Ostatnie dni jesieni: Prolog
ocena: +7+x

Lesina górna, Specjalna Strefa Ekonomiczna.
19 października, godzina 22:31

Pogoda w tym rejonie była bardzo zmienna. Jeszcze popołudniu delikatny wiatr rozbrzmiewał szumem drzew i złotych liści na chodnikach. Słońce świeciło mocno, jakby za wszelką cenę starało się ogrzać tych, którzy z dowolnego powodu znaleźli się poza mieszkaniami. Teraz jednak, niemalże w środku nocy, mocny i zimny deszcz nieprzerwanie bębnił w stare dachówki budynków strefy fabrycznej, a wraz z koleinami wyrobionymi przez ciężarówki tworzył nieprzyjemne i śliskie błoto. Wszystko, co żywe, starało się chować przed nieprzyjemną pogodą, czyniąc okazję dla tych, którzy na takich polowali. Jak pająk, który wyszedł na stary parapet ze swojej kryjówki, by obserwować krople deszczu.

Damian Olkowicz uważał to za do bólu typowe, ale był w stanie pogodzić się z nieprzyjemną pogodą; towarzyszący mu funkcjonariusze MFO nie mieli większego wyboru. Agent powtarzał sobie, że teraz może być dowolna pogoda; już za niecały miesiąc nastanie grudzień, a wraz z nim jego doroczny, miesięczny urlop, który planował spędzić z rodziną w jakimś nadmorskim kurorcie, najlepiej za granicą. Ostatnie pięć lat służby pozwoliło mu jedynie na trzy wizyty u rodziny, przez co niemalże przegapił moment dorastania swojego syna. Żona, Jadwiga, praktycznie przy każdym kontakcie przypominała mu, jak bardzo nie podoba jej się pobyt męża w "Afganistanie", mimo pokaźnej sumy wpływającej co miesiąc na ich konto właśnie z tego tytułu. Damian nie ignorował zupełnie tych uwag, ale też nie pozwalał, aby dyktowały one jego postępowanie: przecież jemu też zależało na synu i rodzinie, też chciał móc widzieć ich każdego popołudnia, razem kopać piłkę z młodym i wieczorem kochać żonę. Ale ścieżka kariery, którą wybrał, nie zapewniała zbyt dużych perspektyw na spokojną emeryturę. Tym bardziej osobie o nieposzlakowanej opinii i z wysoka skutecznością, jak Olkowicz.

Ale jednocześnie właśnie w tym swoje nadzieje pokładał agent w średnim wieku. Nawet jeżeli nie był w stanie rozstać się ze swoim fachem, to zawsze mógł wykorzystać swoją wiedzę i umiejętności w bezpiecznym środowisku, jako nauczyciel, konsultant czy dowolnie inny pracownik biurowy. Z daleka od błota, kilkudniowych pobytach na misji czy złych gości gotowych wpakować kulkę za samą obecność w złym miejscu o złej porze. Była to co prawda jedynie Polska, miejsce niemal idealnie oddalone od wszelkich niebezpieczeństw, ale Olkowicz nie spędził 15 lat z głową cały czas na szyi, aby wierzyć w pozory.

Agent uniósł dłoń i otarł spocone czoło. Mimo padającego deszczu był pewny, że to pot: śmierdzący i klejący się do skóry. Czuł tę sama ciecz pod pachami i między nogami, a przecież jego wodoodporna, szara kurtka radziła sobie z gorszymi warunkami niż obecne. Dopiero teraz, zastanawiając się nad tym, agent zdał sobie sprawę, że jest mu gorąco.

Dzisiejsze zadanie było bardzo proste, polegało jedynie na przechwyceniu transportu, który miał tu być za około pół godziny. Stojąc w cieniu latarni i nieudolnie chroniąc się przed deszczem oddział wyglądał niemalże identycznie do zdenerwowanych robotników czekających na dostawę materiałów. Niektórzy członkowie zespołu wzmacniali maskaradę poprzez zbyt głośne rozmowy i paląc papierosy, czyli po prostu rzucając się w oczy. Była to stara i sprawdzona metoda pracowników wywiadów na całym świecie: podejmując tajną operację upewnij się, że nie zwracasz na siebie uwagi. Choćby polegało to na krzyczeniu wulgaryzmów i moknięciu obok zaniedbanych i opuszczonych fabryk. Olkowicz mógł być nowy na tym terenie, ale nie był jednak nowy w swoim fachu: w pobliskich zabudowaniach znajdowało się dwóch obserwatorów na bieżąco informujących dowódcę o wszystkim, co mogli zobaczyć. Byli oczami i uszami oddziału, dzięki czemu ten nie musiał ani się rozglądać, ani nasłuchiwać. A jeżeli przez coś się wpada, to właśnie przez rozglądanie się i nasłuchiwanie, czyli nerwowe zachowanie.

Spoglądając na swoich ludzi agent dostrzegł, że nie tylko jemu jest gorąco. Większość oddziały nerwowo wycierała czoła bądź głośnymi westchnieniami łapali oddech pomiędzy papierosami. Jak pieprzeni amatorzy, pomyślał Olkowicz. Zdenerwował się po uświadomieniu sobie, że ma również na myśli siebie. Plan był dopracowany, misja prosta a chłopcy solidni, dlaczego więc mieli się zachowywać jak banda dzieciaków wpuszczona na wycieczkę do więzienia?

Słuchajcie chłopaki, coś tu nie gra, dorwiemy ich następnym razem, teraz spadamy.

Mógłby dokładnie tak powiedzieć. Później okazałoby się, że w ostatniej chwili wyskoczyli z rozpędzonego w przepaść wagonika o nazwie "zasadzka". Otrzymałby nagrodę za zasługi i odważną służbę, co pozwoliłoby mu przekonać radę, by od tamtej pory siedział sobie wygodnie w ciepłym biurze i popijając kawę uczył innych tego, co sam jeszcze niedawna robił. Udałoby mu się przekonać ich do tego bez problemu, tym bardziej z papierem zaświadczającym o "urazie psychicznym" w związku z incydentem. Do tego opowiedziałby zbyt długo i nudnie o "intuicji agenta" i "drobiazgowym doświadczeniem, które szkoda jest zmarnować w polu". Emerytury dożyłby wracając codziennie po 6 godzinach pracy do rodziny.

Albo okazałoby się, że po prostu spanikował i pozwolił, by cel dosłownie przejechał przed jego nosem. Doświadczony agent z piętnastoletnim stażem, psia jego mać. Co widniało na rozkazie przesłanym chłopakom z MFO? "W ramach zastępstwa za przebywającego na urlopie agenta Domakowskiego dowodzenie podczas operacji przejmuje agent Olkowicz, doświadczony pracownik z piętnastoletnim stażem." Doskonale wiedział, co dla tych gości znaczyła zmiana dowódcy przed akcją, ale nikt nie przewidział, że Domakowski Junior postanowi przywitać się ze światem kilka tygodni wcześniej, niż planowano. A teraz co? Wiem, że to Wasz dowódca zaplanował tę akcję a ja przyjechałem jedynie na realizację, ale spociły mi się majteczki i spanikowałem.

Agent spojrzał na ekran smartfona jednocześnie uzmysławiając sobie, że opierając się o ceglaną ścianę czuje, zamiast jej chłodu, swój gorąc. Pozostało jeszcze piętnaście minut do przyjazdu celu, ale ta myśl go nie uspokajała.

Bo nie jestem zdenerwowany, powiedział sam do siebie w myślach agent. Po prostu jest mi gorąco, tak samo jak reszcie. Podświadomością wspieraną przez widzenie peryferyjne poczuł, że coś w jego otoczeniu się zmieniło. Wyjął telefon i poświecił na betonowy parapet za sobą. Leżał tam pająk, z nogami skręconymi ku górze. Wtedy wszystko zrozumiał i rzucił się do biegu, jednocześnie krzycząc rozkazy do swojego oddziału.

Olkowicz najpierw usłyszał stłumioną, jakby podwodną eksplozję. Odwracając się zobaczył ciało bez głowy, które opadało na ziemię w świetle latarni i czerwonej chmury tkanki mózgowej. Agent oczekiwał na informację od dwóch obserwatorów uzbrojonych w precyzyjny sprzęt, który jednak okazał się niczym wobec pistoletów maszynowych Scorpion.

Ciężarówka nigdy nie nadjechała.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported