Potrzebujesz trochę Sosnowego Ziela?
ocena: +6+x

W pomieszczeniu znajdował się długi metalowy stół. Z jednej strony w asyście metalowego grawerowanego pudełka oraz stosów papierów siedziały trzy osoby w czarnych garniturach i okularach z grubą oprawą wyglądające niemal jak swoje klony. Zaś z drugiej strony siedziała kobieta po trzydziestce w kitlu, która trzymała na stole złożone ręce, a dokładniej rękę i protezę ręki. Po kilku sekundach ciszy ciągnącej się niczym wieczność jeden z ludzi w garniturach zaczął mówić, jednocześnie ciągle zerkał na kartkę trzymaną w rękach, jakby miał tam ściągę.
— Zebraliśmy się tutaj w związku ze złamaniem przez członka personelu Fundacji Artykułu 42, podpunktu 10a kodeksu postępowania z anomaliami, który brzmi: "Zabronione jest podawanie anomaliom, obiektom testowym lub pracownikom Fundacji środków psychoaktywnych, jeśli nie zostało to zatwierdzone przez odpowiedniego członka personelu administracyjnego, który zezwolił na to w celach badawczych lub przechowywaczych." oraz Artykułu 42, podpunktu 10b kodeksu postępowania z anomaliami o treści: "Jeśli na podstawie sytuacji przedstawionych w podpunkcie 10a zostanie wydana zgoda na użycie substancji psychoaktywnych, to mają one zostać pozyskane przez Departament Produkcji. Używanie do takich procedur prywatnych zasobów członków personelu jest zakazane.". W związku ze złamaniem powyższych reguł w stosunku do OMZ-17 (Oznaczenie nadawane Ofiarom Medycyny Zimorodka) przewiduje się karę oscylującą między przymusowym przeniesieniem do innego projektu a degradacją do pozycji personelu badawczego najniższego szczebla z odebraniem wszystkich przywilejów pracowniczych. Czy rozumie Pani postawione zarzuty oraz jaka kara może z nich wynikać, doktor Sosno?
— Tak.
— Dobrze. Czy przyznaje się Pani do złamania wyżej wymienionych zasad?
— Tak.
— Czy chce Pani dodać coś, co powinno być uwzględnione przed udzieleniem werdyktu?
— Tak.
— W takim razie proszę się nie krępować.
— Otóż chciałabym zacząć od tego, iż według ogólnie przyjętego paradygmatu naruszyłam zasady odnośnie "środków psychoaktywnych", tak nie uważam tego co podawałam OMZ-17 za narkotyki. To tak jakbym przynosiła z domu i podawała im oregano.
Jeden z ludzi w garniturach uderza w pudełko stojące na stole:
— Pani doktor! Tutaj jest ponad kilogram marihuany!
— Tak, ale jest odmiana siewna konopi. Oznacza to, że ilość THC, które jest substancją psychoaktywną, jest minimalna. Za to ilość CBD będącego substancją medyczną jest podwyższona.
— To nie zmienia faktu, że bez zezwolenia wniosła Pani na teren placówki ponad kilogram narkotyków i zaaplikowała je osobą dotkniętym efektami anomalnymi, nawet jeśli były słabe.
— Ale ja to właśnie zrobiłam w trosce o te poszkodowane osoby. Moje badania udowodniły, że palenie marihuany ich uspokaja i zmniejsza ich cierpienie.
— Więc czemu cała procedura nie została przeprowadzana w sposób regulaminowy? Przez złożenie wniosku do osoby sprawującej kontrolę nad OMZ-17, doktora Ryszarda Kota.
— Ponieważ jest dupkiem i sadystą.
— Przepraszam?
— Złożyłam wniosek, jednak został odrzucony z powodów "moralnych" z dodatkiem marnowania zasobów Fundacji na produkcję nielegalnych i niebezpiecznych substancji.
— Wniosek ten był właściwy. Marihuana jest wciąż nielegalna w większości państw, więc Fundacja musiałaby się zająć produkcją własną lub skupem od organizacji przestępczych po zawyżonych cenach. Spowodowałoby to straty w stosunku do możliwie nikłych korzyści.
— Nikłych korzyści!?
— Zgadza się.
— Przeprowadzono wiele badań odnośnie stosowania marihuany w chemioterapii. Wszystkie udowadniają, że jest ona bardzo pomocna przy ograniczaniu efektów ubocznych takiego leczenia. Raczej wiele nie różni się to od tej "chemioterapii" Zimorodka, więc użyłam logiczne toku myślenia.
— To raczej nie jest logiczne, jako członek personelu powinna Pani myśleć najpierw o dobrze organizacji, gdzie Pani działania mogły narazić ją na szwank.
— A co z prawami człowieka?
— Wie Pani, jak to działa.
— Tak wiem, i nie akceptuję tego!
— Czy to wszystko, co ma Pani do powiedzenia w tej sprawie?
— Miałabym dużo do powiedzenia, ale i tak będę walić głową w mur, więc sobie odpuszczę.
— W takim razie będziemy mogli przechodzić do podsumowania.
Nagle pomieszczenie wypełniło się dźwiękiem alarmu, po którym nastąpił komunikat:
— Uwaga! W skrzydle zielonym nastąpiło przełamanie zabezpieczeń przez instancje OMZ-17. Uprasza się wszystkich członków personelu o pozostanie w pomieszczeniach i zamknięcie drzwi do odwołania.
Komunikat został zapętlony, jednak jego monotonię nagle przerwał pojedynczy wystrzał. Wszyscy wzdrygnęli się na dźwięk wystrzału na tyle głośnego, jakby został wykonany tuż obok nich.
— Są to niespodziewane okoliczności, aczkolwiek myślę, iż możemy wrócić do naszego spotkania.
— Co? Przecież słyszycie, co tam się dzieje. Nie możemy od tak wznowić spotkania, jakby się nic nie działo.
— Jesteśmy tu bezpieczni, a marnowanie czasu na zamartwianie się przy takich zarządzeniach jest nieopłacalne. Poza tym jestem pewien, że ochrona poradzi sobie bezprecedensowo.
Powietrze wypełnił kolejny wystrzał. Doktor Sosna wstała ze swojego krzesła i podeszła do drugiego końca stołu.
— Co Pani robi?
— Nie będę bezczynnie czekać. Oni ich tam mordują!
— To nie my decydujemy o środkach użytych do kontroli przełamań. My mamy zająć się Pani niesubordynacją, co jak widać nie było pojedynczym wybrykiem.
— Gwiżdżę na to!
Doktor Sosna wyciągnęła prawą rękę po pudełko z marihuaną, metalowe elementy protezy wydały charakterystyczny dźwięk metalu uderzającego o metal. Kiedy tylko Joanna Sosna była pewna dobrego chwytu na pudełku, natychmiast rzuciła się biegiem w kierunku drzwi.
— Nie wiem co Pani planuje, ale proszę natychmiast przestać! Jeśli Pani tego nie zrobi, to możemy zagwarantować, że zostanie Pani wydalona z Fundacji.
— Mam to teraz gdzieś!
Wypowiadając te słowa lewą ręką zręcznie otworzyła drzwi i doktor Sosna ruszyła w kierunku, z którego dochodziły strzały.

Przełamanie było faktycznie blisko nich, ponieważ już po kilku sekundach doktor Sosna zobaczyła grupę pięciu ochroniarzy stojących w pozycjach bojowych, z wyciągnięta bronią krótką. Przed nimi znajdowało się może 20-25 instancji OMZ-17. Wszyscy wyglądali, jak spalone mumie. Wychudzone do granic wyobraźni, bez włosów (choć niektórzy zachowali kilka włosów, które można było policzyć na palcach jednej ręki), cała skóra pokryta była czarno-szarą substancją przypominającą popiół, która kruszyła się przy jakimkolwiek nacisku, zazwyczaj prowadząc do krwawienia. Praktycznie czarne oczy (nie wiadomo czy to chemia Zimorodka sprawiła, że białka zmieniły kolor na czarny, czy to źrenica rozszerzyła się niczym u fok), choć zapadnięte wciąż obserwowały świat i ukazywały cierpienie. Gdyby mogły, prawdopodobnie płakałby, ale nieważne ile płynów sanitariusze Fundacji podawali obiektom, one zawsze były odwodnione. Z ust wypełnionych góra kilkoma zębami ciągle wydobywał się cichy jęk, prawdopodobnie nie mieli oni nawet sił na krzyk, więc jedyne, co im pozostało to jęk przy wydechu, który i tak wykonywali z trudem.

Wszystkie te obiekty wyciągały kościste ręce w kierunku celujących do nich ochroniarzy. Ręce, których opuszki palców były nagie do samej kości, odsłaniając wyjałowione kości paliczków. Cała grupa OMZ-17 cechowała się jednym, pchała się do ochroniarzy. Wszyscy chcieli jednego, zakończyć cierpienie, chcieli po prostu umrzeć. Doktor Sosna spoglądając na podłogę zobaczyła już trzy osoby, którym udało się osiągnąć ten cel. Może to byłoby najlepsze rozwiązanie, ukrócić ich cierpienie. Taka myśl wielokrotnie przechodziła doktor Sośnie po głowie, jednak po odkryciu wpływu konopi zrozumiała, że na pewno musi być lek, ulga, która pozwoli ich uratować.

Zobaczyła, jak ochroniarze próbujący ograniczyć używanie broni do minimum powoli wycofywali się, jednocześnie szykując się do następnych nieuniknionych strzałów. Wtedy Joanna Sosna wkroczyła do akcji.
— Stójcie! Nie strzelacie!
— Kto to? Sosna? Nie słyszałaś komunikatu? Zwiewaj stąd panienko.
— Jestem jedną z badaczek tych ludzi i wiem, jak ich zatrzymać.
— Mamy rozkazy!
— Żeby wyżynać ludzi! Dajcie mi spróbować, proszę. Oni potrzebują pomocy!
Ochroniarz przytłoczony przez grupę 7 instancji trzymał rękę na spuście, kiedy dowódca ochroniarzy wydał rozkaz:
— Wycofujemy się, dajmy jej spróbować! Nie ważcie się strzelać! Obym tego nie pożałował.
— Dziękuje.
Doktor Sosna nie marnując ani momentu więcej wyciągnęła zapalniczkę i zdjęła przykrywkę z pudełka. W środku znajdowało się pełno suszu konopnego, który palił się jak rozpałka. Natychmiast zapaliła zawartość pudełka i puściła je po podłodze niczym kamień do curlingu. Pudełko minęło wycofujących się ochroniarzy, a wydobywający się dym szybko ogarnął grupę OMZ-17. Niemal natychmiast wszystkie instancje zatrzymały się, opuściły ręce i wydawały się rozluźnione, jakby chociaż część ich cierpienia została usunięta magiczną różdżką. Szef ochrony patrzył z niedowierzaniem na uspokajającą się grupę, która przed chwilą rzucała się na niego i jego ludzi, by dostać kulę miłosierdzia.
— Co to za magia?
— To nie magia, to medycyna naturalna.


W zadymionym korytarzu natychmiast zjawił się personel medyczny. Po stwierdzeniu, iż żaden pracownik Fundacji nie został ranny, pomógł on w odeskortowaniu uspokojonych OMZ-17 do zabezpieczonego sektora.

Na miejscu niemal natychmiast znalazł się patolog, niejaki doktor Astrowski. Nie wiadomo, kto go wezwał oraz jakim cudem dotarł tak szybko, ale niemal natychmiast stwierdził zgon dwójki OMZ-17, jeden był ciężko ranny, ale uratowanie go było możliwe. Poza tymi ofiarami u kilku innych przedstawicieli instancji znaleziono niezagrażające życiu rany.

Znaleźli się tam też członkowie komisji dyscyplinarnej, którzy zabrali ze sobą najważniejszą część dokumentów. Niemal je upuścili, gdy zobaczyli całą scenę oraz zebrali powierzchowne zeznania ochroniarzy. Następnie podeszli do doktor Sosny.
— Mam nadzieje, że Pani zdaniem było to warte swojej kariery.
— Było i gdybym miała wybór, powtórzyłabym to.
— Szczerze, nie wiem, co powiedzieć i mówię tu za całą komisję.
— Ja wam coś powiem. Średnio jedna na dwie osoby będzie miała raka. Czyli na pewno będzie to jedno, raczej dwoje z was. Wtedy możecie się modlić do siły wyższej albo liczyć po prostu na fuks, by nie był to złośliwy guz, by nie musieć przechodzić przez całą tę walkę, by nie trafić na takie szarlatańskie leczenie, jak ofiary Zimorodka, by nie zostać królikami doświadczalnymi sadysty traktujący was jak przedmioty i by nie musieć szukać śmierci z rąk innych, bo nie ma się już sił nawet na zakończenie swojego istnienia. Dlatego radzę wam pomyśleć, bo oni byli zwykłymi ludźmi, takimi jak wy, was może spotkać to samo.
— Ja-ja-ja…
Wszyscy członkowie komisji przez chwilę zastanawiali się nad tym, co usłyszeli i nagle jak grom z jasnego nieba, coś zrozumieli.
— Myślę, że po ponownym przemyśleniu argumentów złożonych przez Panią skończy się na upomnieniu oraz ewentualnym skonfiskowaniu reszty nielegalnych dóbr. Dodatkowo napiszemy list polecający do Dyrektora Ośrodka 49, ponieważ wydaje nam się, że obecne nadzorca projektu nie sprawuje się dobrze na swoim stanowisku.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported