Przygoda Małego Zbysia: Rozdział II
ocena: +1+x

~ Rozdział II ~

Istnieje takie dziwne uczucie, dosyć idiotyczne, ale jego przyczyna może zmienić cały plan dnia. Nie, to nie zakochanie. Zawał też nie. Takie uczucie, gdy jedzie się autobusem wybranej linii, a nagle okazuje się, że skręca on w kierunku zupełnie innym niż oczekiwany. No, mniej więcej takie uczucie dało mi się we znaki, gdy fioletowy hipopotam będący moim źródłem transportu najwyraźniej wiedział o celu podróży mniej ode mnie. Już dawno zgubiłem się w naszej trasie. Futrzak niezliczoną ilość razy wykonywał obroty w miejscu, wracał się niespodziewanie, jak gdyby wypadło mu coś i to zauważył, to biegł, to nagle szedł niczym żołnierz. Wątpliwości, czy naprawdę niesie mnie tam, gdzie chcę, powodowały że chciałem już tylko zejść i iść pieszo. Nie wiem gdzie, ale po prostu iść. Wtedy nagle się zatrzymaliśmy. W sumie to futrzak, bo ja fiknąłem mu przez ramię, cudem nie łamiąc sobie kręgosłupa przy upadku z ponad dwumetrowego stwora.
— To tu! Stoimy u Twych marzeń wrót! — futrzak pokazał, a w zasadzie sztywno wyciągnął łapę przed siebie na rysunek wielkich drzwi zamkowych widniejący na ścianie, będących częścią większego malowidła, przedstawiające właśnie zamek. Cóż za niespodzianka.
— Czy Ty sobie ze mnie jaja robisz? — zwróciłem się do maskotki. — Miałeś nas zaprowadzić do miejsca, skąd mnie wziąłeś, fioletowy spierdoleńcu! — hipopotam tylko podskoczył, klasnął w powietrzu niczym gwiazda musicalu i poturlał się z pomieszczenia, robiąc gwiazdy. Czyli, że już dał mi spokój? Nawet lepiej.
Spojrzałem jeszcze raz dokładnie na malowidło zamku. Nie, to tylko zwykły rysunek. Żadnych prawdziwych drzwi. W pomieszczeniu oprócz mnie było jeszcze dwóch chudzielców, flegmatycznie przemieszczających się po rusztowaniach wszechobecnego małpiego gaju. Wziąłem z plecaka butelkę wody, uzupełniłem płyny i porozglądałem się po sąsiednich pokojach. Ciekawą ich cechą była stosunkowo duża powierzchnia porównywalna do wysokości. Dobre dwadzieścia metrów wzwyż. Poczułem nagle dosyć nieprzyjemny, lekki swąd. Nie był to zapach typowy dla tego miejsca, który w sumie wyróżniał się jedynie aromatem kurzu i słodyczy. Tu po prostu śmierdziało… gównem. Każdy normalny człowiek nie zwróciłby na to uwagi lub rzuciłby w stronę domyślnego sprawcy tysiąc myśli moralizujących go i wskazujących na karygodne zachowanie. Ale w tym miejscu sytuacja wyglądała inaczej. Byłem tu sam, a coś to gówno musiało zrobić. Postanowiłem więc iść za tym gównianym, jakże pięknym smrodem. Mniej więcej po chwili błądzenia i niuchania jak pies policyjny dotarłem do pomieszczenia, w którym jeden kąt był całkowicie zalepiony masą wielu odcieni brązowego, z widocznymi gródkami. No, po prostu obsrany. Podszedłem bliżej. Odchody były zaschnięte, ale z boku zauważyłem świeży, rzadki stolec. Dostrzegłem również ślady po moczu. Jeżeli futrzaki ani chudzielce nie srają, znaczy to, że ktoś tu oprócz mnie jeszcze jest. A jeżeli sra, znaczy, że żyje i ma jedzenie, chociaż sądząc po konsystencji fekaliów, cierpi nieco na żołądku. Ale po takim żarciu to nie dziwne. Rozejrzałem się uważnie po pomieszczeniu. Po chwili wytężania wzroku, w najwyższym punkcie małpiego gaju zauważyłem miejsce nieco różniące się od reszty. Jedna ze ślepych odnóg była okryta przewiązanymi płachtami wydartymi z materacy oraz nimi samymi. Chyba widziałem też niewielkie otwory po bokach. Ktoś by tam zbudował szałas? Jeśli tak, to czy dalej tam jest? Mógł się wysrać i gdzieś iść, albo siedzi tam i mnie obserwuje. Nie wiadomo, jakie może mieć zamiary, jeżeli będę tu koczował. Jak tego nie sprawdzę, nie będę wiedział.

Upewniłem się o braku futrzaków w pobliżu, w sumie nie mam ochoty teraz z nimi się cackać, po czym zacząłem wspinać się po obitych kolorowymi materacami platformach, od czasu do czasu przytrzymując się siatki sznurków zabezpieczających przed wypadnięciem. Mniej więcej po pięciu minutach byłem na szczycie. Przeszedłem przez kładkę, kilka pionowych i poziomych wałków, po czym dotarłem na miejsce. To był zdecydowanie szałas. Ślepy korytarz w całości przesłonięty był połączonymi ze sobą materacami, trzymającymi się na bokach o siatkę sznurków. Wejście było zamknięte, rolę drzwi pełniły takie pół prawdziwe, plastikowe (na szczęście w miarę duże, mam powoli dość małych, plastikowych przedmiotów), najwyraźniej wyciągnięte z jakiegoś małego domku. Okienko zostało zakryte jakąś płachtą. Postanowiłem zajrzeć do środka. Ponieważ miałem tylko zapalniczkę, wiele by mi nie dała, a przy okazji mógłbym tu urządził grilla z samym sobą jako daniem głównym. Pochyliłem się nad okienkiem i delikatnie odchyliłem szmatę. W środku było dosyć ciemno, ale dostrzegłem kilka butelek o nieokreślonej treści, jakieś zawiniątko, plecak podobny do mojego i parę błyszczących oczu, patrzących z kąta prosto na mnie. Typowa reakcja zajęła mi sekundę, bo tyle dotarło do mnie, że naprawdę ktoś lub coś tam siedzi i się na mnie patrzy. Odskoczyłem od drzwi szałasu i zacząłem grzebać w poszukiwaniu scyzoryka. Wejście do szałasu otwarło się i jakiś kształt wyskoczył z nich z krzykiem.
— Kolejny cwel! A żeby was kurwa wszystkich jasny chuj strzelił! — zawył kształt.
— Zostaw mnie, posrało Cię typie?! — facet, bo tym okazał się być kształt, trzymał metalowy, ostry pręt i szykował się do zdzielenia mnie nim. Koleś miał na oko z czterdziestkę. Brązowe włosy, ułożone w nieładzie, razem z dawno nie ścinanym zarostem sprawiały, że wyglądał jak żebrak. I nieco zajeżdżało od niego najnowszym Eau de Brak-Mycia. Jak miło spotkać tu kogoś swojego.
— Co, czej… nie jesteś… — facet się chwilę zamyślił, prawdopodobnie właśnie dotarło do niego, że stoi przed nim inny facet. — Gościu, a Ty co tu robisz?!
— Pisemka rozdaję, bierze pan jedno?… Kurwa, to samo pytanie mam ochotę zadać Tobie.
— Ja Cię chyba kojarzę. Ty pracujesz dla tych typów z Fun… dacji, czy jakoś tak?
— Prawdopodobnie jeszcze tak. A Ty jesteś… Wysłali Cię tu na eksplorację, mam rację?
— No, mniej więcej. — facet spojrzał na dół, ja automatycznie też. Do pomieszczenia weszły trzy futrzaki, idące sztywno niczym roboty. Stanęły na środku i zaczęły powoli, zsynchronizowanie rozglądać się po pomieszczeniu. — Właź do środka, szybko.
— Dobra, ale schowaj ten pręt. Jeszcze kogoś skrzywdzisz. Mam na myśli siebie. — wczołgaliśmy się do szałasu, a facet zamknął drzwi, po czym związał kilka supłów na bokach. Nawet zamek ma, skurczybyk.
— Bądź cicho. — rozkazał, a następnie podszedł do otworu w ścianie, który okazał się być oknem. Kawałek szmaty pełnił funkcję zasłony. Mężczyzna wydawał się obserwować coś w dole. — Dobra, poszły sobie. — w jego głosie wyczułem ulgę. Stanął wyprostowany i odsznurował węzeł na suficie szałasu, otwierając spory otwór niemal pod nim samym. W szałasie zrobiło się znacznie jaśniej. Może nie jakoś mocno, ale przytulnie. Dopiero teraz zobaczyłem, jak duże w środku jest to pomieszczenie. Prowizoryczne łóżko, naczynia z butelek, sterta prowiantu… wszystko, dzięki czemu można by tu przeżyć. Jakoś. Siatka przy ścianie była usunięta, szczelina między nią a platformą została uszczelniona gąbkami, pewnie celem zapobiegnięcia spadnięcia czegoś na niższe poziomy. Sama ściana pokoju miała sporą plamę wydrapanego tynku, aż do gołego betonu.
— Ładnie tu mam, nie? Chcesz jednego? — mężczyzna wyciągnął w moją stronę podłużny, biało pomarańczowy przedmiot.
— Skąd masz fajki? — spytałem nieco zdziwiony.
— Ta, chciało by się. Po prostu bierz. — wziąłem przedmiot o wyglądzie papierosa, który okazał się być owocową gumą do żucia w takim oto opakowaniu. Mężczyzna również się poczęstował. Można powiedzieć, że siedzieliśmy sobie przy fajeczce.
— Co Ty tu robisz? — zapytał mężczyzna.
— Długa historia. W ogóle, jak się nazywasz?
— Bartek. Albo D-194-17. Ty?
— Zbyszek. — powiedziałem, po czym podaliśmy sobie ręce. Całkiem miło jest spotkać kogoś w tym miejscu. Nie żartuję.
— Brzeziński? — Chyba zauważył nadrukowane nazwisko na dresie.
— Ta.
— Spoko, ja Brzoza. — zaśmiał się. — Możesz tu zostać, ile chcesz. Chociaż w zasadzie nie masz… nie mamy wyboru.
— Jak się tu znalazłeś? — spytałem.
— Ja? Miałem sprawdzić, jak daleko mogę dojść, czy coś? Jedna z tych maskotek mnie dorwała i poturbowała, mówiąc przy tym wierszem. No serio, dostałem w pierdol od wielkiego, pluszowego misia. Krótkofalówkę zgubiłem gdzieś w kulkach, a ten jeszcze zaorał to miejsce moją mordą. Pod brodą mam resztki otarć. Ech. Pobłądziłem trochę… siedzę tu już z hmm… spałem trzydzieści cztery razy. — pokazał na wydrapane na tynku kreski. — A Ty? Skąd Cię tu przywiało? Chyba nie rekreacyjnie?
— Ze mną trochę bardziej grubo. — Opowiedziałem mu całą historię, w jaki sposób się znalazłem w tej posranej sytuacji.
— Uuu. Przejebane. Powiem Ci, że trochę mi to śmierdziało.
— Ale co?
— W sumie niedawno, może trzy sny wcześniej, jak przyszedłeś, te maskotki jakby coś napadło. Byłem wtedy akurat na dole, żebrałem od karmazynowego słonia trochę prowiantu, kiedy wszystkie one nagle stanęły jak wryte. Kilka się nawet trzęsło. Postanowiłem kulturalnie spierdolić do mojego azylu i z góry obserwować tę szopkę. Wszystkie, jak to mówisz, futrzaki, nagle odwróciły się w jednym kierunku i tak stały. W międzyczasie ta cholerna muzyczka dla dzieci przerodziła się w jazgot niewyżytego hydraulika męczącego kaloryfer. Zrobiło się cholernie zimno. Po chwili usłyszałem przytłumiony głos wielu ludzi, dochodzący zza ściany. To było tak, jakby wszyscy byli jednocześnie torturowani. Nagle wszystko zaczęło wibrować i usłyszałem, jak coś łazi po suficie i… po ścianie? Widzisz, w jakim miejscu mieszkam. Dosłownie maraton odbywał się nad moją głową. Było to skrobanie, tupanie i walenie. Myślałem, że zaraz sufit i ściana się rozlecą i coś na mnie wyskoczy. Ale dosłownie byłem bliski zawału, jak coś zawyło w oddali. Kurwa, to był ryk, jak gdyby odpalali stary traktor na przemian z obdzieraniem ze skóry jakiejś kobiety. Najgorsze było to, że ten krzyk dobiegał z chyba całkiem niedużej odległości stąd. Jednocześnie wszystkie futrzaki na dole otwarły szeroko paszcze i pobiegły gdzieś jak opętane. Typie, myślałem że się zesram ze strachu. Siedziałem tu z tym prętem i tylko czekałem na rozwój wydarzeń. Ale po dłuższym czasie to ustało. Krzyki umilkły, zrobiło się cieplej i muzyka znowu zaczęła grać. Długo potrwało, zanim futrzaki wróciły. Kilkoro jakby jedynie przechodziło tędy.
— Pobiegły…? Pamiętasz, w jakim kierunku?
— Nie, ale mogę powiedzieć, gdzie się lampiły. Gdzieś na ukos w ścianę, jakby widziały tam coś przez nią. Widzisz tamten krzyżyk narysowany kredą? Zaznaczyłem ten punkt. Możliwe, że właśnie tam się udały, chociaż nie wiem w jakim celu.
— Chyba właśnie umożliwiłeś nam w jakimś stopniu wydostanie się stąd. Wszystkie maskotki pobiegły przecież do wyjścia!
— Dobra. Tylko, że to miejsce jest jak labirynt. Możemy zabłądzić. Jaka jest szansa, że szczęśliwie znajdziemy wyjście?
— Albo znajdziemy, albo nie. Tu ryzykujemy. — teraz coś do mnie dotarło. — Ty, tak właściwie, to skąd masz metal?
— Te pręty?
— No.
— A, nie uwierzysz. Raz się wkurwiłem i futrzaka rozjebałem.
— Przepraszam, że jak, co?
— No, tam leży. — Bartek pokazał na pomost na przeciwko. Leżała tam sterta pluszu.
— Jego gadka działała mi na nerwy. Wiesz, w środku mają mnóstwo zardzewiałego żelastwa. Nic nie było do niczego przyczepione, jak wyrwałem jeden, reszta się rozsypała. W sumie nie było przed tym protestu. No, może był. A to trofeum! — nie wiadomo skąd wyciągnął pluszową głowę żółtego hipopotama, z wydartymi oczami.
— Agh! — trochę się wystraszyłem, ale też pożałowałem, że poprzedni właściciel nie był fioletowy.
— No co? Przydał mi się. A ostrze jak i szpikulec zrobiłem z nudów na tej ścianie. Próbowałem ją rozwalić, ale ten beton na pewno nie jest betonem. Bądź co bądź, można na tym ostrzyć pręty, a ta i tak nawet się nie ukruszy. Co prawda idzie to powoli, ale są tu jakieś lepsze zajęcia? Trochę się bałem, że wtedy właśnie to rozkruszone miejsce mogło się rozwalić. Właśnie, co do tych futrzaków, musisz na nie uważać
— Czemu?
— Przed tym dziwnym wydarzeniem jedyne, co robiły, to bawiły się z chudymi gostkami, czasem podbijały do mnie żeby się razem z nimi pobawić, nie dało się od nich odciągnąć, chyba, że na dłuższy okres straciłem się im z oczu. Teraz są takie bardziej… inne. Agresywniejsze w stosunku do chuderlaków, gwałtowne. Czasem mam obawy do nich podchodzić, bo gdy o coś ich poproszę, to jakby dostały strzała w łeb. Najgorsze są te patrole. Jeden taki widziałeś, jak tu przyszedłeś. Po prostu kilka futrzaków idzie i jakby przeczesywało pomieszczenia w poszukiwaniu czegoś. Dziwne jest to, że większość z nich jest uszkodzona, potargana. Brakuje im rąk, czasem nóg, wtedy chodzą podpierając się na rękach. Raz widziałem typa bez głowy. To nie jest tak, że miał oderwaną. On po prostu chyba nigdy jej nie miał. Wczoraj, no, wiesz o co chodzi… podczas jednego z patroli chudzielec siedział i nic nie robił. Wtedy jeden z tych futrzaków złapał go i… tak go wygiął, że chyba złamał mu kręgosłup. Dosłownie złożył go w pół plecami do nóg. Potem zabrał go nie wiadomo gdzie.
— Nigdy przedtem nie zauważyliśmy nic podejrzanego. Wysyłali tu ludzi, ale zawsze kończyło się na trochę nachalnym zachęcaniu do zabawy. Każdorazowo przed konfrontacją z jakimś obiektem otrzymujemy najważniejsze informacje o nim. — wydało mi się to śmieszne, ale dla rozluźnienia mogłem trochę wyjawić szczegółów z mojej roboty. — Dało mi się słyszeć, że gdzieś daleko, no, chłopcy obliczyli to na kilkadziesiąt kilometrów od wyjścia, jest strefa, w której wszystko jest zniszczone, a futrzaki są i zachowują się jak te, które opisujesz.
— To by mogło sugerować, że podczas tego ich szału tamte dziwne przybiegły w tę okolicę i tak zostały, robiąc to co robią.
— Na to by wyglądało. Ale i tak chłopcy wiedzą za mało, a ja tym bardziej. Miałem tu po prostu przyjść i udawać, że się dobrze bawię.
— A wyszło jak wyszło?
— Ta.
— Mówisz, że ile tu siedzisz?
— Około miesiąc, powiedzmy.
— Widziałeś w tym czasie jeszcze jakieś osoby?
— Gdybym widział, od razu bym do nich lub z nimi poszedł. Tak to bez planu postanowiłem się tu ulokować. Z resztą i tak nie mam do czego wracać.
— Dlaczego?
— Nie miałem domu. Straciłem wszystko i wszystkich dawno temu, a nie miałem siły, aby się podnieść. Mieszkałem… żyłem w podobnej norze, poniekąd w zgodzie z pobliskimi bezdomnymi, w sumie byłem jednym z nich, a to, że unikałem alkoholu sprawiło, że dałem sobie nieźle radę. Jeżeli nie mam domu, pieniędzy, dlaczego mam się jeszcze otumaniać? Gdy nie śmierdzisz jak żul, ubierasz się w sklepach dwa-złote-za-kilo-ciuchów, to nawet nie wypraszają Cię ze sklepu, gdy idziesz po najtańsze jedzenie. Trochę grosza miałem ze złomu, makulatury, szkła. Mało, ale wystarczyło. Resztę dawało mi miasto. Nie urzędasy, a ogół. Rozumiesz chyba. Nie byłem menelem. Raczej hmm… bezdomnym obywatelem dającym sobie radę przeżyć i nawet dobrze funkcjonować. No i pewnego dnia podszedł do mojej nory jakiś gostek. Zaoferował układ, miesiąc niezbyt określonej pracy za możliwość powstania na nogi i wyprostowania swojego życia. To mówię, co mi tam. I poszedłem. Gdybym wiedział, że tu skończę… ech. W sumie nie myślę, co czekało inne osoby, które widziałem.
— Cóż. Nie wiem w sumie co powiedzieć. Potrafisz sobie poradzić tam, gdzie inni nie mogą. — dziwna myśl mi przeszła. — Wiesz, gdy się wydostaniemy, może mógłbym Cię polecić u mnie?
— Miałbym robić tam, gdzie Ty? Na pewno nie chcę jeszcze raz wylądować w takim miejscu. — zawahał się. — A dobrze płacą?
— Wystarczająco… — nie skłamałem ani nie powiedziałem prawdy.
— Najpierw stąd wyjdźmy. Z resztą boję się sytuacji, w której Ciebie wezmą za bohatera, a mnie wsadzą do celi, albo gorzej.
— Wstawię się za Tobą, obiecuję.
— Dziękuję. Ty chyba musisz odpocząć. Masz, częstuj się, jak chcesz. — pokazał swój dosyć pokaźny prowiant. — Ja już dawno dostałem z tego sraki, z resztą, co chyba było widać w tamtym kącie. — zaśmiał się. — Gdzieś tam były herbatniki zbożowe…

Posiedzieliśmy jeszcze przez dłuższy, który spędziliśmy na rozmowie. Mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie jest wyjście, mieliśmy też jedzenie… i było nas dwóch. Nawet nie wiem, kiedy poszliśmy spać. Dosłownie, czas w tym miejscu można było tylko odliczać znając długość trwania kolejnych piosenek dla dzieci lub, jak to wykombinował mój towarzysz, od jednego snu do kolejnego.

W międzyczasie, kilkanaście metrów niżej, kolejny patrol futrzaków przeszedł przez pokój.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported