami. Wtedy zorientowałem się, że jedna z tych osób stoi tuż obok mnie i zaczyna coś do mnie mówić:

— Halo. Żyjesz?
— Tak, co się stało?
— Nic nie pamiętasz?
— Nie.
— Mówili, że taki może być efekt uboczny. W każdym razie, zaraz wyjeżdżamy, wbijaj się w pancerz i zapierdalaj do transportera.

Nie miałem ochoty odpowiadać, a nauczyłem się już, że zadawanie pytań nie daje odpowiedzi, a jedynie napina atmosferę. Zacząłem powoli podnosić z krzesła, nie wiem, co mi podali, jednak wpłynęło to chyba jakoś na moje mięśnie albo mój organizm po prostu jest już taki słaby, bo przy znikomym wysiłku jakim było podniesienie się do pionu moje mięśnie zaczęły drżeć, jak przy podnoszeniu za ciężkiej sztangi. Gdy udało mi się podnieść zacząłem przemieszczać się w kierunku stojaka, na którym znajdował się mój pancerz, wtedy usłyszałem jedną z szyder, do których byłem już przyzwyczajony:

— Odpuść sobie, nawet z krzesła nie umiesz się podnieść, dziewięćdziesięciolatek poradziłby sobie lepiej.
Ignorowałem go, tak samo, jak wszystkich innych, nie obchodzili mnie, ja robię swoje i tyle, ale mój prześladowca nie przestawał:
— Dawaj, dzisiaj na pewno padniesz, jak mucha. Postawiłem sporo kasy, więc mógłbyś już wykitować, przynajmniej zrobiłbyś w końcu coś pożytecznego ze swoim życiem.
Zwrócił się do przechodzącego obok członka oddziału:
— Jesteś tu nowy, prawda?
— Tak.
— To fajnie, że mi się przypomniało. Obstawiamy za ile misji ten tu się przekręci, na razie w puli jest dziesięć tysięcy w twardej walucie.
— Można się dokładać?
— Oczywiście, zakład jest otwarty. Jak mam ci coś poradzić, to powiem, iż dobrze jest spróbować postawić na jego przeżycie do końca umowy, nikt jeszcze tego nie obstawił, więc w przypadku wygranej cała pula będzie twoja.
Podszedł inny członek grupy, który przed chwilą sprawdzał noktowizory leżące na jednym ze stołów:
— Weź mu kitu nie wciskaj, przecież to jest, jak wyjebać pieniądze w błoto, a nawet gorzej, bo jest szansa, że ty je zgarniesz.
— Ej, chciałem dać mu dobrą radę.
— Dupa, a nie.
Wtedy odezwał się mężczyzna, który wcześniej walnął mnie w twarz:
— Ogarnąć się, zakłady, ploteczki i wizytę w klopie załatwicie po robocie. Teraz ruszamy dupę w troki, za pięć minut wszyscy mają być w dostawczaku, a ten kto nie zdąży będzie biegł za wozem przykuty kajdankami do zderzaka!

Wszyscy łącznie ze mną potraktowali groźbę poważnie i zaczęli wykonywać wszystkie ruchy dwa razy szybciej. Zbliżałem się do stojaka, na którym stał zbudowany z oliwkowo zielonego metalu pancerz przypominający połączenie zbroi płytowej z tymi egzoszkieletami z filmów o superbohaterach. Będąc przy stanowisku z moim pancerzem, moją ruchomą trumną, moją osobistą żelazną dziewicą nagle zostałem zaskoczony przez jednego z badaczy, który do tej pory chyba cały czas czekał za stojakiem, albo po prostu go nie widziałem. Przeszedł od razu do sedna i zaczął tłumaczyć mi zmiany w moim wyposażeniu:

— Wprowadziliśmy pewne zmiany. Większość z nich to szczegóły techniczne, więc nie musisz ich znać, ale jak zawsze będziemy zobowiązani posłuchać twoich uwag o obecnej wersji pancerza. Jednak jest jedna duża zmiana, paralizatory odległościowe zastąpiliśmy miotaczami strzałek na środek usypiający stosowany w naszych karabinach, bo jak się okazało ostatnio, to rażenie tych istot prądem w żaden sposób nie powstrzymuje ich zdolności, a jedynie sprawia, że wyrywają się spoza kontroli. Chyba to pamiętasz?

Pamiętałem, to był koszmar, wszędzie wyładowania i zapach spalonego ludzkiego mięsa, to był koszmar i nie chce tego przeżywać ponownie, to była największa rzeź w jakiej uczestniczyłem w życiu.

— Ale wracając do modyfikacji, masz dwa działka, każde na jednej ręce, problem w tym, że nie udało nam się stworzyć sprawnego systemu przeładowania bez usuwania hermetyczności pancerza. Dlatego masz tylko dwa strzały, nie masz też celownika, co prawda strzałki są celne, ale lepiej byłbyś pewien trafienia, bo później zostaje ci tylko stare dobre obicie mordy, by spacyfikować cel.
— Rozumiem.

"Stare dobre obicie mordy", dziwi mnie, że to jest dopiero ich plan B, gdyby mogli to pewnie zastosowaliby tę opcję, jako główne rozwiązanie, ale pewnie im się nie opłaca. Bez dalszych przeszkód założyłem hermetyczny pancerz, poza hełmem, który planowałem założyć dopiero na miejscu akcji, upewniłem się, iż wszystkie złącza i zatrzaski trzymają i skierowałem się do samochodu dostawczego, przy którym zbierali się wszyscy. Mimo ponad trzydziestu kilogramów obciążenia zdążyłem wyrobić się w postawionym limicie czasowym, choć było to pewne wyzwanie. Wszyscy wsiedli i patrzyli rechocąc na moją próbę wejścia na podwyższoną pakę dostawczaka. Oczywiście problem nie leżał w mobilności pancerza, którego promień zgięcia był na pewno lepszy mój w tej chwili, problemem była waga, faktycznie mocno opadłem z sił.

W końcu wspiąłem się i zająłem wolne miejsce w pojeździe wypełnionym uzbrojonymi po zęby żołnierzami, z których jednak nikt nie miał "prawdziwej" broni, wszyscy byli wyposażeni w karabiny na strzałki usypiające. Zamknęły się drzwi i pozostawiły nas w ciemności na parę sekund zanim włączyło się oświetlenie. Pojazd ruszył, a my zaczęliśmy wsłuchiwać się w instrukcję odnośnie celu misji lecące z małych głośników znajdujących się na pace:

— Tym razem misja jest prosta. Cel przejawia umiejętności poziomu drugiego oraz osobowość typu W. Znajduje się na odludziu, więc nie trzeba się martwić o świadków. Wykonujemy ustawienie klasyczne: Ja ustawiam się pięćset metrów od celu z karabinem wyborowym, Nowi wraz z naszą Dziewicą wchodzą do środka i natychmiast obezwładniają cel, bez pytania, bez gierek, reszta obstawia teren. Na miejscu będziemy za trzydzieści pięć minut, przygotować się.

Po prawdopodobnie trzydziestu pięciu minutach jazdy pojazd się zatrzymał, ale nikt z nas nie ruszał się z miejsca, ponieważ teraz wysiadał tylko strzelec wyborowy. Od pierwszego i ostatniego wypadku z poziomem czwartym zawsze ma być z nami snajper, by w razie bezpieczeństwa uspokoić rozszalały cel na dobre. Jednak dalsza jazda nie trwała długo, gdy ponownie się zatrzymaliśmy założyłem hełm i upewniłem się, że wnętrze kombinezonu jest szczelne. Pierwszy wdech zawsze jest najgorszy, ciągle czuję wymioty sprzed dwóch lat, a może to tylko moja wyobraźnia przypominająca o tych okropnych wydarzeniach i tym, jak poznałem prawdziwe oblicze tego, co robi Firma. Ja jednak wolę wierzyć, że nie zwariowałem, że te wymiociny gdzieś tu są, mimo szorowania i dezynfekcji ukryły się w systemie podtrzymywania życia znajdującym się we wbudowanym na plecach pancerza prostopadłościennym pojemniku.

Drzwi dostawczaka się otwarły, wszyscy sprawnie, acz cicho wyszliśmy ze środka. Przed naszymi oczami ukazała się niewielka chatka wykonana z cegły z drewnianym dachem i jedną parą drewnianych drzwi. W otoczeniu budynku stojącego pośrodku pustkowi oddalonych o wiele kilometrów od cywilizacji znajdowały się różne rzeźby wykonane z kamienia. Miały one różne kształty, rozmiary i materiały. Z analizy otoczenia wyrwały mnie słowa dochodzące z głośnika hełmu:

— Te, Dziewica. Ty się nie wgapiaj tylko leć przodem, no chyba, że już nie masz sił na ruch i chcesz się poddać, może nawet odpalę ci dolę za twój mięczakizm.

Nie zwracając uwagi na kolejną zniewagę podbiegłem do drzwi i ustawiłem się pod ścianą, tuż za mną ustawiło się dwóch nowych członków grupy, reszta grupy rozstawiła się dookoła budynku. Usłyszałem w głośniku:

— Wszyscy na pozycjach, można wchodzić.

Słysząc te słowa wziąłem lekki rozpęd i wyważyłem drzwi, drewno szybko puściło pod naporem twardego i ciężkiego pancerza. We wnętrzu budynku znajdowało się tylko jedno pomieszczenie, było ono niemal w całości wypełnione rzeźbami podobnymi do tych na zewnątrz. Jedyną inną rzeczą w pomieszczeniu był stół warsztatowy z oświetleniem znajdujący się przy ścianie naprzeciw wejścia, a przy nim stał łysy, około dwudziestoletni mężczyzna z cerą pociemniałą od naturalnej opalenizny. Tuż za mną do pomieszczenia weszła dwójka żołnierzy towarzysząca mi wcześniej i próbowała się rozstawić w bezpieczny sposób. Spojrzałem na ułożenie rzeźb oraz swoją pozycję i stwierdziłem, że nie mam czystej pozycji do oddania strzału, zacząłem się martwić . Wtedy usłyszałem słowa, które potwierdziły moje zmartwienia:

— Nie mam linii strzału.
— Ja tak samo, spróbuje go zagadać, a wy go podejdźcie.

Już chciałem go zatrzymać, ale ten idiota, który pewnie przespał szkolenie już zaczął:

— Hej ty! Ręce do góry i żadnych sztuczek!

Drugi z żołnierzy zaczął obierać okrężną drogę między rzeźbami, wtedy mężczyzna przy stole obrócił się i poczułem to znajome uczucie. Wnętrze mojego pancerza zostało piecem wypełnionym przez mój ból, czułem, jak moje ciało jest jednocześnie rozciągane, ściskane, rozrywane, zlepiane, palone i zamrażane. Trwało to nie całą sekundę, ale wiedziałem już, co się stało. Drzwi zniknęły, a obaj żołnierze, którzy mi towarzyszyli zamienili się w kamienne statuy. Jedynymi rzeczami niezamienionymi w kamień zostały karabiny wykonane ze stopu podobnego do tego w moim pancerzu. Odzyskując sprawność myślenia zabraną przez szok wywołany bólem nadałem krótki komunikat przez mój komunikator:

— Manipulator się aktywował! Powtarzam, aktywował się!

Nagły krzyk wywołał mały atak kaszlu, poczułem zapach krwi i zobaczyłem małe czerwone plamki na wizjerze. Jednak nie miałem czasu i sposobności zająć się tym, w czasie gdy kasłałem mężczyzna przy stole skończył analizować, co się właśnie stało i wyglądał, jakby nie mógł uwierzyć:

— Ale, ale jak? To niemożliwe.

Zdecydowałem się natychmiastowo ruszyć naprzód między rzeźbami, by znaleźć czystą linię strzału zanim manipulator rzeczywistości zrozumie sytuację. Biegnąć usłyszałem komunikat:

— Drzwi zniknęły, przygotowujemy ładunki taktyczne.

Wiedziałem, że nawet jeśli zrobią trochę huku to to im nic nie da, teraz była jedyna szansa i musiałem ją wykorzystać. Wykonałem kilka kroków w pancerzu, miałem już dobrą pozycję do strzału, ale wtedy poczułem ponowny napad tego bólu, na domiar złego wyczułem, iż tracę grunt pod nogami. Niemal cała podłoga w pomieszczeniu zniknęła tworząc kilkumetrową dziurę, a rzeźby zaczęły lewitować. Czując, jak zaczynam spadać zdecydowałem się zacisnąć zęby i oddać strzał. Niemal automatycznie ustawiłem rękę prostopadle do celu we właściwej płaszczyźnie, nacisnąłem spust umieszczony w rękawicy pancerza. Strzałka wyleciała w kierunku celu, a ja poleciałem do dziury. Upadając poczułem, jak prawdopodobnie jedno lub kilka kości pęka. Lekko podniosłem głowę i zobaczyłem strzałkę w udzie manipulatora, który patrzył na mnie przez moment i upadł. Wtedy też lewitujące rzeźby straciły swoją siłę nośną i poleciały do dziury, w której się znajdowałem. Jednocześnie jedna ze ścian budynku została wysadzona przez ładunek taktyczny. Ciężkie skalne figury wzmocnione przez przyspieszenie wylądowały na mnie, pancerz w większości mnie ochronił, ale jeśli wcześniej nie miałem pewności, co do stanu swoich kości to to uderzenie upewniło mnie w tym, że coś na pewno chrupnęło. Dodatkowo ciężkie kamienie uniemożliwiły mi oddychanie, ledwo mogłem nabierać powietrze. Przez nową dziurę w ścianie do środka zajrzała reszta grupy i usłyszałem kolejną wypowiedź w głośniku:

— Zdechłeś tam w końcu?

Z trudem zebrałem ładunek gazu w płuca, o mało nie wywołując kolejnego ataku krwawego kaszlu i wypowiedziałem dwa słowa:

— Jeszcze żyję.

"Jeszcze" to było dobre słowo, ta robota mnie wykańcza z każdej strony: "leki", ten pancerz i te istoty, wszystko to sprawia, że prosty kontrakt na trzyletnią pracę zamienił się w wyzwanie, którego nie da się pokonać. Trzeba przegrać w jakiś sposób i jeśli już mam przegrać, to chce to zrobić w sposób, który zapewni komuś innemu wygraną, a do tego muszę brnąć do przodu. Zostało mi kilka miesięcy i pewnie skorzystam z zaproponowanej opcji po zakończeniu kontraktu, bo to co mam to nie jest już życie, a pętla śmierci i cierpienia, którą skończę i wyciągnę z niej jedną dobrą rzecz.


Po wydostaniu mnie, a raczej "cennego wyposażenia bojowego", w którym akurat byłem zaniesiono wciąż nieprzytomnego manipulatora do drugiego samochodu dostawczego, którego paka została wyłożona jednakowymi zielonymi płytami, jak te w moim pancerzu. Kiedy drzwi dostawczaka zamknęły się usłyszeliśmy komunikat o powrocie do bazy oraz o sukcesie misji:
— Tu dowódca Grupy Łowieckiej "RB", mamy cel, wracamy do kwatery głównej A.R.G.U.S. Inc..

Wsiadając do wozu zastanawiałem się, jak po każdym zadaniu, co z nimi robią, jakie eksperymenty robią na nich, jeśli mnie jako zwykłego człowieka traktują, jak śmiecia i szczura laboratoryjnego. Na pewno nie jest to przyjemne traktowanie, a moje odkupienie stało się jeszcze bardziej niemożliwe, za dużo złego zrobiłem i nawet szczere intencje tego nie naprawią. Jednak jestem już w tym za daleko i jeśli mam poświęcić swoje ciało i duszę to to zrobię, ale nie dla nich, a dla siebie, swojej córki i jej dziecka. Dotrwam do końca robiąc okropne rzeczy, które i tak ktoś, by robił, a w ten sposób ochronie jedyną ważną osobę. Bo nie chodzi już o religię, moralność, czy miłość, ale o kontrakt, pieniądze i to, kto kogo wykorzysta na koniec.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported