Przyjaźń
18%2Blogo.png

Ze względu na znajdujące tutaj treści, poniższa strona przeznaczona jest dla dorosłych czytelników. Jeżeli nie jesteś osobą pełnoletnią, prosimy o opuszczenie tej strony.


ocena: +6+x

Obóz pracy o dumnej, pozytywnie brzmiącej nazwie Przyjaźń położony był w lasach ziem należących niegdyś do Trzeciej Rzeszy, obecnie wyzwolonych przez nieugiętą Krasnają Armiję.
Nazistowski obóz koncentracyjny został opuszczony. Zabudowania nie były niczemu winne, hańbę za czyny mające tu niegdyś miejsce niosły ludzkie czyny. Wspaniałomyślność nowej władzy ludowej postanowiła dać murom nowe życie i przeznaczenie.

Najlepszą karą dla diabła jest umieszczenie go w jego własnym piekle.


1945

Podporucznik Mordechaj Szub był doskonałym przykładem człowieka ludu robotniczego. Wysoki, umięśniony z pociemniałą od słońca karnacją. Nikt nie był pewien dokładnie jego przeszłości. On sam, będąc na alkoholowym rauszu, uwielbiał opowiadać o walkach prowadzonych na ulicach Stalinogrodu, w których uczestniczył, sam broniąc swojej ojczyzny. Istniały powody sądzenia, że ze względu na swoje pochodzenie był na oku nazistowskiego orła, a samego miasta początku końca Wehrmachtu nigdy nie widział dokładniej, jak na zdjęciach, ale nikt nie podjął się spytania go, jak było naprawdę.

Szub był również komendantem Przyjaźni. Władze w Warszawie i Moskwie niespecjalnie przejmowały się obozem. Było to jedno z kilku miejsc pracy dla wielu osób, mające pomóc wstać z kolan wyzwolonej Polsce. Ze względu na położenie obozu, jego mieszkańcy wysyłani byli na roboty w pobliskich kopalniach. Urobek był regularnie dostarczany, jednakże górnicy często szeptali między sobą, że Matka Ziemia walczyła z całych sił, aby jej cenne skarby nie dostały się w zapracowane ręce proletariuszy spod znaku dwóch podstawowych narzędzi robotniczo-chłopskich.

Pracownicy obozu, ponieważ nie byli oni więźniami — po prostu wspaniałomyślność komendanta Szuba dla ich dobra wskazała za konieczne niewielkie ograniczenie swobody — byli wręcz doborowi. Wszyscy, którym dostatni byt zapewniało jedynie wymachiwanie prawicą nad portretem mężczyzny z muchą pod nosem, bądź ci, którzy odrzucili dorobek ojczyźniany przodków i również uznali się za ciemiężony gatunek rasy panów o bardzo mitologicznym pochodzeniu, mający zdominować świat. Znaleźli się tam również osobnicy zaprzeczający dobrobytowi płynącemu z równości i bezklasowości nowego społeczeństwa.


— Wy zapierdolone ścierwa!!! — komendant po długiej ciszy (wymuszonej miejscowym wahaniom grawitacyjnym spowodowanym konsumpcją zbyt dużych ilości przedniej gorzałki) wydarł się na zebranych na placu trzech mężczyzn. Byli nadzy, widocznie wychudzeni i posiniaczeni. — Co wy sobie wyobrażaliście, że minie was jeden dzień harówki?! Co wam to da?! NO CO?! Chcieliście jednego dnia wolności, dostaniecie całą wieczność! Zaraz dołączycie do waszych kumpli z tysiącletniej rzeszy!!! — tu splunął, prosto na swój but.

Dzisiejszego dnia straż odnalazła pustą przestrzeń pod jednym z baraków. Wykopaną ręcznie, mieszczącą akurat 3 osoby, które stały właśnie na placu.
— Sierżancie!!!
— Tak, towarzyszu komendancie?
— Jaka jest myśl przewodnia naszego obozu?!
— Hehe, kto nie pracuje, ten glebę żuje!
— Prawidłowo! — Szub zatoczył się i wskazał na nagich mężczyzn — Na mój rozkaz!!! Cel… OGNIA!!!

Pięciu obecnych na miejscu strażników z krzywym, niezdrowym uśmiechem wystrzeliło serię we więźniów tak, jak gdyby byli tylko kukłami treningowymi. Wszyscy upadli na brudną, szarą ziemię, która nabrała karmazynowego odcienia dzięki ciepłej, świeżej krwi. Zleciały się muchy.

— A teraz na pal!!! — Rozkazał Szub, po czym udał się na spoczynek, siadając na ziemi. Grawitacja nie powinna działać w ten sposób, tak samo, jak słońce świeciło jakby prosto w oczy.

Komendant był bardzo kreatywny w postępowaniu ze zwłokami. Inspirację brał często z historii. Świadczyło to o jego światłym wykształceniu. Zwłoki mężczyzn, którzy do niedawna byli jeszcze żywymi, pełnymi nadziei na lepsze jutro mieszkańcami pobliskiej wsi, zostały zawleczone w nieopodal miejsca egzekucji. Strażnicy przygotowali trzy spreparowane, wcześniej naostrzone, drewniane pale. Każdego mężczyznę po kolei naciągali na kłodę, nasadzając ostrą stroną odbyt i dociskając, usadowili w pionie przy baraku, w którym do niedawna zamieszkiwali nieszczęśnicy. Zwłoki powoli zagłębiały się w prowizorycznej konstrukcji, ociekającej krwią i płynami ustrojowymi. Rój owadów spragnionych życiodajnego płynu powiększył się jeszcze bardziej.

Niestety tego tygodnia była to jedyna egzekucja. W cieple czerwcowego słońca ciało ulega szybkiemu gniciu. Sine truchła, podziurawione przez kule, uciekające z ciała gazy gnilne i czerwie powoli ześlizgiwały się z drewnianych słupów. Biała masa larw powoli zaczęła wychodzić z wnętrza zwłok, nie przerywając uczty. Komendant, dbając o porządek, tym razem w pełni sił witalnych, rozkazał mieszkańcom tego samego baraku zakopać towarzyszy własnoręcznie. Nieszczęśnik, który zwymiotował, został poproszony ciosem w nerki o ponowną konsumpcję jedzenia, które wydalił. Tak trudno obecnie o żywność, która reglamentowana nie może być marnowana.


O godzinie 3 rano została zarządzona zbiórka więźniów, zamieszkujących baraki II i IV. Z powodu panującej letniej ulewy niespecjalnie odpowiadało to strażnikom, jednakże komendant Szub wyglądał na zamyślonego, nie zwracając uwagi na panujące warunki atmosferyczne dzięki produktom gorzelniczym. Deszcz spływał po nim niczym na marmurowej rzeźbie antycznej.
— No dobra, nieroby. Urządzimy sobie małe ćwiczenia wydolnościowe. — Komendant zaczął przemawiać do więźniów, niemal składnie układając zdania. — Na chuj nam patałachy niepotrafiące utrzymać w ręce szpadla? Na początek rozebrać się!

Więźniowie na placu, całe 20 osób, zdjęło ubrania, kładąc delikatnie w błocie.

— Ja pieprzę, nie rozumiecie? Rozbierać się! Do naga!!! Jak to jest po szwabsku? Szmaty kaput? — Szub próbował zgadnąć język wroga.

Mężczyźni posłusznie wykonując rozkaz, niczym marionetki, zdjęli bieliznę i buty. Dwie osoby trzęsąc się, nie podjęły wykonania polecenia. Komendant podszedł bliżej do jednego.

— A Ty co? Głuchy?

Nieszczęśnik nie odpowiedział, tępo patrząc przed siebie, trzęsąc niczym galareta. Komendant z całej siły uderzył go swoim pistoletem w bok głowy, bardzo celnie, przypadkiem. Mężczyzna upadł jak kukiełka, po czym przestał się ruszać. Na ten widok, drugi mężczyzna uznał za słuszne wykonanie poprzedniego rozkazu. Komendant widział to, ale nie zareagował.

— Tego na bok, nie zdał. Reszta na glebę i… pompki!

Mężczyźni w różnym, ale podobnie powolnym tempie rozpoczęli wykonywanie ćwiczenia. Kilka osób nie dało rady wykonać kilku uniesień, a po upadku zostało skopanych przez strażników. Dwie kolejne osoby nie zaliczyły ćwiczeń.

— Dobra, starczy. Teraz baczność!!! Spocznij!!! Przysiady!!!

Szereg brudnych, mokrych obłoconych mężczyzn pracujących jak zardzewiałe tłoki wyglądał co najmniej opłakanie. Jedna osoba najwyraźniej dostała skurczu i zwinęła się w bólu. Dźwięk wystrzału był ostatnim, jaki usłyszała.

— Jakim cudem wy jeszcze umiecie się wysrać bez niczyjej pomocy? Starczy! BOROWIAK!!! — Szub widząc, jakim materiałem dysponuje, zrezygnował z prowadzenia ćwiczeń, oddając je swojemu bliskiemu podwładnemu.

Zaczęło świtać. Deszcz padał nadal, ale widocznie się przejaśniało. Na placu zostało dwunastu więźniów.

— Gratulacje, skurwysyny. — Szub odezwał się, tym samym przejmując grupę ponownie. — Koniec ćwiczeń. Teraz każdy podejść do tych zimnych patałachów. Całować każdego z kolei w dupę, a potem won do swoich baraków. Tak tak, całujcie, gdyby nie oni, jeszcze byśmy sobie poćwiczyli!

Mężczyźni, próbując jak najszybciej uciec z tego miejsca, podbiegali do stosu trupów, pospiesznie całując pośladki każdej martwej osoby. Kilkoro więźniów zawahało się, lecz cios kolbą był wystarczającym argumentem. Szubowi zaczęły doskwierać negatywne skutki zaprzestania picia, więc poszedł się położyć.


Dzisiejszego dnia do obozu niezapowiedzianie przybyła komisja z Warszawy. Zamiast idealnego, robotniczego miejsca pracy zastali ludzki chlew, pełen potykających się brudnych osób. Komendant, trzeźwy, przywitał gości.

— Szub, jak wyjaśnicie ten syf? Co Wy tu odpierdalacie do chuja wafla?!
— Ależ towarzyszu Brona, nasz obóz jest najefektywniejszym miejscem kolektywu robotniczego. Wszyscy tu są szczęśliwi i pałają się do pracy.
— Szub, kurwa twoja mać. Dawno chodziły pogłoski o Twoich chorych metodach i zachowaniach, ale to — mężczyzna wskazał na pobliskie zwłoki wystawione na pokaz. Miały przecięty tors, wnętrzności suszyły się w słońcu. — To nie jest ani normalne, ani nie podlega żadnym… kurwa! Ten pierdolnik zostanie zamknięty a was, Szub, stawimy przed komisją!!!
— Po co te nerwy, towarzyszu? — Komendant uśmiechnął się w swoim tajemniczym, przerażającym stylu. Rozkazał przynieść kilka pakunków z pobliskiej szopy. Rozpakował je przed towarzyszem Broną.
— Papierosy… alkohol… Dola… — nie dokończył — Skąd wy to macie?
— Nie istotne skąd my to mamy. Niech nie będzie istotne również, skąd wy to macie.
— Ale… — Brona spojrzał na pakunek, następnie w głąb obozu. Potem na zwłoki, a następnie znowu na pakunek. Spojrzał jeszcze raz szybko na zwłoki, potwierdzając brak halucynacji. Poruszające się kamienie były ucztującymi szczurami. Podjął próby podniesienia jednego zawiniątka. — Cóż, porządnie tu macie, towarzyszu komendancie. — Odezwał się po chwili zastanowienia, z wyrazem twarzy wskazującym na istny konflikt wewnętrzny.
— Również tak uważam. — Szub uśmiechnął się jeszcze bardziej, towarzysza Bronę objęły ciarki. Spakował nabytek i odjechał…


Obóz objęła plotka o awarii płotu elektrycznego. Jeden z więźniów miał zasłyszeć rozmowę komendanta, gdy z jakąś osobą dyskutował na temat usterki technicznej. Z niewiadomego powodu, strażnicy jakby ulotnili się z newralgicznych miejsc. To dziwne, ponieważ taka usterka w tym miejscu powinna stanowić powód do co najmniej podwojenia straży. Nikt nie zwrócił na to głośno uwagi.

Po nastaniu zmroku w ciemniejszej części obozu słychać było metaliczny dźwięk. Plotki okazały się prawdą. Więźniowie, zachowując dyskrecję, podjęli się forsowania zasieków. Dotykali, macali, unosili. Ciemne, metalowe druty złowieszczo wyglądały na tle lasu i w świetle księżyca odbijanego od białych, ceramicznych izolatorów przymocowanych do betonowych słupów. Śmiertelny prąd płynący tą konstrukcją znikł, zamieniając narzędzie izolacji w zwykły druciany płot. Ludzie powoli przeczołgiwali się pod przewodami, nie bacząc na dotykanie ich plecami, niektórzy starali się rozplątać, a nawet przeciąć metalowe liny.

Nagle w obozie zawrzało. Słychać było wybuchy, trzaski i syk. W wielu miejscach widoczne były krótkie, jasne błyski. Krzyki agonii i bólu obudziły leśną zwierzynę.

Komendant Szub osobiście włączył zasilanie ogrodzenia. Przez krzyki palonych żywcem ludzi, uwięzionych między zasiekami, będących teraz pod wysokim napięciem, słychać było niemal szaleńczy śmiech komendanta, gdy ten zaczął spokojnie przechadzać się koło ogrodzenia. Więźniowie, którzy nie dotykali płotu lub do niego nie dobiegli, uciekali w popłochu do baraków. Pozostali nieszczęśnicy stali się ofiarami własnej naiwności albo nadziei na ucieczkę z piekła. Wysokie napięcie przechodziło przez ich marne, wychudzone ciała, paląc skórę i narządy. Serca nieszczęśników stymulowane przez prąd boleśnie ulegały niekontrolowanym ruchom, do których nie zostały zaprojektowane przez Stwórcę. Zamiast zostać odrzuconymi od ogrodzenia, zaplątani między druty trzęśli się niczym w śmiertelnym tańcu.

Płot został ponownie wyłączony dopiero po dwudziestu minutach, aby strażnicy bezpiecznie usunęli ciała. Niektóre z nich dosłownie uległy zwęgleniu, pozostawiając na zasiekach czarne rzeźby. Jedynie przecięcie na pół ukazałoby spalone wnętrzności ukazujące, że były niegdyś ludźmi. Ciała musiały być odrywane i odcinane, aby można było uwolnić je od ponownie martwych, niegroźnych drutów.

28 osób zostało tej nocy zakopane w dziurze za obozem.


— Wam się tu kurwa nie podoba? Uciekać się zachciało?! — Wykrzyczał Szub do zebranych na placu, od razu po wschodzie słońca. Tym razem stali wszyscy więźniowie. Skinieniem głowy w pozornie przypadkowe miejsce dwóch strażników wyciągnęło z tłumu niskiego mężczyznę, wystraszonego widocznie bardziej niż pozostali. To on pierwszy przypadkowo dowiedział się o rzekomej awarii.
— Niech to będzie dla was wszystkich nauczka: w tym obozie o tym, kto wyjdzie, a kto zostaje, decyduję tylko ja!!! JA!!!

Mężczyzna został rozciągnięty na ziemi, z protestującym i błagalnym krzykiem. Komendant wziął topór, podszedł do więźnia, po czym zamachał się i rozpoczął odcinanie nóg mężczyzny. Wszyscy zebrani na placu mieli oglądać tę dantejską scenę, gdy Szub nieudolnie odcinał kończyny, gruchocząc kości i brudząc siebie i pomagających mu strażników tryskającą z tętnic krwią. Wzdychanie komendanta było tłumione przez krzyki mężczyzny tracącego właśnie nogi, posiadane od urodzenia, które wywołały dumę u matki nieszczęśnika, gdy po raz pierwszy wykorzystał je samodzielnie do chodzenia. Następnie w podobny sposób odciął ręce w okolicach łokcia. Te same ręce, którymi razem z ojcem naprawił koło wozu, urwane na żwirowej klepance. Po tym zabiegu Szub rozkazał ułożyć mężczyznę na pobliskiej ławce. Wziął bagnet i na żywca począł odcinać genitalia więźnia, które pośpiesznie umieścił w jego ustach, wyłamując przy tym żuchwę. Następnie ustawił bliskiego omdleniu mężczyznę na pieńku pośrodku placu, przodem do pozostałych więźniów.

— A teraz podziękujcie swojemu wybawcy!!! Co powiedziałem?! DZIĘKOWAĆ!!!

Niewyraźny, jakby spod wody chór głosów odpowiedział niemal jednocześnie, po polsku, niemiecku. Osoby, które odezwały się w tym drugim języku, a zostały wypatrzone przez Szuba, natychmiast upadły z krwawiącymi dziurami w torsie.

— Po kolei, całować go w chuja!!! JUŻ!!!

Więźniowie widocznie się wahając, podchodzili kolejno do już martwego mężczyzny, zmuszając się nadludzkim wysiłkiem do całowania genitaliów w ustach nieszczęśnika. Na zewnątrz wystawała dziwna, szara część, która normalnie nie powinna znajdować się na zewnątrz ciała ludzkiego.


W przeciągu kilkumiesięcznego istnienia obozu wielu strażników miało dość. Dotychczas wykonywali rozkazy z powodu strachu przed komendantem Szubem i jego pupilkami, równie obłąkanymi co on.

Chłodnej, wrześniowej nocy rozpoczęli planowaną od dawna akcję. Organizując pijatykę, doprowadzili do odurzenia kilku strażników popierających komendanta, zabijając ich natychmiastowo i skutecznie. Podobny los spotkał jeszcze kilkoro innych oprawców.

Sam Szub został wywleczony pijany z łóżka swojej kwatery. Widząc to, więźniowie wychodzili z baraków, nie mogąc uwierzyć w zdarzenie, które właśnie odbywało się na ich oczach.

— No dalej, zdrajcy, jebane psy, szuje, pierdolone stare kurwy, zróbcie to!!! Hahahahaha!!! — w komendanta jakby wstąpił sam diabeł, o ile nie zrobił tego dawno. Nagle całe alkoholowe upojenie jakby zniknęło. W brązowych oczach mężczyzny pojawił się niezdrowy, nienaturalny błysk. Był to błysk szaleństwa. Świadomego.

Strażnicy przywiązali komendanta do drzewa, zaczynając zrywać z niego skórę. Szub najwyraźniej czerpał z tego dziką, niezdrową przyjemność. W ruch poszły noże, tasaki. Wielu strażników płakało. Nie wiadomo jak, z przerażeniem innych, pomimo utraty wielu litrów krwi nadal był w stanie się szaleńczo śmiać. Komendantowi odcięto wszystkie kończyny, lecz nawet to nie przerwało śmiechu. Strzał w głowę gwałtownie przerwał diabelską arię komendanta. Mętne gałki oczne skierowane były w stronę nieba. Nikt nie chciał, aby komendant tam trafił. Kilku strażników zauważyło, że na twarzy komendanta nadal był widoczny krzywy, szeroki uśmiech. Jego głowa została okryta konopnym workiem, jeden z więźniów bez słowa podał strażnikowi kawałek cegłówki, który ten, również bez słowa, umieścił w szeroko otwartych ustach Szuba. Głowa została odcięta, a komendant poćwiartowany. Jego części zostały zakopane w różnych miejscach obozu, gdy zaczęło świtać.

Głowa komendanta została pochowana na samym środku obozu. Na placu, na którym znęcał się nad więźniami.

Została wezwana komisja nadzorcza, która zjawiła się niemal natychmiast. Po wyjawieniu wszystkiego, obóz zamknięto, a więźniów zwolniono. Sprawa była o tyle niewygodna, że obóz zrównano z ziemią, a wszelka dokumentacja została zniszczona.

Niektórzy robotnicy twierdzili, że podczas wyburzania czasem słyszalny był głuchy, nietypowy dźwięk. Osoba obdarzona wyobraźnią skojarzyłaby go ze śmiechem.


2001

— Panie Magistrze… — zaczął dobrze ubrany mężczyzna, dzierżący teczkę z planami oraz mapę okolicy. — To miejsce jest dostatecznie oddalone od wszelkich zabudowań cywilnych. Tak, ogrodzimy teren, postawimy znaki ostrzegawcze o terenie wojskowym, standardowo. Nikt nie będzie tu chodził na grzybki, widząc informacje o zagrożeniu… Tak. Nie ma tu większych drzew, zatem budowa nowej placówki może się rozpocząć w szybszym terminie.
— W zasadzie nie mamy zbytnich wymagań, Inżynierze, tamte kilkanaście sosen trzeba będzie wyciąć i uważam, że wystarczy.
— Co to za obiekty? — Magister wskazał na mapę.
— Dawniej był tu mniejszy obóz koncentracyjny, sowieci go wyburzyli i chyba nic nie robili dalej, tak wynika z dokumentów IPN-u. Te betonowe, omszone kloce to pozostałości fundamentów baraków.
— W porządku, można wykopać. — Magister kiwnął głową.
— Przepraszam, panie Inżynierze, może pan podejść? — Do jegomościów podszedł Geodeta. — Znaleźliśmy… to.
— Co to jest? — Spytał Inżynier
— Stary worek, niech Pan zobaczy, co jest w środku… — Inżynier odwinął tkaninę, ukazując pożółkłą czaszkę ze starą cegłą w ustach. W tym momencie zawiał lekki, chłodny wietrzyk.
— Skąd to się tu wzięło? — Spytał Magister zdziwiony.
— Pewnie pozostałość po nazistach. — wtrącił Inżynier.
— Co z tym zrobimy? — spytał Geodeta.
— Zabezpieczcie, damy do analizy czyj to czerep. — Inżynier odesłał Geodetę wraz z niecodziennym znaleziskiem.
— A wracając, jaką placówkę konkretnie budujemy? — Inżynier odwrócił się do Magistra. Obydwóm jednocześnie zrobiło się dziwnie, lecz po chwili nieopisane uczucie przeminęło. Profesjonalizm odsunął myśli zwrócenia uwagi na niedogodność.
— Powstanie tu Strefa, w której potrzebujemy przeprowadzać badania z dala od anomalii.
— Rozumiem. — Inżynier spojrzał na plany. — Brakuje numeru placówki.
— Niedopatrzenie Działu Rozbudowy. O ile pamiętam z ewidencji, będziemy musieli nadać ten numer.

Magister wyciągnął długopis i napisał trzy cyfry, zaraz obok nazwy budowanej placówki:

Zero, sześć, trzy.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported