Przypadek Dymitra Iwanowicza: Część 1
ocena: +3+x

Rozdział 1

Dymitr, najmłodszy syn Iwana IV Groźnego i Marii Nagoj, po śmierci swego carskiego ojca, decyzją rady regencyjnej został wraz z matką zesłany do Uglicza. Razu pewnego, ośmioletni wówczas chłopiec, bawiąc się beztrosko swym ulubionym nożykiem doznał z jego ostrza skaleczenia. Skaleczenie to, wielce niefortunnym zrządzeniem losu, okazało się być poważnym uszkodzeniem tętnicy szyjnej, które w oka mgnieniu doprowadziło do wykrwawienia się carewicza. Dymitr był martwy.

Nowina poruszyła serca wszystkich. Niektórzy uznawali to wydarzenie za nieszczęśliwy wypadek wynikający z nagłego ataku epilepsji, która od dawna nękała carewicza. Inni zaś dopatrywali się w śmierci Dymitra ukrytego spisku, przeprowadzonego z zimną krwią zabójstwa w pogoni o władzę. Chcąc zrzucić z siebie brzemię nieupilnowania chłopaka, matka Dymitra zeznała, iż zabójstwo dziedzica zostało zlecone przez Borysa Godunowa, niegdysiejszego doradcę Iwana Groźnego. Człowiek ten kilka lat po tragicznym zdarzeniu w Ugliczu, wobec braku następcy z rodu Rurykowiczów, został wybrany na cara przez Sobór Ziemski, co w istocie mogłoby wskazywać na niego, brakowało jednak dowodów innych niż zeznania Marii.

Wokół śmierci Dymitra krążyło wiele niejasności. Nikt nie widział na własne oczy jak doszło do tragedii, dopiero po fakcie odnaleziono pozbawione życia ciało. Również tych którzy dostąpili zaszczytu obejrzenia truchła można by zliczyć na palcach obu rąk. W krótkim czasie po pochówku poczęto mawiać, że ciało Dymitra wykradziono, nikt jednak na dworze uglickim nie dawał temu wiary. Przez następne lata w różnych częściach kraju zrodziły się plotki głoszące cudowne ocalenie carewicza. Tak chłopi jak i bojarzy jęli powtarzać bajdę i choć niewielu było takich, którzy prawdziwie wierzyli w opowieść, to jednak piękna iluzja przywodziła w duchu pewien komfort. Myśl o tym, że gdzieś tam żyje prawowity dziedzic korony carów, okradziony ze swoich praw i tytułów, ścigany przez uzurpatora, czepiała się umysłów ludzkich i rozbudzała wyobraźnię. Na domiar wszystkiego skonfliktowany z bojarstwem Godunow nie cieszył się zbyt wielkim poparciem wśród możnych. Ludzie rosyjscy pragnęli Dymitra.

Kiedy w roku 1603 na dworze Wiśniowieckich w Brahiniu pojawił się, teraz już dwudziestojednoletni Dymitr, nowina z szybkością błyskawicy rozniosła się nie tylko po Rzeczypospolitej, ale także Carstwie Rosyjskim. Mówiono o cudzie i kłamstwie. Wołano "Chwała!" i "Zdrada!". Wznoszono toasty, bądź chwytano za szable. Dość rzec, iż wiadomość wstrząsnęła tymi, którzy dbali o tron carski, czy to z pobudek górnolotnych czy otwarcie egoistycznych. Polska magnateria kresowa wnet dopatrzyła się w całej aferze okazji do rychłego zarobku. Zaraz to kolejni panowie bracia gotowali się, aby usadzić nowo odkrytego Dymitra na tronie i uczynić go marionetką swych terytorialnych zakusów. Plany zbrojnej kampanii przeciw Moskwie stały się głównym tematem prywatnych korespondencji i obrad sejmików ziemskich. Poszukiwania stronników i przygotowania do wojny rozpoczęto niemal natychmiast.

Niesłychane wieści nie ominęły czujnych uszu polskiego króla, Zygmunta III Wazy. Dymitr otrzymał wezwanie do Krakowa. Udał się tam w towarzystwie wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszcha, który obrał rolę protektora carewicza na ziemi polskiej. Kawalkada pana wojewody zatrzymała się w jednym z klasztorów, aby przenocować, niecały dzień drogi od Krakowa. Dymitr siedział w przeznaczonym mu pokoju, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Był to Hieronim Kidlicz, osobisty konsyliarz Dymitra i dawny jego towarzysz, z którym to dziedzic Rurykowiczów przybył do Rzeczypospolitej, a który to dla niepoznaki podróżował pod fałszywym nazwiskiem Jacek Kres.

— Jutro spotkasz się z królem — powiadał — To wielka szansa dla kampanii. Wielki rozgłos…
— Zrobię co w mej mocy, aby przekonać króla by nam pomógł. Przy jego patronacie pokonamy uzurpatora z palcem w nosie. Rosja jest teraz słaba i pogrążona w chaosie, a Godunow sobie nie radzi. Zmienię to — odparł pełen determinacji Dymitr.

Kidlicz pokiwał głową nic nie odpowiadając.

— Cóż cię trapi przyjacielu?
— Cóż mię trapi? Trapi mię to, co w pierwej kolejności sprawiło, żeś znalazł się tu zamiast w Moskwie.

Dymitr od dziecka marzył o odzyskaniu tronu, od chwili gdy tylko obudził się w wiejskiej izbie, daleko od Uglicza, mając przy sobie jedynie Kidlicza wówczas niemal obcego człowieka. Wiedział co zaszło. Kidlicz wyjaśnił mu kto i dlaczego go zabił. Dymitr nie zaufał mu od razu, obudziwszy w sobie przezorność od małego wpajaną mu przez matkę. Nie miał jednak innego wyjścia niż pójść z owym człowiekiem. Od tamtej pory zawsze podróżowali. Kryli się i uciekali, Kidlicz bowiem przestrzegał Dymitra przed ludźmi, którzy ani chybi ich ścigają. Rzecz jasna próbował Dymitr uciekać, odnaleźć drogę do domu, do matki, ale Kidlicz zawsze go odnalazł. Cóż bowiem tak mały chłopiec mógł uczynić, będąc tak daleko od domu? Jednego razu, podczas takiej właśnie próby ucieczki, chłopak natknął się na ścigających ich ludzi. Podążali ich tropem, deptali im po piętach i ewidentnie wiedzieli co robią. Była to chwila gdy Dymitr nieomal otarł się o śmierć, Hieronim jednak go wyratował. Od tamtej pory carewicz nie próbował już uciekać.

Dymitr uniósł się z siedzenia i przestąpił dwa kroki, stając bokiem do Kidlicza.

— Dość o tem! Nie zrezygnuję.

W Dymitrze wezbrała irytacja. Spojrzeli sobie obaj w oczy i wnet emocje carewicza ulotniły się jak para znad garnka wody.

— Wiem, że się boisz i martwisz — ponowił chłopak — Wiem, że przychodząc na dwór pana Wiśniowieckiego naraziliśmy się wielce i teraz żyć będziemy w większym niebezpieczeństwie niż dotychczas. Ale nie zamierzam zrezygnować. Nie będę krył się przez całe życie. Jestem synem Iwana Groźnego, dziedzicem Wszechrusi. Korona carów jest moja. Odzyskam ją lub umrę próbując.

Przerwał na chwilę. Hieronim cały czas wlepiał w niego swoje łagodne, mętne oczy.

— Nie musisz mi towarzyszyć jeśli nie chcesz. Nie będę żywił do ciebie urazy jeśli mię opuścisz. Wiem na co się porywam. Wiem, że nie poprzestano nas szukać. Stawię temu czoła.
— Zrobisz co uznasz za słuszne. Sądziłem, że zdołam cię jeszcze odwieść od tego pomysłu. Niczego ci zabronić nie mogę, ale będę ci towarzyszył i pomagał w potrzebie — odparł starszy.

Dymitr skinął głową w zrozumieniu. Udali się potem do jednej z wspólnych pomieszczeń, gdzie część świty pana wojewody Jerzego Mniszcha jeszcze siedziała. Przebywali tam czas jakiś, spędzając go na rozmowach.

Drzwi do pomieszczenia rozwarły się zamaszyście. Do środka weszło kilku mężczyzn. Pierwszy z nich, szlachcic o smagłej twarzy, przywitał się energicznie z obecnymi, a zwał się Alojzy Aberdowski. Następnie on i jego kompani przyłączyli się do towarzystwa. Jak się okazało, grupa ta zdążała do Krakowa w ważnych sprawach na dworze królewskim i na noc postanowili się zatrzymać w tym klasztorze. Rozmawiali i śmiali się, a i gorzałki sobie i innym nie szczędzili, rozweselając tego wieczora całą salę. Dymitr, zachowując pewną dozę podejrzliwości wpojoną mu przez Kidlicza, z początku trzymał się troszkę na uboczu, ale przyszedł w końcu czas, aby i z nim ów jegomość się zapoznał. Jakież było jego zdziwienie kiedy poznał, że to ten słynny "cudownie ocalony" syn Iwana Groźnego, o którym cała Rzeczpospolita rozmawiała. Wielce zaciekawiony począł wypytywać Dymitra o jego dzieje i to jak udało mu się śmierci uniknąć. Chłopak zaś trzymał się w odpowiedziach wersji oficjalnej jaką z Kidliczem obmyślili, ale swego rozmówcę po przyjacielsku potraktował i jak równy z równym gawędzili. Rozmawiali tak i pili, a im więcej rzeczony szlachcic pił tym bardziej skory do zabawy się stawał. Widząc to Dymitr począł podsycić jego swawolny temperament i przejmował powoli inicjatywę w rozmowie. Z czasem, nie bacząc na to co przystoi, coraz to nowsze gry pijackie owemu panu podrzucał, jednocześnie samemu starając się pozostać przy trzeźwości umysłu. W końcu tak go spił, że się ów przyjezdny zrobił zanadto wylewny. Wówczas to Dymitr jął wypytywać go o różne rzeczy, w tym i cel jego podróży. Od słowa do słowa wyszło na jaw, że szlachcic ten, wespół ze swymi towarzyszami do samego króla jechał.

— Jak to jest królowi polskiemu służyć, mości Alojzy?

Na to szlachcic spoważniał i nie mówił nic dobrą chwilę.

— A cieżka to praca, mości carewiczu. Jak nie to licho, to tamto. Żal języka strzępić.
— No nie bądźże pan taki, mości Alojzy! Powiadają, że na wszystek żale najelpsze lekarstwo to wygadać się z tego co na sercu ciąży.
— Wielkie są utrapienia naszego miłościwego króla. Są w naszej ojczyźnie ludzie, którzy na szkodę naszą działają, a którzy nieuchwytni dla wiernych sług Zygmunta Wazy takich jak ja pozostają. O tak, okropne rzeczy czynią ci ludzie. Gdybyś waszmość uźrzał to co ja, włos by ci się na głowie zjeżył.

Kidlicz przysiadł się do nich, nic jednak nie wyrzekł.

— Co waść powiadasz? O kim mówisz?
— A widzisz, mości carewiczu, gdzieś na Litwie, nie wiemy zaś gdzie, znajduje się siedziba ludzi, którzy w konszachty z diabłem wchodzą, i eksperymenta obrazoburcze prowadzą. Mają oni taką ambicję coby się z samym Panem Bogiem równać chcieli.
— Toż to karygodne!
— Prawda. I Bóg mi świadkiem i wszyscy święci, że widziałem jak oni krew z człowieka do człowieka przetaczają i z preparatami dziwnymi tak mieszają, że ludzi ci po tym duchem gwiazd sięgać mają i tam z istotami nieziemskimi się kontaktują.
— I król z nimi miewa problemy?
— A jakże! Odkąd tylko ufundował nasze święte stowarzyszenie, by badać i światło zrozumienia rzucić na abnormalności wszelakie. Cały czas się z owymi ludźmi potykami, a stawką spokój i dobrobyt Rzeczypospolitej.
— Z całym szacunkiem, ale to brzmi zbyt nieprawdopodobnie. Niedorzecznie nawet.
— Nazwij mię łgarzem i wariatem, ale ja wiem com zobaczył i klnę się na grób matki, że na własne oczy to oglądałem i wiem co mówię. A imię ich SAAAHAAAMNGUINE! — to wołając, ziewnął, zatoczył łbem i czołem o blat stołu uderzył, zasypiając twardo. Dymitr i Kidlicz popatrzyli po sobie i w milczeniu siedzieli przez chwilę. Zdecydowali się przejść na stronę, aby się rozmówić ze sobą z dala od zgiełku.

— To znaczy, że nie tylko my skonfliktowani z sangwinikami jesteśmy. Sam król Zygmunt III Waza ma ich za wrogów! — podekscytował się Dymitr.
— Ostrożnie Dymitrze. Lepiej uważać.
— Jeżeli król nie radzi sobie z sangwinikami to być może możemy zawrzeć z nim jakowyś układ.
— Co ci chodzi po głowie?
— Strzygnin spowity jest aurą iluzji, ale ty wiesz jak się do niego dostać, prawda?
— Ano, prawda. Znam sztuczki, które ujawnią drogę do zamku.
— Jeżeli król nie zgodzi się od razu by wspomóc nas w kampanii na Moskwę, zaproponujemy mu wyjawienie tego sekretu. Ja zasiądę na tronie Rosji, król rozwiąże nasz wspólny problem z sangwinikami, a potem będziemy mieć w Rzeczypospolitej sojusznika. Co ty na to?

Hieronim zastanowił się przez chwilę.

— Dobrze. Możemy spróbować, ale tylko jeśli król nie zgodzi się od razu.

Dymitr uśmiechnął się serdecznie.

***

Dymitr został ugoszczony na Wawelu zgodnie z jego domniemanymi honorami. Pierwszego dnia oficjalnie przedstawiono go polskiemu monarsze, następnie zaś poczęto wykładać jaki był plan zdobycia Moskwy. Znając gorliwość religijną Zygmunta Wazy, carewicz naobiecywał mu gruszek na wierzbie. Prawił jak to uczyni katolicyzm wiarą państwową Rosji i Cerkiew Prawosławną podporządkuje Stolicy Apostolskiej. Na dowód oddania sprawie katolicyzacji Moskwy, już zawczasu przyjął z rąk jezuickich wiarę rzymską. Władca jednak całymi dniami ociągał się z osądem. Wielu magnatów odradzało mu mieszanie się w sprawy na wschodzie.

Podczas pobytu na dworze polskiego króla nietrudno było zauważyć, iż władca był człowiekiem zapracowanym, ale również zmartwionym. Oczy miał zmęczone, a głowę ciągle pełną jakichś frasunków, o których snuć można by co najwyżej domysły. Wprawne oko wnet mogło dostrzec, że monarcha nękany jest sprawami, które spędzają mu sen z powiek. Szczególną uwagę Dymitra przykuł natomiast pewien szlachcic, z rzadka snujący się w niedalekim otoczeniu Zygmunta Wazy. W człowieku onym rozpoznał Dymitr tego samego kawalera, którego razem z Kidliczem zaledwie dwa dni wcześniej podsłuchali. To odkrycie dało Dymitrowi pewność — korona polska była w jakimś konflikcie z sangwinikami. To zaś dawało carewiczowi kartę przetargową, którą mógł wykorzystać w przypadku gdy oficjalne negocjacje pójdą nie po jego myśli.

Nie chcąc angażować się w tak delikatne dysputy przy obecności dworu i pana Jerzego, który prawdziwych perypetii Dymitra nie znał, umówili się z królem na audiencję w odosobnieniu. Odprowadzono ich w mniej uczęszczaną część zamku, do niewielkiej, ustronnej komnaty gdzie mogli spokojnie omówić nurtujące ich sprawy z polskim monarchą. Tam z początku usiłowali perswazją zachęcić jeszcze władcę do swoich racji, lecz ten wiedząc, że magnateria naciskać na niego będzie, aby tego nie czynić, nie dawał się przekonać. Zygmunt III Waza był bowiem optymistycznie nastawiony do perspektywy posadzenia tego młodego człowieka na tronie moskiewskim. Niestety, sejm zdecydowanie opowiadał się za kierowaniem całej uwagi w innych kierunkach, w szczególności na Inflanty, gdzie wówczas wielki tumult się dział. Widząc, że konwencjonalne środki przekonywania zawiodły, zdecydował się Dymitr użyć argumentu jaki nabył po niedawnej rozmowie z onym Alojzym.

— Wasza miłość, materia, co do której chcieliśmy się rozmówić jest raczej niecodzienna.
— Słucham uważnie.
— Czy obiła się waszej królewskiej mości kiedyś o uszy nazwa "Strzygnin"?

Oblicze Zygmunta skamieniało. Wbijał w nich swe podejrzliwe spojrzenie, starał czytać intencje z ich aparycji.

— Być może — odparł ostrożnie. Ta reakcja jeno zachęciła Dymitra do kontynuowania tej ścieżki.
— Doszły nas słuchy, że rezydenci tego przybytku mogą sprawiać koronie polskiej pewne problemy.
— I skąd takie informacje posiadacie, mości carewiczu?
— Na kilka dni przed przyjazdem do Krakowa zatrzymaliśmy się w pewnym klasztorze. Tego samego wieczora zatrzymał się tam razem z nami pewien zdrożony jegomość i jego kompanija. Zaprosiwszy go do stołu, po paru wychylonych kielichach wina ów jegomość opowiedział nam to i owo o niejawnych poczynaniach dworu.
— Wiemy, że badacie przeróżne osobliwości, które przeczą prawom bożym — dodał Kidlicz — Poszukujecie ich i skrywacie przed światem. Ale przede wszystkim walczycie z sangwinikami. To oni nas interesują.
— Czego chcecie? — zapytał Zygmunt, patrząc im w oczy.
— Chcemy złożyć ofertę współpracy — wyjaśnił Dymitr.
— Na jakich warunkach?
— Wasza miłość raczy udzielić nam zezwolenia na zorganizowanie pospolitego ruszenia na ziemiach Rzeczypospolitej. Nieco pieniędzy na żołd również by się nam przydało. W zamian, po zdobyciu Moskwy przekażemy wam wszelką wiedzę na temat sangwiników jaką mamy. Bo widzi król, mój towarzysz tak naprawdę nie nazywa się Jacek Kres, a Hieronim Kidlicz i przez wiele lat sam był sangwinikiem i studiował przeróżne sztuki w zamku strzygnińskim. Kiedy ludzie ci zlecili moje zabójstwo, on jeden uratował mię przywracając moje ciało do życia. Tak, o królu, z początku zostałem zamordowany raną śmiertelną prosto w szyję, lecz on to, buntując się przeciw swym panom ocalił i chroni mię po dziś dzień!
— Jeśli to prawda, powinieneś mieć ślad po tym ciosie, Dymitrze Iwanowiczu.

Na te słowa Dymitr skinął lekko królowi i odchylił kołnierz swojego ubrania. Rzeczywiście na szyi Dymitra widniała długa, głęboka blizna po poważnej ranie. Król zagłębił się w krześle, usadowił łokieć na oparciu, a pięść podłożył pod brodę i myślał trochę, skacząc oczami to po meblach, to po swoich dwóch gościach. Oni natomiast oczekiwali w milczeniu na reakcję.

— Jakie informacje możecie mi przekazać?
— Dokładne umiejscowienie Strzygnina i sposób dostania się tam. Sztuka przełamania iluzji skrywających zamek przed wzrokiem obcych.
— Hmmm… W porządku. Dam wam pieniądze i jednego ze swoich ludzi. Pojedzie z wami nieoficjalnie i zabierze jeno niewielki oddział żołnierzy. Dopilnuje, żeby krzywda od sangwiników jakowaś was nie spotkała. Pospolite ruszenie zorganizować możecie, ale nie wolno wam mówić o moim udziale. Spiszemy umowę wedle, której jeśli uda wam się odzyskać koronę carską, przybędziecie tu z wizytą i wówczas przekażecie mi swoją wiedzę.
— Rad jestem to słyszeć, łaskawy królu — odpowiedział zadowolony Dymitr.


Rozdział 2

Mając zgodę króla na pobór żołnierzy, wnet ogłoszone zostało pospolite ruszenie. Wojsko dymitrowe zebrało się pod mieściną Gliniany w okolicy Lwowa. Były tam w większości poczty dworskie magnatów kresowych wspierane jednak przez liczne grupy drobnej szlachty, awanturników i szumowin nęconych obietnicą łatwego zarobku. Pojawiło się także około dwóch setek Rosjan zbiegłych z kraju przed opresjami cara Borysa, którzy to usłyszawszy o powrocie legendarnego carewicza, wielce uradowani zdecydowali się wesprzeć pretensje młodzieńca do korony rosyjskiej. Łącznie udało się zgromadzić 2700 ludzi, a w tym, prócz Rosjan, jeszcze pół tysiąca piechoty, kilka chorągwi kozaków i petyhorców, a nawet osławiona husaria. Nieco artylerii również udało się uciułać.

Całą drogę z Krakowa do Glinian towarzyszyli carowicowi wojewoda sandomierski oraz przyrzeczony od króla pan Samuel, który z wielką troską zapatrywał się na bezpieczeństwo Dymitra, czym jeno podsycał paranoje Kidlicza. Ciągle też patrzył, aby jak najbliżej monarchy przebywać z czego Dymitr wywnioskował, iż mości Błędowski śmiertelnie poważnie potraktował swoją misję. W końcu wkroczyli do obozu, gdzie od dłuższego czasu armia się kumulowała. Wówczas urządzono przegląd wojska. Koło szlacheckie zebrało się w namiocie, aby uchwalić artykuły określające porządki jakie miały zapanować w obozie, podczas marszu jak i w walce. Rozmowy prowadzono raczej entuzjastycznie i bez większych waśni co napełniało Dymitra pogodą ducha. Hetmanem obrano księcia wojewodę Jerzego Mniszcha. Podczas obrad brano pod uwagę dwie drogi jakimi można by dostać się do stolicy Rosji. Pierwsza, znacznie krótsza, wiodła przez przez wiele silnie ufortyfikowanych miast i twierdz takich jak Smoleńsk. Druga, wiodąca przez ziemię siewierską, była o wiele dłuższa, ale unikała potężnych warowni, a na dodatek ludność tamtejsza była znacznie bardziej przychylna sprawie Dymitra. Ostatecznie postanowiono pójść trasą dłuższą lecz łatwiejszą.

Z racji obrania takiego kierunku, armia udała się najpierw do Kijowa, skąd następnie przez Dniepr planowano przepłynąć. Całą zaś drogę oddziały młodego Rurykowicza obserwowane były przez żołnierzy kasztelana krakowskiego, Janusza Ostrogskiego, który zgodnie z ustaleniami zawartymi w Lublinie pomiędzy nim, a panem Mniszchem, pilnować miał, aby na terenie Rzeczypospolitej wojsko zgromadzone nie dokonywało żadnych grabieży czy innych podobnych występków się nie imało. Rzeczypospolita, mimo wyraźnej sympatii, pozostawała ostrożna. Przez całą podróż po Ukrainie siły pretendenta wciąż rosły, czerpiąc z napływających zewsząd kozaków zaporoskich. Dymitr wkroczył do Kijowa siedemnastego października. Tutaj też dołączyły do niego dwa większe oddziały co znaczniejszych szlachciców. Już trzy dni później zbieranina wojaków dotarła nad przeprawę przez Dniepr. Armia w liczbie ponad pięciu tysięcy ludzi przeprawiała się promami przez rzekę w dniu 23 października roku pańskiego 1604.

Dniepr to potężny ciek wodny. Stojąc na jednym brzegu nie sposób dostrzec drugiej strony rzeki. Masyw wodny stanowił naturalną granicę, która jak szabla przecinała Ukrainę. Za nią stała otworem droga na Moskwę. Niczym Cezar, stał Dymitr nad szeroką tonią, gotów by przekroczyć swój Rubikon. Podziwianie majestatu wielkiej rzeki przerwało Dymitrowi kilku Rosjan, którzy podeszli do niego i jego najbliższej świty niosąc na noszach na wpół przytomnego człowieka.

— A kogóż to niesiecie? — zagaił pan Samuel.
— Zowie się Aleksiej Chruszczow — powiedział jeden z nich, zwracając się do carewicza — Był żołnierzem przeciwnym uzurpacji godunowowej i za to go ścigano, dlatego wyjechał na Ukrainę. Gdy tylko usłyszał o waszej miłości postanowił rzucić wszystko i walczyć u waszego boku. Niestety wczoraj na febrę strasznie zapadł więc go tu na wozie przywieźliśmy. Bardzo chciał was ujrzeć.
— Może lepiej byłoby wam zostać w Kijowie, aniżeli ciągać chorego na wojnę? — zauważył Błędowski.
— Nie wybaczyłby nam gdybyśmy to zrobili — uśmiechnął się Rosjanin — Powiadał, że choćby i nieprzytomnego mielibyśmy go dźwigać to na wyprawę pojechać musi i najwyżej umrze przy jedynym prawowitym carze na ziemi rosyjskiej.
— Toć jeno zbędny kłopot!
— Panie Samuelu, jeśli taka jego wola by umrzeć w ojczyźnie przy swym władcy to przecie nie odmówię człowiekowi tej przysługi — uspokoił Dymitr po czym uśmiechnął się wyrozumiale i podszedł bliżej do chorego. Ten zaś wybudziwszy się na moment z delirium, ujrzawszy ukochanego carewicza rozpromienił się. Zaraz też chwycił Dymitra za rękaw i począł ruszać ustami, usiłując mówić. Chcąc wysłuchać biedaka Dymitr pochylił się nad nim na co agent Fundacji doskoczył doń zaaferowany.

— Lepiej uważać coby samemu choroby od owego człowieka nie złapać. Cóż byśmy wtedy poczęli z chorym dziedzicem? Wszak tu o bezpieczeństwo wasze się rozchodzi! — to mówiąc zwrócił się w kierunku pana Jerzego Mniszcha i inszych oficyjerów, szukając aprobaty — No, cara obaczyliście, czas ucieka. Ładować się na statek spieszno. Mój człowiek wam pomorze dźwigać nosze.

To powiedziawszy warknął soczyście na jednego ze swoich żołnierzy i wyraźnie poinstruował go, aby dobrze zaopiekował się leżącym i w tym celu pomocy wszelkiej kompanom jego udzielał. Gdy odchodzili Dymitr z jednej strony wielce był kontent troski jaką go otaczano, z drugiej jednak żal mu było jak szybko odprawiono jego rodaków. Wiedział jednak, że pan Błędowski najpewniej miał rację - cóż im po wodzu, który zaniemógł zaraz na początku wojny?

Po załadowaniu na łodzie wozów i ludzi rozpoczęto proces wypływania. Brzeg oddalał się coraz bardziej aż w końcu stał się jedynie odległym mirażem. Dymitr siedział w łodzi najbardziej wysuniętej na lewo, toteż miał w swym polu widzenia pozostałe transporty. Na jednej z łodzi podniósł się niemały harmider, ludzie się nawoływali i przemieszczali wzdłuż burt. W pierwszej chwili Dymitr nie zwrócił na to większej uwagi, lecz zaraz oprzytomnił go pewien kozak wskazujący palcem na rzeczoną łajbę. Nadal nie mogąc ustalić na co w zasadzie patrzy, zapytał o co chodzi. "Jakiś problem z ładunkiem" ktoś odpowiedział. Rzeczywiście, wytężywszy wzrok, dało się dostrzec nieznaczne kołysanie się bagaży. Kołysanie? Nie, teraz widział dokładnie. Cały balast powoli zsuwał się z łodzi! Załoganci i pasażerowie dopadali do transportowanego inwentarza próbując go ratować.

— Liny pękły! — zawołał jeden z flisaków na pechowym promie — Łapcie za tamte sznury! Ciągnijcie!

Żołdacy chwycili za grube sznury i poczęli ciągnąć ze wszystkich sił, próbując utrzymać poluzowany ładunek na pokładzie. Od całego zgiełku statek począł kołysać się na boki. Wtem jeden z worków, luzem usadowionych na szczycie, ześlizgnął się i wpadł z pluskiem do wody. Ludzie próbowali jakoś zaradzić i obwiązać na nowo zapasy, lecz byli o pół chwili zbyt wolni. Nagle cały inwentarz rozjechał się na kilka części i runął wprost do wody, momentalnie idąc na dno. Żołdacy pokładli się jeszcze na krawędzi łodzi próbując rękami wyłowić utracone rzeczy. Niestety na niewiele im się to zdało. Wojewoda Mniszech złapał się za głowę z przejęcia. Dymitr wielce się zmartwił. Przewoźnicy próbowali jakoś go udobruchać mówiąc, że takie wypadki często się zdarzają i że utracone zapasy z łatwością uzupełnią po drugiej stronie, wszak było tego niewiele. Nie pocieszało go to jednak. Dodatkową zagwozdkę przysparzało mu jednak to, że zdaniem jednego z przewoźników, niektóre liny mogły zostać uprzednio podcięte, czyniąc tym samym cały ładunek podatnym na taki wypadek. Obawiając się szpiega polecił zwiększyć swoją straż przyboczną. Resztę drogi zaś spędził zniesmaczony pierwszą klęską logistyczną jego wyprawy.

Gdy niedługi czas później dopłynęli do drugiego brzegu Dniepru, uderzyła go inna przykra informacja. Aleksiej, pogrążony w niemocy towarzysz, którego Dymitr miał okazję zobaczyć przed wypłynięciem, również wypadł za burtę. Powiadano, iż w gorączce musiał umyślnie wyskoczyć z promu i utonąć. "A więc i pierwsza ofiara za nami, a jeszcze żeśmy jednej nawet bitwy nie stoczyli" myślał Dymitr. Nic to jednak w porównaniu z czym będą się mierzyć podczas walk z armiami Borysa Godunowa.

Tej nocy Dymitr nie spał spokojnie.

***

Rozległo się ciężkie pukanie do drzwi.

— Dymitrze, otwórz proszę — powiedział siedzący przy stole mężczyzna, który zajmował się obecnie czyszczeniem i konserwacją rozmaitych przyrządów. Piętnastoletni chłopak ruszył niemrawo w kierunku drzwi. Po ich otwarciu w progu ukazał się otyły człowiek, lekko łysawy i o krótkiej szyi. Spojrzenie miał wyraźnie zmęczone, głośno sapał zaś jego czoło zroszone było potem. Siedzący jak dotąd gospodarz odwrócił się, by z zaciekawieniem spojrzeć na gościa. Widząc jak ten z trudem wchodzi do środka, podpierając się o ościeżnicę i ścianę. Chłopak w międzyczasie zamknął za nim drzwi.

— Co się stało, Pawle Andriejewiczu? — zapytał obracając się na stołku.
— Okropnie się czuję. Brzuch… — mężczyzna zamilkł na chwilę by odetchnąć — Potwornie boli mnie brzuch.
— Połóżcie się — polecił lekarz, wskazując na znajdujące się w rogu pomieszczenia legowisko. Gruby z impetem rzucił się na pryczę.

— Zaraz zobaczymy co wam dolega — rzekł medyk zabierając się do badania nieszczęśnika. Tymczasem młody Dymitr usiadł na stołku okupowanym przed chwilą przez swojego opiekuna, podparł głowę jedną ręką i znudzony począł oglądać dziwaczne instrumenty. Były tam wszelkiej maści noże, kleszcze, igły, rurki, pompki, wiertła i pojemniki. Wiele z obiektów znajdujących się w owym arsenale było zupełnie unikatowych, o przeznaczeniu, których pojęcia mogliby nie mieć nawet medycy na dworach królewskich. Dymitr wyliczał przyrządy: skalpele, trepany, klemy, strzykawki transuzyjne… Jego opiekun nauczył go tego i owego w pięknej sztuce medycyny. Dymitr wiedział jak opatrzyć powierzchowną ranę i czym leczyć pospolite choroby. Nie fascynowało go to jednak. Minęło wiele lat od czasu gdy zaczął podróżować z Hieronimem Kidliczem. Zdążył się już przyzwyczaić do nowego życia. Możliwa, że jakaś jego część nawet je zaakceptowała. Wciąż jednak tęsknił. Tęsknił za matką, tęsknił za tym co pozostawił w tyle. Za życiem, z którego go wyrwano, za które miał przypłacić krwią.

— Mam kilka preparatów, które mogłyby coś zaradzić na ten ból — oznajmił lekarz i udał się do sąsiedniej izby.

Dymitr obserwował z uwagą stękającego pacjenta.

— Ej, młody. Podejdź no. Mam coś dla ciebie.

Dymitr podszedł do leżącego na prawym boku grubasa. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni spodni miedzianą monetę, którą podał chłopakowi.

— Jakiś przyjezdny kazał ci to oddać — to mówiąc człowiek ten podał Dymitrowi małą monetę. Na awersie znajdowała się pojedyncza litera "S", natomiast na rewersie wybity był nieznany symbol.
— Od kogo to? — zapytał przewracając w palcach otrzymany przedmiot.
— Nie mam pojęcia, chłopcze. Nie przedstawił mi się. Powiedział tylko, żeby ci to dać i odjechał. Ach, chciał też, żeby ci coś powiedzieć. Tylko cóż to było za słowo? Niech podumam… Wiem! Sanguine.

Ciało mężczyzny z hukiem eksplodowało kulą ognia. Trociny uszkodzonych mebli wirowały w powietrzu. Rozerwane kości, trzewia i jucha rozbryzgnęły się po całym pomieszczeniu. Fala uderzeniowa była na tyle silna by nie tylko powybijać szyby w oknach, ale też co najważniejsze posłać niczego nie spodziewającego się Dymitra w lot na drugi koniec pomieszczenia. Poparzony chłopak z impetem uderzył w przeciwległą ścianę.

Siła wybuchu powaliła Kidlicza na ziemię. W uszach Hieronima przez dłuższy czas utrzymywał się przeraźliwy pisk. Dopiero po dłuższym czasie, zszokowany i roztrzęsiony, był w stanie wstać na chwiejące się nogi i wejść do głównej izby. Zastał on prawdziwe pobojowisko. Wiódł wzrokiem po zniszczonym pokoju aż natrafił na leżącego pod ścianą Dymitra. Serce podeszło mu do gardła, a żuchwa opadła bezwiednie. Ciało było zmasakrowane. Skóra była spalona, a kości połamane. W powietrzu unosiła się paskudna mieszanka woni palonego mięsa, dymu i siarki. Ostrożnie podszedł do leżącego chłopaka, objął ramionami i cicho załkał.

"Myśl Hieronimie" powiedział sobie w duchu. "To jeszcze nie koniec. Byle działać szybko. Ghola! Potrzebna nam ghola. Ale najpierw należy uciekać. Tak, uciekać czym prędzej. I zabrać ciało. Narzędzia, preparaty i basen. Nie ma czasu do stracenia!" Wciąż roztrzęsiony począł pakować najważniejsze przedmioty. Zabrał cały sprzęt medyczny, słoje i fiolki z preparatami. Ubrania i inne zbędne rzeczy pozostawił tak jak leżały. Zaniósł wszystko do wozu. Na końcu wrócił po ciało. Zawinął je w płótna i zabrał ze sobą, pozostawiając pogorzelisko.

***

Armia wyruszyła dalej w kierunku Morawska. Podczas podróży do wojsk dymitrowych dołączyło jeszcze kilka tysięcy zaporoskich oraz Rosjan. Dotarłszy w okolice gródka, Dymitr posłał dwutysięczny oddział zaporożców, aby rozeznać się w sytuacji. Żołnierze powrócili ze wspaniałą nowiną - twierdza morawska poddała się bez walki. Jak się okazało, garnizon jak i mieszkańcy miasteczka sprzyjali Dymitrowi i gdy tylko usłyszeli o nadciągającej armii młodego Rurykowicza, zbuntowali się przeciw wiernym Godunowowi wojewodom. Włodarzy uwięziono, bramy otwarto, a wiwatujący tłum powitał carewicza chlebem i wodą.

Mając z tego faktu zachętę, Dymitr i jego oficyjerowie poszli za ciosem i już 1 listopada wyruszyli na kluczowy dla ziemi siewierskiej Czernihów. Tu również, zatrzymawszy się niedaleko miasta, posłano wpierw trzy tysiące kozaków by obaczyli jak wygląda sytuacja miasta. Ku uciesze carewicza, w Czernihowie tak jako i w Morawsku, lub słysząc, iż już pierwsze miasto dobrowolnie oddało się we władzę cudownie ocalonego syna Iwana Groźnego, lud pojmał swego wojewodę i ogłosił wierność Dymitrowi.

Pod miastem rozłożono obóz i poczęto odpoczywać przez kolejny tydzień. Dotarła wówczas do uszu Dymitra wiadomość, że uzurpator nie próżnował i już w chwili przekroczenia sił pretendenta przez granicę, wysłał do Czernihowa niewielką armię z Piotrem Basmanowem na czele. Ten jednak, spóźniwszy się by "ocalić" miasto, wycofał się do Nowogrodu Siewierskiego, niewielkiej miejscowości, która zapewne nie zwróciłaby uwagi Dymitra gdyby właśnie nie obecność oddziałów carskich. Wspólną decyzją rady wojennej ustalono, że będzie to kolejny cel ekspedycji, o który rozegrana zostanie najpewniej pierwsza bitwa. Basmanow bowiem był człowiekiem wielce oddanym carowi Borysowi.

Widząc pozytywne efekty dotychczasowej taktyki, przodem posłano kozaków, którzy mieli przeciągnąć obrońców na swoją stronę. Tak się jednak nie stało i 21 listopada całość wojsk dymitrowych założyła oblężenie. Basmanow dobrze przygotował się do obrony. Spalił przedmieścia, aby uniemożliwić najeźdźcom skrycie się za osłoną budynków. W następnych dniach podjęto trzy szturmy na gród, lecz żaden się nie powiódł. Garnizon zbyt dobrze się bronił.

Mimo porażki w oblężeniu nie brakło jednak i dobrych wieści. Mianowicie miasto Putywl, największe w regionie, poddało się carowicowi. Mało tego, mieszkańcy wysłali na pomoc kilka dział oblężniczych, które gdy tylko dotarły do obozu, używane były dzień i noc, zadając straty nieprzyjacielowi. Mimo to, twierdza nie upadała, a rozbicie fortyfikacji nie było tak skuteczne jak życzyłby sobie tego carewicz.

Nieudane próby zdobycia miasta konsumowały czas, który zręcznie wykorzystywali poplecznicy Godunowa. Do obozu oblegających dotarły wieści, że armia pod dowództwem Fiodora Mścisławskiego zbliżała się nieuchronnie. Informatorzy donosili o stu tysiącach żołnierzy, Mniszech jednak powątpiewał w te estymacje. "Moskwy niewiele więcej od nas będzie. Zbyt opieszale wojska gromadzą, aby taką armię tak szybko sformować" tłumaczył na posiedzeniach rady wojennej. Niezależnie jednak od liczeności grupy Mścisławskiego już sama jej obecność stawiała dymitrzan w niekomfortowej sytuacji. Z jednej bowiem strony Siewiersk w oblężeniu trzymać muszą, a z drugiej skonfrontować się z większą od nich armią.

Mścisławski dotarł nad przeciwny brzeg pobliskiej rzeczki Uzruj w dniu dwudziestego ósmego grudnia i tam też kazał rozbić obóz. Już pierwszego dnia żołnierze obu armii poczęli strzelać do siebie, lecz nic większego z tego nie wynikło. Kolejny dzień minął bez incydentów. Oba obozy w milczeniu obserwowały się nawzajem. W nocy Mścisławski podjął próbę zaskoczenia swoich oponentów. Jego oddziały przekroczyły rzekę. Straże w obozie Dymitra były jednak czujne i zaraz ostrzegły cały obóz. Wojewoda Mniszech wnet rzucił na wroga kilka chorągwi, ale do walki nie doszło, Rosjanie bowiem wycofali się widząc, że z zaskoczenia nici. Nazajutrz próbowano jeszcze porozumieć się z dowódcą wojsk Godunowa, lecz nie przyniosło to żadnego rezultatu. Mścisławski, podobnie jak Basmanow, okazał się być zwolennikiem uzurpatora.

Bitwa pod Nowogrodem Siewierskim rozegrała się 31 grudnia. Obie armie stanęły naprzeciw siebie. Wojskiem dymitrowym dowodził Jerzy Mniszech.

— Basmanow siedzi w tej swojej wieży i się z nas naigrywa — rzekł Dymitr.
— Jeśli rozbijemy odsiecz, Basmanow zostanie sam w rozpadającym się grodzie o nikłym znaczeniu strategicznym — stwierdził pan Jerzy.

"Jeśli to słowo klucz" pomyślał Dymitr. Dotychczasowe poczynania jego armii nie napawały go optymizmem przed zbliżającą się bitwą. Odkąd rozpoczęli oblężenie Nowogrodu Siewierskiego jego żołnierze nie wsławili się sukcesami. Po trzykroć próbowano szturmem zdobyć pozycję Basmanowa, ten jednak nie dawał za wygraną, a wszelkie przejawy buntu lub dezercji tłumił żelazną ręką. Był pierwszą przeszkodą, z którą jego armia miała trudności. Nie można wszakże odmówić żołnierzom dymitrowym męstwa i ochoty do walki - nawet husaria, zsiadłszy z koni, dołączyła się do ataku na twierdzę. Nie dawało to jednak pożądanych efektów i wszystkie podjęte działania były nieskuteczne. Nawet artyleria przysłana z zaprzyjaźnionego Putywla nie pomogła. "Cóż my możemy uczynić przeciwko o wiele liczniejszej od nas armii jeżeli nawet takiej mieściny zdobyć nie mogliśmy?" martwił się carewicz. Oficyjerowie jego zapewniali jednak, żeby porażkami się nie przejmować, prawdziwa siła bojowa wychodzi bowiem z Polaków dopiero w polu, gdzie niepowstrzymana jazda tratuje przeciwnika i miażdży go na proch. Ile w tym prawdy, Dymitr miał się dopiero przekonać.

— Wasza miłość! Mości hetmanie! Moskale stają w szeregach! — poinformował przybyły konno adiutant.
— Już pora. Ruszajmy zatem! Niech Mścisławski na nas nie czeka — rzekł Mniszech po czym udali się w dogodne miejsce by stamtąd kierować oddziałami podczas bitwy. Przeciwnik posiadał trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy. Na polu bitwy Dymitr miał tylko piętnaście tysięcy, ponieważ znaczna część jego sił rozesłana była w podjazdach po okolicy by zdobywać sojuszników w miastach i na wsiach. Armia Fiodora Mścisławskiego stała w jednej linii i z tego co zaobserwowali Dymitr i Mniszech, nie posiadała odwodu. Najwyraźniej przeciwnik zrezygnował z tej taktyki na rzecz wzmocnienia centrum i skrzydeł.

— To ryzykowne podejście — zauważył pan Jerzy.
— Szykują fortel?
— Tego nie wiem. Musimy być ostrożni.

Obie armie ruszyły do boju. Najpierw chorągiew petyhorska spróbowała się z Rosjanami, usiłując wyczuć siłę przeciwnika. Wiedząc to, Mścisławski nie zdecydował się na kontratak i zamiast tego postanowił wyczekać bardziej zdecydowanego ruchu ze strony przeciwnika. Wojsko dymitrowe powtórzyło atak, tym razem przy użyciu znacznie większej liczby żołnierzy. Rozgorzała walka, kule świstały nad głowami ludzi, żelazo trzeszczało i naprężało się od uderzeń. Szable zaświeciły na słońcu, a śnieg stał się czerwony. Oddziały polskie zdołały wywołać umiarkowany chaos w szeregach wroga co natychmiast wykorzystał Mniszech. Wnet do ataku pogalopowała husaria, która w swym niepowstrzymanym pędzie rozbiła prawe skrzydło armii carskiej. Ława zakutych w ciężkie zbroje wojów niczym fala morska przykryła Rosjan. Dymitr wzdrgnął na ten widok. Ileż cierpienia i śmierci! To jego rodacy tam giną! Umierają teraz za człowieka, który jest oszustem i uzurpatorem, dzieciobójcą i zdrajcą ojczyzny. Ale ci żołdacy tego nie wiedzą. Wpojono im, że idą powstrzymać najeźdźcę, który fałszywie mianuje się carem. A przecież Dymitr był jedynym, prawdziwym spadkobiercą Iwana Groźnego.

Wówczas dotarła do nich informacja o oddziałach rosyjskich skrywających się w pobliskim jarze.

— Zasadzka! — poderwał się Mniszech — Liczyli, że w nią wpadniemy, ale przejrzeliśmy ich szyki nim to się stało. Trzeba tam posłać piechotę i wykurzyć tałatajstwo!

Jak powiedział tak też się stało i już niedługo potem ich piechota wdała się w zmagania z ukrytymi dotychczas strzelcami. Tymczasem korzystając ze zwycięstwa na flance, wojsko carewicza poczęło okrążać teraz środkową część pułków Mścisławskiego co wymusiło na nim stopniowe ustępowanie pola przeciwnikowi. Minuta za minutą armia carska stawała się coraz słabsza, cofała się coraz bardziej, aż po pewnym czasie została rozbita przez siły Dymitra. Widząc uciekających Rosjan, Jerzy Mniszech postanowił rzucić ku nim żołnierzy by ostatecznie pobić wroga. Wielki żal ogarnął wtedy Dymitra i jął prosić by pościgu zaniechać skoro bitwa została wygrana. Mniszech próbował przekonać carewicza o słuszności swojej decyzji, ale prędko stronę monarchy wziął pan Błędowski, wtórując że jeśli armia przeciwnika została rozbita to dobijanie pożytku znacznego nie przyniesie. I tak pod naporem wojewoda sandomierski nie wydał rozkazów i pozwolił Rosjanom uciekać. Zwrócił tylko uwagę, że błędem może się to okazać.

Gdy Mścisławski uszedł, a zawierucha zelżała, Dymitr udał się na pobojowisko. Zatrzymał się tam gdzie uderzyła husaria. Poskręcane i poprzebijane kopiami ciała wyściełały podłoże. Śniegu tu niebyło, został bowiem rozkopany przez ludzi i konie, czy też roztopił się od ciepłej krwi, która spływała po zbrojach i mundurach, wsiąkając w ziemie. Krew tej ziemi, która do niej wróciła. Wzruszył się Dymitr na ten widok, lecz wiedział, że innej drogi ku wykorzenieniu chwastów jakimi byli sangwinicy i Godunow, nie było. Żołnierze walczyli dzielnie i umarli z honorem.


Rozdział 3

— Zaledwie stu dwudziestu naszych wczoraj położono — podsumował Mniszech — Z szacunków wynika, że Moskwy ze cztery tysiące co najmniej zginęło. Reszta uciekła i po lasach się pokryła, obrąbawszy się i okopawszy. Armia ruska rozbita w perzynę, mości carze.
— Ścigać ich daremny wysiłek — stwierdził Błędowski — Lepiej nam tu zostać.
— Dziś rano przybyły do nas cztery tysiące zaporoskich, którzy przysięgają wierność waszej miłości. A jeszcze ponoć kolejni są w drodze — zauważył ktoś inny.
— Cóż, przyznać muszę, żem waszmościów nie docenił — rzekł Dymitr — Zaiste, nie mają sobie Polacy równiejszych wojów w polu. Za me niedowierzanie szczerze was chciałem przeprosić.
— My urazy do waszej miłości z tego powodu nie żywimy — odparł jeden z pułkowników.
— A jednak coś was trapi, panowie. Cóż to, nie cieszycie się zwycięstwem?

W namiocie zapadła chwila ciszy. Carewicz przyglądał się w skupieniu swoim oficyjerom.

— Mości carewiczu — odezwał się jeden z nich — Radzi jesteśmy naszego wczorajszego sukcesu i utwierdził w przekonaniu, że wasza sprawa jest do wygrania, nawet pomimo trudności z Nowogrodem.
— Ale?
— Ale od dłuższego czasu zalegacie nam z żołdem. Znosimy dla was trudy wojny zimowej, ale jak dotąd nie uświadczyliśmy niczego poza zapewnieniami o bogactwach. Wasza miłość, niedostatek nam tu doskwiera. Długo tak nie pociągniemy.
— U nas w kraju, w dobrym zwyczaju po wygranej bitwie jest dodatkową kwartę wypłacić. Już to by nasze potrzeby najpilniejsze zaspokoiło — dodał ktoś inny. Dymitr zmarszczył czoło w zastanowieniu i utkwił na moment wzrok na blacie dzielącego ich stołu. To prawda, że od dłuższego czasu nie wypłacał swoim wojakom żołdu. Wczorajszą bitwę wywalczyli dla niego na słowo honoru i w imię obietnic o przyszłych łupach, ale na nic takiego się nie zapowiadało. Dymitr wiedział, że powinien wynagrodzić swoim ludziom znoje zimowej kampanii i ochoczo by tak zrobił, ale niestety na drodze stał mu brak pieniędzy. Nie wypłacił żołdu, gdyż po prostu go nie miał.

— Czy wszyscy tak uważają?

Wiele głosów przytaknęło.

— Szanowni mości panowie, wczorajsza bitwa pokazała, że jesteśmy na dobrej drodze. Wytrzymajcie jeszcze trochę. Niedługo kolejne miasta się nam poddadzą, a pieniądz niechybnie napłynie do nas.
— Z całym szacunkiem, ale długo tego znosić nie będziemy. Jeszcze czas pewien przy was pozostaniemy, carze, ale jeśli zapłaty nie otrzymamy to wrócimy do Rzeczypospolitej. Zawarliśmy umowę, z której jak dotąd się nie wywiązujecie jak przystoi monarsze.

Polskie chorągwie stanowiły istotną siłę w jego armii. Nie było ich najwięcej, ale to głównie im zawdzięczał Dymitr zwycięstwo nad Mścisławskim. Utrata polskich żołnierzy stanowiłaby poważny cios i to nawet nie zadany przez Godunowa czy nawet sangwiników.

Po naradzie, kiedy wszyscy pozostali rozeszli się do swoich zajęć, w namiocie razem z Dymitrem pozostał jeno Błędowski. Z początku, strapiony tym co mu powiedziano podczas spotkania, nie zauważył carewicz przebywającego z nim człowieka. Zasiadłszy na krześle wpatrywał się tylko w ziemię. Był zestresowany. Obawiał się, że po odejściu części wojska nie poradzi sobie z wojną i zmuszony będzie powrócić do ukrycia lub, nie daj Boże, zostanie zamordowany, sprawiając tym nie lada satysfakcję swoim wrogom.

— Dymitrze Iwanowiczu — odezwał się Samuel Błędowski. Zaskoczony Dymitr drgnął na krześle.
— Ach, to pan, panie Samuelu.
— To ja. Nie da się ukryć — odparł mężczyzna, z szelmowskim uśmiechem przestępując parę kroków w stronę siedzącego.
— Cóż pan chciałeś?
— Sądzę, że mogę mieć rozwiązanie problemu żołdu.
— Tak? Jakie? Opowiadaj waszmość.
— Są w waszej armii ludzie, którzy cieszą się posłuchem. Jednym z nich jest pan Fredro.
— Owszem.
— Pomyślałem sobie: zaproponujmy jemu i jego żołnierzom układ.
— Na jakich warunkach?
— Bardzo prostych. Waszmość wypłacisz im po kryjomu żołd z tego co masz obecnie w kasie, a oni nie puszczą za to pary z gęby i zostaną przy waszmości. Inne roty jak obaczą, że tamci siedzą, to również nie odejdą. Jeśli choćby jedna insza rota zostanie jeszcze to i pozostali jak barany podążą za przykładem.
— Ładnie sobie pan to oszustwo wykoncypował. Ale jaką ja mam pewność, że tak właśnie się stanie?
— Żadnej. Ale przy obecnym stanie waszej sakiewki i Basmanowie przesiadującym wewnątrz grodu, czy jest jakieś lepsze wyjście?

***

Zbliżał się wieczór i powietrze na zewnątrz robiło się coraz mroźniejsze. Hieronim Kidlicz maszerował przez obóz w kierunku kwatery Dymitra. Śnieg trzeszczał mu pod butami, niebo zaś spowijało się w coraz to głębszych odcieniach szarości i czerni. Na noc niewiele osób pozostawało poza schronieniami bądź z daleka od ciepła ognisk. Jedynie straż obozowa patrolowała regularnie teren. Idąc w zimnie, Kidlicz posłyszał nagle głosy dobiegające zza pobliskiego wozu. Ktoś wyraźnie się z kimś kłócił. Normalnie nie zważyłby na to i poszedł dalej swoją drogą, ale kątem oka spostrzegł, iż sprzeczający się byli osobami nieprzypadkowymi. Zatrzymawszy się za jednym z namiotów wychynął lekko by przyjrzeć się sytuacji. Był to jeden z żołnierzy Błędowskiego oraz dwóch Rosjan, tych samych, którzy jeszcze nad Dnieprem stracili w odmętach wody swego chorego towarzysza. Stary alchemik nadstawił ucha słysząc jak tamci dwaj grożą żołdakowi.

— Nie kłam! — zawołał wyższy, brodacz o długich włosach i ciężkim głosie — Wiemy coś zrobił. Nie wywiniesz się.
— To jakieś kompletne bzdury. Ludzie, dajcie mi spokój!
— Zabiłeś naszego przyjaciela. Nie damy ci spokoju póki nie dołączysz do niego we wodzie. Długośmy na tę okazję czekali!

To powiedziawszy schwycili nieboraka za szmaty. Kidlicz zdecydował się interweniować nim będzie za późno.

— Panowie! — obaj jak oparzeni odstąpili i zwrócili się w stronę Kidlicza. Korzystając z okazji, żołnierz wymknął się i wystrzelił jak z łuku między namioty, znikając wszystkim z oczu.
— Cholera — zaklął brodacz.
— Psia wasza mać. Czego tu chcecie? — zapytał niższy.
— Co się tutaj dzieje? Cóż wam ten człek uczynił?
— Ten człek to kanalia i morderca — powiedział wyższy, dając długi krok w kierunku Hieronima.
— A to dlaczego?
— Jak przepływaliśmy przez Dniepr ta szuja pomogła nam zanieść naszego rozchorowanego przyjaciela na łódź i tam z nami później siedział. Kiedy ładunek z innej łodzi wpadał do wody i wszyscy patrzyli w tamtą stronę, to bydlę wyrzuciło naszego towarzysza za burtę!

Mniejszy splunął na ziemię.

— Macie pewność, że on to zrobił?
— Wpierw mówił, że to wypadek, że Aleksiej "zatęsknił sobie i sam w wodę wskoczył". Ale my wiemy co tam zaszło. Ta świnia zaczekała, aż nie będziemy patrzeć i go wyrzuciła. Jeden z przewoźników nam potem powiedział, że krańcem oka widział jak to się stało. Nie przepuścimy tego!
— To żołnierz pana Błędowskiego, prawda?
— Ano. Kazał mu nam pomóc. Niedźwiedzia przysługa. Może to on zlecił, żeby utopić Aleksieja. Pies ich jebał, tego zbrodniarza i Błędowskiego też!
— A ty co taki ciekaw? Może też z nimi trzymasz?
— Głupstwo! — bronił się Hieronim — dojrzałem awanturę i nie chciałem by komuś stała się niepotrzebnie krzywda. Nic mi o waszej sprawie nie wiadomo.
— I może tak by było lepiej.
— Na waszym miejscu spróbowałbym pierwej zgłosić się do pana Błędowskiego, czy do pułkowników.
— I kto nam uwierzy? Nikt nic nie wie, a chorągiew Błędowskiego jest wzorowa. A z resztą dość tego. Idź już sobie.

Nie chcąc eskalować sytuacji, Hieronim odszedł w swoją stronę, a tamci w swoją. Dotarł po chwili do kwatery Dymitra. Przed wejściem stało dwóch najemników, pilnujących bezpieczeństwa carewicza. Ujrzawszy Kidlicza, otworzyli mu wejście. Starzec przestąpił próg ciepłej izby w jakiej rezydował Dymitr na czas oblężenia. Wewnątrz, oprócz niego i chłopaka, znajdował się również Samuel Błędowski i hetman Jerzy Mniszech.

— Za chwilę będzie tu Fredro — poinformował go Dymitr — Nie wiem czy powinniśmy to robić. To nieuczciwe względem pozostałych.
— Niech waszmość mi zaufa. Nikt się o tym nie dowie, a ludzie pozostaną. Tak czy siak swoje należności będą im wypłacone tylko nieco później — zapewnił pan Samuel.
— Na pewno chcesz to zrobić? — zapytał Hieronim.
— Nie chcę. Sam bym tego nie wymyślił, ale pan Samuel twierdzi, że to najlepsze wyjście.
— Nikomu nie stanie się krzywda. Wygrasz waszmość wojnę i spłacisz im wszystko z nawiązką.
— Nie jestem pewien… — Kidliczowi przerwał pan Fredro, który właśnie wkroczył do pomieszczenia wraz ze swoim adiutantem.
— Nikt was nie zobaczył jak wchodziliście? — zaniepokoił się Dymitr.
— Nikt — odparł Fredro na co carewicz pokiwał głową.
— Tu są wasze pieniądze. Cały zaległy żołd — objaśnił car, wręczając szlachcicowi sakwę pełną monet.
— Tak jest. Tak jak się umawialiśmy, pozostaniemy przy waszej miłości przez kolejne miesiące.

***

— To jest skandal!
— Hańba!
— Oburzające.

W pobliżu kwatery Dymitra zebrał się tłum wyraźnie wzburzonych szlachetków i najemników. Wszyscy naraz poczęli gardłować głośno, wtórując sobie wzajemnie w gniewie. Pomiędzy nimi, a budynkiem stanął szereg wiernych Dymitrowi kozaków zaporoskich z samopałami w gotowości. Przez drzwi chatki wypadł carewicz w rozpiętym jeszcze płaszczu, narzuconym tylko na pośpiesznie założoną koszulę. Wnet ogarnął go chłód wczesnego, styczniowego poranka. Wychynął na ostrożnie przez ramię jednego z kozaków, nie wiedząc do końca czego się spodziewać po rozgorączkowanych Polakach. Zobaczywszy go, tłum przycichł nieco i zbliżył się pewnym krokiem. W odpowiedzi kozacy wznieśli do obu dłoni samopały, które dotąd trzymali oparte przy nogach. Wówczas nadszedł również pan Jerzy ze swoim oddziałem. Całą sytuację przez okno izby obserwował z przejęciem Kidlicz.

Jeden z demonstrantów zawołał do carewicza. Ten, obejrzawszy się najpierw w okienko, z którego wyglądał starzec, a potem na pana Jerzego, wyszedł przed szereg kozacki i odpowiedział na wołanie.

— Słyszeliśmy coście przedwczoraj zrobili, mości carewiczu — zaczął pewien mężczyzna w średnim wieku — Czujemy się oszukani.
— O czym wy mówicie, dobrzy ludzie? — odparł Dymitr, udając, że nie wie o co chodzi.
— Rota fredrowa dostała od was zaległe pieniądze, a my ani grosza! Waszmość w ukryciu się zmawiasz. O wszystkim wiemy.

"To koniec" pomyślał Dymitr. "Jestem spalony. Jeśli teraz mnie tu nie zastrzelą z wściekłości to odejdą i zostanę z osłabionym wojskiem."

— Szanowni mości panowie, to nie tak. Pieniądze swoje dostaniecie… niedługo.
— Nie chcemy już tych pieniędzy. W najbliższych dniach się zbieramy i wracamy do kraju. Nie chcemy mieć z wami nic wspólnego!

"Popełniłem ogromny błąd."

— Popełniacie błąd, panowie. Zastanówcie się! To jest dla was szansa jak nigdy przedtem. Inwestycja w przyszłość! Weszliście w interes, o którym inni mogą jeno pomarzyć. Zdobycie Moskwy, prywatna kampania, to wszystko…
— Dosyć tych twoich słodkich słówek, chłopaczku! — rzucił pewien dumny szlachcic.
— Uważaj. Rozmawiasz z carem Wszechrusi — rzucił Dymitr po czym odwrócił się w stronę pana Jerzego, lecz wściekły szlachcic podszedł bliżej i począł z niego szydzić.
— Ty dalibóg będziesz na palu!

Tego było już za wiele. Choć wiedział, że postępek jego był nieuczciwy to słysząc słowa te obelżywe pod swoim adresem nie mógł ich zignorować. Naraz złość w nim urosła. Obrócił się tedy na pięcie i z zamachem wielkim wymierzył szlachetce cios prosto w gębę aż ten zachwiał się i zdumiony runął w śnieg. Pan wojewoda zbliżył się na to do Dymitra z ludźmi gotowymi bronić się przed tłumem. Widząc to, po chwili dopiero, gdy tamten uderzony zbierał się z ziemi, inszy szlachcic rzekł:

— My z carewiczem zwady żadnej nie chcemy. Przyszliśmy jeno niezadowolenie nasze wyrazić i poinformować, iż opuszczamy wojsko carskie.

Niezadowoleni żołnierze rozeszli się samoistnie nikomu krzywdy jakiej nie czyniąc. Jeszcze ów szyderca, otrzepawszy się ze śniegu, splunął na ziemię i odszedł, patrząc spode łba. Wówczas tak kozacy jak i kawalerowie mniszchowscy rozluźnili się i broń poodkładali. Obróciwszy się Dymitr spostrzegł jak kawałek dalej za domem stał także agent Fundacji wraz z paroma swymi ludźmi. Czyżby obserwował całe zajście? Nawet nie podszedł. Może czekał okazji by interweniować gdyby sytuacja podążyła nieprzychylnym torem. Kiedy tylko Błędowski poczuł na sobie wzrok carewicza, powitalnie dotknął czapki obleczoną w rękawicę dłonią. Pan wojewoda podszedłszy zaproponował gestem by weszli do środka. Wówczas Błędowski zniknął między drzewami. Wewnątrz zastali Kidlicza, siedzącego na stołku przy oknie z pistoletem w ręku. Siedział jeszcze spięty całą sytuacją, zerkając z niepokojem przez szybkę na resztę obozu.

— Rozmawiać nam potrzeba — pan Jerzy zasiadł stękając — Szlachta odjeżdża. Na tych tu nie mamy już co liczyć. Pieniędzy brakuje. Trzeba nam pozyskać fundusze i nowych sprzymierzeńców.
— Co waszmość radzisz?

Mniszech zmarszczył czoło i podparł dłonie na kolanach.

— Kozacy i Rusini ciągle do nas napływają. Siła ich jest więc nawet bez większości szlachty armia nie pójdzie w rozsypkę. Pojadę do kraju. Zbiorę więcej pieniędzy na żołd i spróbuję nowe pospolite ruszenie zorganizować.
— Jeśli nas pan zostawi to i inni powiedzą, że skończyła się armia.
— Tutejsi was nie zostawią, Dymitrze Iwanowiczu. Ja ogłoszę, żem chory i dla zdrowia powrócić muszę. Na dodatek niebawem sejm będzie się gromadził, co też usprawiedliwienie mi da. Pojadę, załatwię ile tylko się da i wrócę czym prędzej z posiłkami. Nie mamy innego wyjścia. Nowego hetmana wybierzecie. Najlepiej Dworzyckiego, on tu z wami zostanie i mię dobrze zastąpi czas pewien.

Dymitr pokiwał przytakująco głową.

— Wyjadę jutro — oznajmił jeszcze Mniszech przed wyjściem po czym zamknął za sobą drzwi.
— Nie powinieneś bez pałasza wychodzić na takie mrowie ludzi — zganił chłopaka.
— Nie poszedłem tam z zamiarem bicia się.
— Ale oni mogli.
— Mam kozaków i żołnierzy pana Jerzego.
— Żołnierzy pana Jerzego też lada moment nie będzie. Zrobiłeś się nieostrożny — stwierdził z wyrzutem Hieronim. Dymitr prychnął lekceważąco.
— To był zły pomysł z tym żołdem. Co gdyby któryś z nich do ciebie wystrzelił?
— Uratowałbyś mnie.
— Kiedyś mnie zabraknie. Co wtedy?
— Nic.
— Twoja lekkomyślność cię zgubi! Lepiej by ci było pozwolić im odejść w pokoju, aniżeli do takiego konfliktu dopuścić. Przestrzegałem cię przed tym…
— Przestrzegałeś mnie przed pójściem do Brahinia mimo, że książę mi uwierzył. Przestrzegałeś przed podróżą do Krakowa mimo, że król dał się namówić by nam pomóc. Przestrzegałeś przed wyjazdem na wojnę i zobacz jak daleko zaszedłem. Nie byłbym tu gdybym posłuchał twoich przestróg.
— I skąd wiesz, że tę wojnę wygrasz? Jedna zwycięska bitwa nie czyni cię zdobywcą.
— Mam poparcie ludu.
— Lud zmienia swe sympatie jak chorągiew na wietrze! Dziś idą za tobą, a jutro ogłoszą wybawicielem kogo innego! — uniósł się Hieronim.
— Jesteś bojaźliwy.
— Tak! Tak, jestem!
— W takim razie dlaczego mnie uratowałeś?
— Co?
— Dlaczego w ogóle zaangażowałeś się w tę całą intrygę polityczną z moją śmiercią, co? Mogłeś przecież być lekarzem w jakiejś dziurze i się niczego nie bać. Hm?
— To nie jest temat na teraz.
— Ha! — zadrwił — Dobrze. Niech ci będzie. W swoim czasie.

Na chwilę zapadło milczenie.

— Kiedy po raz pierwszy pojawiłem się w Strzygninie byłem zafascynowany całą wiedzą jaką zgromadzili tam sangwinicy. Byłem wtedy młody, chciałem się rozwijać, dokonać wielkich odkryć. Gdybyś mnie wtedy widział… — Hieronim lekko uśmiechnął się pod nosem — Oni oferowali to wszystko. Ale z czasem zaczęły dochodzić również inne powinności. "Dzieła", które nie śniły się największym szarlatanom. Strzygnińscy sztukmistrze robią odrażające rzeczy… Ależ ile można było z tego pojąć! Tak, sangwinicy to ludzie praktyczni. Nie czynią nic dla samego aktu. Wszystko miało swoją dokumentację, swoją przyczynę i zastosowanie. Ale pewnych bluźnierstw nie można im wybaczyć. Nie. Posłuchaj Dymitrze, nie chciałem tego robić. Chciałem leczyć. Ratować ludzkie życia. Byłem dobry, nawet bardzo. Posłali mię jako konsultant do Uglicza. Miałem tylko doradzać… Tam zobaczyłem ciebie. Chcieli wiedzieć jak wiele jest w tobie krwi pradawnego Ruryka, twórcy waszego rodu. Powiedziałem im, że jeśli ktoś może być jego dziedzicem to właśnie ty. I wtedy… — zatrzymał się na chwilę, po czym wznowił drżącym głosem — I wtedy cię zabili. Małe dziecko. Nie tegom chciał.
— Wiem, Hieronimie — odparł Dymitr. W jego oczach widać było zrozumienie.
— Powiedz mi, czy zawiść z powodu czyjegoś urodzenia usprawiedliwia coś takiego? Chów selektywny, wzbogacanie krwi, mój Boże…


Rozdział 4

Wojewoda Jerzy Mniszech opuścił armię dymitrową czternastego stycznia pod pretekstem złego zdrowia i konieczności stawienia się na sejmie, co w rzeczywistości było półprawdą. Razem z nim odeszła większa część Polaków. Tych, którzy pozostali poprowadził carewicz do zaprzyjaźnionego Siewska gdzie rozłożono obóz, aby się przegrupować i obrać nowego hetmana. Mianowano na tę pozycję pana Dworzyckiego.

Wieści o rozłamie w armii pretendenta dotarły do uszu cara Borysa. Z prędkością błyskawicy posłana została nowa, wielka armia pod dowództwem Wasyla Szujskiego. Wkroczywszy na ziemię siewierską połączyła się ona z niedobitkami Fiodora Mścisławskiego. Wszystek zauszników dymitrowych uprzedzali swego wodza, że Szujski nie będzie tak łatwym przeciwnikiem jak Basmanow, albo Mścisławski. Im był bliżej tym pokaźniejsze podawano liczby jego armii. Najpierw było to dwadzieścia tysięcy. Potem trzydzieści, czterdzieści, a na końcu pięćdziesiąt. Dymitr jednak będąc zachęconym ciągłymi posiłkami ze strony kozaków pozostawał dobrej myśli. Bitwę będzie trzeba wydać Szujskiemu prędzej czy później, a zatem lepiej zrobić to na własnych warunkach. Słysząc, że oddziały Szujskiego zatrzymały się w okolicy wsi Dobrynicze, uknuł carewicz chytry plan, aby oponenta potraktować sabotażem.

Plan przedstawiał się tak: najpierw zebrana zostać miała grupka miejscowych chłopów, następnie zostali oni wysłani pod osłoną nocy do Dobrynicz, aby podpalić ową wieś, a gdy wojska Wasyla ogarnie chaos spowodowany pożarem, Dymitr zaatakuje. Doradcy zaakceptowali taką zasadzkę i już niedługo potem skompletowano zespół podpalaczy.

Życie w obozie podążało naturalnym biegiem. Po odejściu większości polskiej szlachty nie zdarzyły się żadne nowe incydenty, ku uciesze dowódców. Nocą z 30 na 31 stycznia wysłano oddział sabotażystów. Następnego dnia miała rozegrać się bitwa mająca otworzyć Dymitrowi drogę na Moskwę.

***

Siedmiu chłopów prowadzono pośród obozu. Wszyscy wokół spali i tylko wartownicy byli czujni i gotowi. W końcu straż doprowadziła ich na miejsce. Przed nimi ukazał się brodaty człowiek, o nosie długim i oczach jakby nieznacznie tatarskich. Twarz przykrywała mu długa, siwiejąca broda tak jak obyczaj rosyjski nakazywał. Był to człowiek w piątej dekadzie życia. Po bogatym ubiorze widać było splendor jego rodu.

— To ci podpalacze, którzy się do nas zgłosili, wasza miłość.
— Doskonale. Więc powiadacie, że przychodzicie z obozu tego… "Dymitra"?
— Tak jest, panie — odezwał się jeden z nich.
— Po co was przysłano?
— Mieliśmy podpalić Dobrynicze, coby bałagan w waszym obozie uczynić, ale przyszlimy do was.
— Co wiecie o zamiarach tego samozwańca?
— Niewiele, wasza miłość. Jeden z panów polskich powiedział nam, że z samego rana, jeszcze przed świtaniem, cała armia ma atakować.
— Coś jeszcze?
— Mówił, że siła jazdy tam będzie i bez przygotowania trudno byłoby pieszemu wojsku się z nimi równać.
— To wszystko?
— Tak, panie.
— Dobrze się sprawiliście, ludzie — odparł dostojnik po czym dodał jeszcze do jednego z żołnierzy — Wynagrodźcie tym ludziom wierność prawowitemu carowi.

Żołnierze odeszli, zabierając ze sobą grupkę chłopów. "Rychło w czas" pomyślał Wasyl Szujski. "Trzeba nam koniecznie tego chłystka się pozbyć, aby nie przeszkadzał w naszych sprawach. Akurat teraz, przyszedł pokrzyżować moje plany, pozbyć się Godunowa kiedym nie był na to gotowy. Ale dosyć jego kariery. Jutro uźrzę jego łeb na włóczni."

***

Pierwszy powrócił mu wzrok. Ukazała mu się przestrzeń, cała jakby zeszklona, w kolorze żółci i zieleni. Przestrzeń ta wibrowała i zaginała się, pulsowała i płynęła. Nie dostrzegał niczego poza nią. Jako drugi powrócił słuch. Jego uszy uderzył szum, który przerodził się w bulgotanie. Z czasem przebijały się także inne, zbyt przytłumione by je zidentyfikować odgłosy. Teraz zaczął czuć. Stopniowo, najpierw skóra na twarzy, potem szyja i ramiona. Następnie tułów i nogi: kolejno uda, kolana, łydki i na końcu stopy. Czuł przyjemne ciepło. Jego ciało było lekkie, jak gdyby lewitowało w powietrzu i nic mu nie ciążyło. Im dłużej tak wisiał tym bardziej zaczynały go swędzieć wewnętrzne strony łokci. Wrażenie to narastało i stawało się coraz bardziej nieprzyjemne aż w końcu przerodziło się w ból.

Dymitr drgnął. Po chwili cały się naprężył. Zabrakło mu tchu. Przeraził się, choć wszystko zdawało się być dziwnie znajome. Uderzył o coś dłonią. I kolejny raz. Wykręcił głowę i podkurczył nogi. Jego kolana ogarnęło zimno. Nagle coś chwyciło go za ramiona i pociągnęło. Wynurzył się teraz z przezroczystego pojemnika pełnego zielono-żółtej, gęstej mazi. Zaczął drżeć z zimna. Zakaszlał, lecz kaszel przerodził się w wymiotowanie identyczną, paskudną mazią jak ta, w której się znajdował. Gdy już wszystko wypluł, mimowolnie nabrał głęboki wdech i poczuł przenikliwie silne kłucie w piersiach. Dopiero po chwili zaczął dochodzić do siebie i stał się świadomy swego otoczenia. Siedział po żebra w półprzezroczystej substancji, zamkniętej w szklanym pojemniku mniej więcej jego rozmiarów. W oba łokcie wbite miał igły będące zwieńczeniami długich rurek. Rozpoznał też osobę, która go wyciągnęła. Był to Hieronim Kidlicz. Znajdowali się jakowejś brudnej, kiepsko oświetlonej klitce bez okien. Kidlicz spoglądał na niego rozpromieniony.

— Już dobrze. W porządku. Żyjesz! — ucieszył się alchemik po czym objął chłopaka.
— Gdzie jesteśmy? — szepnął Dymitr.
— Daleko. Ale nie możemy tu zostać. Jutro ruszymy w dalszą drogę. Do Woroneża. Tam będziemy bezpieczni przez jakiś czas. A potem… Może wyjedziemy na Ukrainę. Jeszcze nie jestem pewien.
— To byli sangwinicy?
— Tak — westchął Kidlicz odpinając rurki od ciała Dymitra — Choć wątpię, aby Paweł Andriejewicz był jednym z nich. Najpewniej wykorzystali go jako pułapkę.
— To ghola?
— Tak. Ta sama, której użyłem by przywrócić cię do życia w Ugliczu kiedy sangwinicy… spróbowali to zrobić po raz pierwszy.

Ghola. Dymitr słabo pamiętał objaśnienia Kidlicza gdy lata temu za pierwszym razem obudził się w tym basenie. Pieczołowicie przygotowywana substancja, na którą przepis znają wyłącznie alchemicy szkoleni w zamku Strzygnin na Litwie. To tam znajduje się siedziba ludzi, którzy tak usilnie pragnęli jego śmierci.

— Przetaczałeś mi krew? — zapytał spoglądając na pokryte czerwoną cieczą igły rurek.
— Owszem. Dlaczego zwykli lekarza tego nie robią?
— Nie potrafią. To sztuka znana wyłącznie sangwinikom. Choć dla nich to już nie tylko sztuka, a obsesja.

Dymitr usiłował sobie przypomnieć więcej szczegółów dotyczących sangwiników. Ci ludzie nauczyli się przetaczać krew i wskrzeszać zmarłych, ale nie tylko to. Robili z krwią coś jeszcze. Uwydatniali? Wzmacniali? Wzbogacali! Tak, właśnie to. Wzbogacali. W jaki sposób? Kidlicz wspominał o tym procesie. Opowiadał mu jakieś bajki o magii czy innych zabobonach. Kompletne bzdury. Kidlicz parał się nauką, nie takimi farmazonami. Wiara w nie nie przystoi takiemu człowiekowi. Dymitr sam przecież widział, że wszystko co jego opiekun czynił było oparte na wiedzy i doświadczeniu. Używał specjalnych narzędzi by pozyskiwać, przechowywać i przetaczać krew. Ghola to nic innego jak wynik zmieszania odpowiednich składników i przyrządzenia tej uzdrowicielskiej "zupy" w odpowiedni sposób. Wszystko miało swoje miejsce. Tajemnicza alchemia, zaawansowana medycyna, światowa polityka, ukryta wojna… Wszystko było tam gdzie trzeba. Oprócz niego.

— Chciałbym być teraz w Moskwie — powiedział do lekarza — Z jakiej racji tu jest bezpieczniej niż na dworze?
— Kreml to siedlisko żmij — odparł stary — Zostać tam to jak wyrok śmierci.
— Nie będę całe życie uciekał.

Kidlicz spojrzał Dymitrowi prosto w oczy. Zastanowił się chwilę, po czym przykucnął i powiedział:

— Zaczekamy jeszcze parę lat aż wszystko przycichnie. Wrócimy tam jeszcze, na pewno.

***

— Dobrynicze nie zapłonęły — zauważył zatroskany Dymitr. Obserwował wraz z Kidliczem ciemny horyzont. Z nocy budził się cieżki, mdły świt.
— Chłopi mogli zostać złapani przez wartowników obozowych — domyślił się Hieronim.
— W takim wypadku Szujski już o nas wie. Nici z zaskoczenia. Cóż, trudno. Spotkamy ich zatem na równych warunkach.

Gdy nieco się rozjaśniło, obie armie stanęły naprzeciw siebie. Pole bitwy przecinała im droga do Starodubia Siewierskiego. Zarówno carewicz jak i Szujski przygotowali podobny szyk bojowy, to jest jazda na skrzydłach i piechota wraz z artylerią w centrum. Jeno różnica była taka, że Szujski przygotował sobie pułk straży, który ubezpieczał całą formację. Dymitr trzymał natomiast w odwodzie husarów i jazdę rosyjską, które w decydującym momencie miały oddzielić Szujskiego od obozu. Również i w tym starciu Dymitr nie odważył się przejąć dowództwa samodzielnie, zamiast tego roztropnie oddelegowując do tego zadania swego hetmana, pana Dworzyckiego. Po swojej stronie ponownie miał młody Rurykowicz piętnaście tysięcy żołnierzy, tym razem jednak w większości byli to zaporoscy oraz jego stronnicy z siewierszczyzny. Szujski posiadał znaczną przewagę liczebną, bowiem stawił się w towarzystwie ponad czterdziestu tysięcy ludzi. Obaj dowódcy zajęli pozycje na przeciwległych krańcach pola bitwy by móc obserwować poczynania wroga. Najpierw obaj ostrzeliwali się z armat, a hukowi wystrzałów nie było końca. Niewielkie podjazdy z obu armii wykonywały manewry zaczepne starając się wyczuć i sprowokować przeciwnika. Wszystkie działania zdawały się przypominać odbicie lustrzane, trudno jednak orzec kto był prawdziwy, a kto jedynie obrazem w zwierciadle.

Pierwszy z tego patu wyrwać postanowił się obóz carewicza, posyłając swą jazdę do ataku. Natarcie spotkało się jednak z kontratakiem ze strony Szujskiego. Mrowie kawalerzystów zderzyło się i związało w walce. W krótkim czasie jednakże okazało się, że przewage mają jeźdźcy Dymitra i Moskwa zmuszona była cofać się na jednym skrzydle. Widząc to Dymitr był kontent, lecz nic po sobie nie dał poznać. Obserwował tylko w skupieniu jak dwie armie ścierają się w morderczym siłowaniu. Po chwili prawe skrzydło Szujskiego zostało zmiażdżone nie pozostawiając niemal nikogo przy życiu. Kawaleria Dymitra ruszyła przed siebie, tu jednak natrafiła ona na przeszkodę w postaci dobrze ufortyfikowanej piechoty. Konnica została obsypana gradem kul z samopałów i armat, co mimo wszystko na szczęście nie poczyniło jej strat wielkich. Zerwał się lodowaty, porywisty wiatr. Nagle od strony piechoty moskiewskiej, tam gdzie owi żołnierze szyk trzymali, podniosła się potężna kurzawa, która przykryła spory obszar walki. Niesiony wiatrem pył i dym dotarł do skrzydła jazdy kozackiej przynależnej do Dymitra i zdusił jazdę, wywołując taki tumult, że naraz zaporoscy, krztusząc się i kaszląc, jak jeden mąż poczęli ustępować pola. Dymitr z panem Dworzyckim jęli słać posłańca za posłańcem by zawrócić uciekających kozaków, nic to jednak im nie przyniosło. Wkrótce i jazda polsko-rosyjska widząc ucieczkę kozaków, zaczęła wycofywać się. Oba skrzydła zwinęły się ostatecznie, pozostawiając osamotnioną piechotę, której brak było umocnień takich jakie przygotowali sobie moskale.

Dymitr przeklinał w duchu owych zaporożców i z przerażeniem oglądał jak Szujski puścił całą swoją jazdę na piechurów carewiczowych. Piesi żołnierze stawili silny opór i nie pozwolili się tak zdemoralizować jak kawaleria. Dzielnie odpierali ataki wroga, lecz sam napór liczniejszych przecież oponentów złamał w końcu ich szyk. W tym momencie nadeszła pora odwrotu. Dymitr, pan Dworzycki i Hieronim Kidlicz zasiedli na koniach i ruszyli z pozostałościami wojsk. Nawet wtedy jednak piechota osłaniała ich odwrót aż do całkowitego swego unicestwienia. Wówczas jazda Szujskiego puściła się pełnym galopem w pogoń za rozpaczliwie uciekającymi.

Dymitr popędził swego konia. Jeźdźcy byli coraz bliżej. W powietrzu świstały kule. Nagle jednak z nich trafiła jego konia prosto w czaszkę i położyła go trupem. Zwierzę padło, Dymitr zaś przekoziołkował po ziemi i wylądował na plecach. Poczuł pieczenie na obdartej skórze i poobijanych rękach. Nie zważając na to w desperacji podniósł się na nogi i obejrzał. Jego oczom ukazała się chmara Rosjan pędząca w jego kierunku. Wówczas spostrzegł samotnie stojącego wodza Hieronim Kidlicz. Podjechał zaraz do carewicza i zsiadł z konia.

— Wsiadaj i jedź! — rozkazał stary alchemik.
— A co z tobą?
— O mnie się nie martw. Jedź!
— Nie zostawię cię tu!
— Dwóch nas naraz nie weźmie. Spowolniłbym tylko to zwierzę. Ciebie szukają, zabiją cię jeśli wpadniesz im w ręce. Uciekaj! Dam sobie radę!

Niechętnie Dymitr dosiadł wierzchowca i skinąwszy jeszcze na pożegnanie z żalem duszącym mu piersi pognał razem ze swoimi żołnierzami.

***

Kidlicz o mały włos tylko uniknął śmierci od szarży moskiewskiej. Skrywszy się za truchłem martwego konia przeczekał jeźdźców udając martwego. Gdy ci go minęli, natychmiast udał się do pobliskiego lasu i tam usiłował oddalić się od nieprzyjaciela. Wędrował czas jakiś pośród drzew dumając nad dalszym postępowaniem. Przede wszystkim jednak zastanawiał się czy Dymitrowi udało się uciec przed pościgiem. Miał w duchu nadzieję, że właśnie tak było, choć gdzieś głęboko w nim tkwiła obawa, że Szujski mógł jednak dopaść carewicza. Aż ciarki przeszły mu na grzbiecie gdy pomyślał co mogliby zrobić pretendentowi, który ośmielił się wystąpić przeciwko panującemu carowi.

W pewnej chwili usłyszał w niedalekiej odległości głosy ludzkie. Przestraszywszy się, że mogą to być żołnierze Szujskiego ukrył się pomiędzy drzewami i nasłuchiwał. Po chwili jednak pojął, iż głosy te wypowiadały się nie po rosyjsku, a po polsku. Uradowany wychynął ze swej kryjówki i ruszył w ich kierunku. Gdy jednak był już całkiem blisko zobaczył z kim ma do czynienia. Był to Samuel Błędowski, wysłannik Królewskiej Fundacji, wraz z grupką swych żołdaków. Kidlicz zawahał się. Po chwili namysłu postanowił nie zwracać od razu na osobę swoją uwagi i przykucnąwszy w krzakach jął nasłuchiwać rozmowy.

— Armia poszła w rozsypkę. Co teraz wasza miłość?
— Teraz — odparł Błędowski — sprawdzimy czy jaśnie wielmożny carewicz przeżył spotkanie z Rosjanami. Jeśli tak to będzie trzeba go odwiedzić. Przyjrzymy się obozowi i poślemy wieści do Szujskiego. Niech wykończy go za nas. Dopilnujemy by carewicz tym razem na pewno nie przeżył.
— A co z tym lekarzem?
— Kidlicz najpewniej leży stratowany gdzieś na polu. Oddał chłopakowi swego konia. Stary głupiec. Jak już załatwimy sprawę Dymitra trzeba będzie zdać raport dla Strzygnina. Dajcie mi jeszcze chwilę i wyjedziemy.

To powiedziawszy pan Samuel wszedł między drzewa w pobliżu Kidlicza. Obaj znajdowali się teraz poza polem widzenia jego żołnierzy. Błędowski stanął przodem do jednego z drzew, odchylił poły ubrania i począł odpinać spodnie. Nagle w krzakach rozległ się dźwięk zamka pistoletowego.

— Nie ruszaj się — szepnął Kidlicz. Zaskoczony Błędowski zasunął ubranie i rozejrzał się dookoła. Zauważył wtedy siedzącego pośród zarośli Hieronima z pistoletem wycelowanym prosto w niego.

— Nie ruszaj się — powtórzył Hieronim — Nie wołaj ich, bo cię zastrzelę. Unieś ręce ponad głowę.
— Zginiesz tutaj jeśli do mnie wystrzelisz.
— Ty umrzesz pierwszy. Jeśli jednak tego nie chcesz to odwróć się i idź w głąb lasu.

Nie mając wyboru wysłuchał trzymającego go na muszce człowieka. Przeszli niemały kawał drogi i dopiero gdy wyszli na otwartą przestrzeń, Kidlicz zatrzymał marsz.

— I co teraz? — zapytał Błędowski.
— Teraz opowiesz mi wszystko. Jesteś sangwinikiem?
— Tak.
— Król polski też nim jest?
— Nie, nie jest. Szpiegowałem go dla sangwiników. Król Zygmunt szczerze chciał wam pomóc. Ale chyba i tak cię to nie obchodzi, prawda?
— To dzięki tobie Szujski wiedział o sabotażu?
— Dzięki chłopom, których przekabaciłem, aby wyjawili Szujskiemu wasz sprytny plan zamiast go wykonać.
— Co jeszcze uczyniłeś przeciw carowi?
— Sabotowałem przeprawę przez Dniepr. Wyjawiłem szlachcie tę intrygę z żołdem.
— Zabiłeś tamtego schorowanego Rosjanina?
— Widział jak podcinaliśmy liny opasające ładunek na łodzi — Błędowski uśmiechnął się nieznacznie — Musiał umrzeć. Niemal się wygadał. Muszę przyznać, że całkiem nieźle radziłeś sobie jako anioł stróż. Zabiłbym Dymitra już dawno gdybyś nie siedział przy nim dzień i noc. No cóż, musiałem poradzić sobie na około. I co teraz zrobisz? Spójrz na siebie. Nie wiesz gdzie on teraz jest. Nie masz konia, wokół roi się od ludzi Szujskiego, moi ludzie już pewno mię szukają, a tu musisz prowadzić jeńca. Zabierzesz mnie do niego i opowiesz historię mojej zdrady?
— Nie — odparł Kidlicz po czym wystrzelił. Kula przebiła czaszkę Samuela, zostawiając mu pomiędzy oczami krwawiący otwór. Martwe ciało runęło na ziemię. Hieronim pozostał sam, na obcej ziemi, pośród wrogów, nie wiedząc gdzie podział się Dymitr, ani nie wiedząc czy sam dożyje dnia jutrzejszego. Jedyne co mu pozostało to ruszyć przed siebie.

***

Ludzie Szujskiego prędko zrezygnowali z pościgu. Mimo to armia Dymitra, a w zasadzie to co z niej pozostało uciekała bez chwili wytchnienia i zatrzymała się dopiero w miejscowości Rylsk, gdzie przez dwa dni odpoczywano. Później Dymitr zarządził ewakuację do Putywla ze względu na walory obronne tegoż miasta. Straty zadano mu bardzo wysokie, stracono bowiem, jak szacował pan Dworzycki, aż sześć tysięcy żołnierzy i całą artylerię. Część ludzi wpadła w niewolę Wasyla Szujskiego. Niektóre oddziały natomiast rozpierzchły się po przegranej i już nie powróciły do carewicza. Ściągnął on tedy do siebie wszelkie podjazdy jakie w owym czasie porozsyłane były po całej okolicy, chcąc uciułać przy sobie jak najwięcej żołnierzy. Brakowało mu sił by przeprowadzić jakikolwiek kontratak, oczekiwano zatem, że prędzej czy później wróg przybędzie do Putywla by wziąć miasto siłą lub sposobem. Tak się jednak nie stało. Zamiast tego nadeszły wieści, iż Wasyl Szujski podjął się oblężenia miejscowości Kromy. Kromy bowiem leżały na drodze z ziemi siewierskiej do Moskwy czyli na tyłach Szujskiego, a z racji tego, iż tamtejsi mieszkańcy wspierali Dymitra, zdobycie grodu zapewniało o bezpieczeństwie operacji przeciwko synowi Iwana Groźnego. Obrońcy walczyli zawzięcie, lecz gdyby oblężenie pociągnięto dość długo, musieliby ostatecznie upaść.

I właśnie wtedy, jak grom z jasnego nieba, cały kraj obiegła zaskakująca wiadomość. Fortuna odwróciła wszelkie losy, stawiając grę na głowie. Oczy wszystkich zwróciły się ku Moskwie. Car Borys Godunow umarł.

Koniec części pierwszej

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported