Ripieno
ocena: +15+x

Gdyby wszystko szło z ich życzeniami,

nie zrozumieliby jak to jest podążać za Bogiem.

- John Calvin (Golden Booklet of the True Christian Life Strona 53)


gpuf0e5.jpg





31 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

29 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Cóż, ten agent PZGA zrobił?

— Znalazł SCP-PL-275 i no — Zrobiłem długą przerwę i wsłuchałem się w podskakiwanie opon pojazdu. Spojrzałem pośpiesznie za okno, próbując uciec przed przedziurawiającym mnie wzrokiem Sir Dr Galata. Skupiłem się na mieszkania powoli zamieniające się w drzewa, podczas gdy wjeżdżaliśmy do lasu. Stalkowaliśmy agentów PZGA, chwilę przed pełnią, ale mimo to nie byliśmy w stanie znaleźć grzyba przed nimi. — Wepchnął go do gęby cywila.

— Skandal! Mówię ci skandal! — Sir Dr Galat przyłożył rękę do swojego hełmu średniowiecznego rycerza. Podobno jego rodzina nosiła go już od kilkunastu pokoleń, bo uważali, że to chroni ich ród. Rzadko kiedy go zdejmował. Na szczęście istnieliśmy w epoce cosplayerów, więc przechodnie na ulicy uważali go za nieco mniejszego wariata niż nim rzeczywiście był. Jednak mimo to, taka żelazna klatka na głowe sprawiała wiele problemów. W szczególności w miejscach publicznych poza placówkami Fundacji. Bez tego hełmu jednak tracił on kompletnie motywację i wiarę w siebie. — Onegdaj jeszcze nigdy takiej historii nie słyszał. — Sir Galat wydał z siebie niemiłosiernie głośny wydech — Daleko jeszcze, zanim karoca dojedzie?

— Tuż za rogiem jest nasz cel, już podobno pakują grzyba do ciężarówki. — Skręciłem za budynkiem, zauważyłem, że jakaś grupa majstrowała coś przy drodze. Fundacja musiała jeszcze nie zdążyć najwyraźniej ewakuować wszystkich cywili. Nasz cel nie był w żadnym stopniu niebezpieczny, dla miłej odmiany nie był grzybem, który próbował cię zatruć oparami, zainfekować zarodnikami czy wyrosnąć mini skrzydełka na plecach. Był to tylko prosty Wondergrzyb. Ale właśnie wspaniałość tego grzyba czyniła go niebezpiecznym. Każdy na tej ziemi i jego teściowa oddaliby lewe i może nawet jeszcze prawe jądro po to, żeby położyć na nim swoje łapy.

— Mmmmm… Mmm- Zaraz nie! — Przerwał mój wewnętrzny monolog Sir Galat — Ni poczekawszy na mnie?! Każ im się zatrzymać!

— Naprawdę mnie zastanawia jak taki człowiek jak ty był w stanie nie tylko zostać starszym naukowcem, ale jeszcze jednym z przewodnich naukowców w sprawie SCP-PL-275 i projektu Eden — powiedziałem ciesząc się z faktu, że pracuje już z Sir Dr Galatem taki szmat czasu, że mogę sobie pozwolić na takie odpowiedzi.

— Haha! To przez moją bezgraniczną mądrość młodzieńcze. Jestem, gdzie jestem abociem nie mamy wielu mykologów-historyków w Polsce. Teraz ponagli ten nabieg na grzyba, muszę go zobaczyć!

— Szczerze nie jestem pewien czy powinienem ci pozwolić go zobaczyć, nawet jak ryzykujemy to, że niepotrzebnie wzywamy całą Europę po jednego nieanomalnego borowika. Jesteśmy — podsumowałem, po czym wytrzeszczyłem oczy. Zawsze rozpoznałbym ten dźwięk, za każdym razem jak go słyszałem to trafiałem do szpitala na kilka tygodni. Jak bardzo bym chciał, tak nigdy nie zapomnę tego dźwięku. Nacisnąłem butem hamulec i skręciłem kierownicą uważając, żeby nie wpaść w poślizg i nie przewrócić samochodu. Zza okna zauważyłem, że wszyscy, którzy się znaleźli nieopodal domu (albo to co z niego zostało), w którym przebywał dotychczas grzyb, leżeli na ziemi, każdy z nich miał kulę w tyle głowy. Ich pozycje zdradzały, że ich śmierci towarzyszył ból. — Galat! Zatkaj usz-

Strzał.

Sir Galat został postrzelony w głowę podczas wychodzenia pośpiesznie z pojazdu. Padł twarzą do błota po drodze, niszcząc lusterko ramieniem. Schowałem się za przednim siedzeniem i wyjąłem z niego trochę waty, i włożyłem ją do uszu. Wyjąłem z kieszeni telefon i szybko wydzwoniłem do operatora prywatnej linii Fundacji. Skrzywiłem się poprzez lekki ból w kanalikach usznych.

— Za ile przyjedzie najbliższa jednostka? — krzyknąłem, nie oczekując na odpowiedź sekretarki.

— Wszystko co może już jedzie w waszą stronę, co się dzieje? — odpowiedziała przestraszona kobieta.

— Ktoś przyszedł przed nami. Słyszę dźwięk, który kojarzy mi się z tym, który słyszałem podczas prac nad SCP-PL-173, spodziewam się, że używają tego grzyba jako broni akustycznej. — Spojrzałem w rozbite lusterko. Znalazłem w nim oprawców ubranych na czarno w komicznie dużych słuchawkach. Wykańczali wijących się na ziemi z bólu powodowanego infekcją kanałów słuchowych agentów. Wiedziałem, że to jest ostatni moment na zaatakowanie złodziejów grzyba. Wychyliłem się zza auta, żeby strzelić w samochód. Prawie natychmiastowo przewróciłem się na plecy i poczułem ciepłą krew spływającą z dziury na wylot w mojego gardła. Chwilę później usłyszałem strzał.

— Cholera, cholera, cholera, cholera, Jerry, mówiłem ci, żeby zostawić tego faceta z pistoletem i żeby po prostu odjechać. — Zacząłem panicznie szukać magazynku do pistoletu. Wystrzeliłem prawię całą amunicję pozbywając się agentów okrążających dom. — Za dużo czasu już straciliśmy. Cały świat się dowiedział o lokalizacji grzyba, przez tą ich pierdoloną gazetkę internetową, każdy jest teraz za grzybem, gdyby nie to, że dowiedzieliśmy się o nim trochę przed nimi, to byśmy w dupie byli.

— Spokojnie — odpowiedział głos w telefonie. — Mieliśmy fuksa, że ten dom znajduje się praktycznie obok hodowli.

— Ja jestem prostym grzybiarzem-Neo Chopinowcem, takie akcje to nie dla mnie. — Obejrzałem się za sie,, kiedy usłyszałem w oddali syreny i śmigłowce. Czy to co mi kazałeś zrobić rzeczywiście zgubi helikoptery Fundacji?

— Upewniłem się, że nikt nie patrzył, podczas gdy to robiłeś. Jesteś bezpieczny. — odpowiedział z monotonią snajper przez telefon.

— Tak mnie wspierałeś, że prawie mnie ten karakan postrzelił! Nie po to płacimy A.R.G.U.S.-owi, żebyście odwalali taką gównianą robotę! Ciągle mi w uszach świszczy od tego strza… — Obróciłem kierownicę o 180°, wywracając van na asfalt, tworząc długi biały szlak startego białego lakieru na drodze.

— Co się stało? Wszystko ok? — Odpowiedział snajper z stłuczonego telefonu, który wreszcie zaczął się przejmować mną.

Wyjrzałem zza pojazdu. Gdyby nie pasy, leżałbym już dziesięć metrów dalej, i to mając szczęście, gdyby moje nogi nadal były przyczepione do tułowia. Nadal jednak było źle. Nie byłem w stanie się obrócić, więc nie wiem co dokładnie, ale coś przytrzasnęło moją nogę, nie czuje nic od prawego kolana w dół.

Moje starania wydostania się spod gruzów przerwał głośny szum pochodzący z megafonu, trzymanego przez już siwiejącego mężczyznę, który stał za barierą fioletowo-brązowej ściany grzybów. — Um… Jako przedstawiciel gałęzi PZGA, przejmujemy grzyba. Dziękujemy. — Przerzucił nogi przez barierę, z pewną trudnością ze względu na wiek i zeskoczył na asfalt, pozwalając kurtce majestatycznie powiewać na wietrze. Usłyszałem nad sobą kroki kilkunastu osób i podnoszenie z trudem metalu pojazdu. Bez słowa zaczął przeszukiwać samochód

— O kurwa, chłopaki! Grzyba nie ma! — Krzyknął.

Uśmiechnąłem się i zacząłem się śmiać. Wiedziałem, że moja akcja się powiodła. Po zabraniu grzyba samochód podmieniliśmy. Rzeczywisty samochód prawdopodobnie właśnie wjeżdża do miasta, gdzie ładunek znowu zmieni pojazd, by już na stałe się zmieszać z tłumem. Spojrzałem do góry, spoglądając na helikoptery kręcące się wokół mnie. Było ich tutaj tyle, że musieli się na nie nabrać. Grzyb został zabezpieczony.

33 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

27 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Czerwień. Szkarłat. Karmazyn. Koralowy. Podniosłem się w zimnym pocie z łóżka, zakrywając twarz dłonią, próbując nabrać powietrza. Czułem się źle, nie miałem w końcu na sobie hełmu. Rozejrzałem się, byłem w jakimś szpitalu, poznawałem to skrzydło, to był szpital Fundacji. Pośpiesznie zacząłem szukać mojego hełmu, prawie spadłem z łóżka podczas poszukiwań. Znalazłem na blacie telefon, a obok niego mój dziurawy od kuli w głowę hełm. Zaprawdę bronił on moją rodzinę już od generacji.

— Mość pan ja. Coś mnie ominęło? — Krzyknąłem do słuchawki po wybraniu numeru do operatorki. Jak zwykle musiałem mówić bardzo głośno, bo mikrofon miał problemy z wykryciem mojego głosu zza metalu.

— Dobrze wiedzieć, że się obudziłeś. Gdyby nie to, że miałeś na sobie hełm to byś był już trup. Właściwie to byłeś trupem przez kilka minut. Kula dostała się do twojego mózgu, ale tylko częściowo, bo ta blacha ją znacznie spowolniła. Gdyby nie hełm to przeleciałaby ona kompletnie na wylot lub na stałe zniszczyłaby twój mózg. Musieliśmy ciebie też leczyć z infekcji SCP-PL-173, ale była ona taka minimalna, że udało się ją wyleczyć w kilka dni. Twój partner nie miał szczęścia.

— Takie upokorzenie… Któż mnie zaatakował? Któż był tym niehonorowym ścierwem? Jakbym tylko wiedział o nim, to bym go mieczem mojego pra-pra-pra-pra-pra-pra dziada zaszlachtował.

— Zdaje się, że jedna z gałęzi Chopinowców, nie wiadomo która zaatakowała agentów, którzy próbowali odzyskać grzyba. W drodze powrotnej, kilku agentów PZGA próbowało im tego grzyba podebrać, ale pomylił im się samochód. My wcale mądrzejsi nie byliśmy i też nam się samochód pomylił. Wyłapaliśmy PZGA i aktualnie trzymamy ich w tej samej placówce co ty teraz jesteś. Niestety auto z grzybem wmieszało się w ruch porannych samochodów jeżdżących do pracy, więc kompletnie ich zgubiliśmy.

— A co z dziewką zwaną Barbarą Kopeć? Odnalazła się? — Zapytałem z ciekawości. Nie wiedziałem jeszcze, jakie życzenie zostało spełnione jako pierwsze.

Głos w telefonie nie odpowiedział od razu. Jedynym, co przerywało ciszę, był głośny odgłos świszczącego nad moim uchem wiatraka

— Kto? — Odpowiedziała głupio operatorka.

— Ta dziewka co grzyb pierwsza zjadła i życzeń zużyć musiała.

— Mamy problem. — Operatorka była doświadczona. Wiedziała, że tego sytuacje rzadko kiedy tutaj są nieanomalne. — Nikt z nas nie zna imienia tej osoby. Galat, jesteś pewien, że po prostu kula w głowę ci coś w niej nie poprzekładała? Bo jeśli nie, to mamy pewien kłopot.

?? DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

?? DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Dziwne było miejsce, w którym się znalazłam zaraz po połknięciu grzyba. Nie było ono ani ciemne, ani lepkie; było w nim zarówno wszystko i nic; było ono jakby suche i zarówno mokre. Nic nie zdawało się mieć sensu, perspektywa i proporcje jakby nie działały. Co się stało z mężczyzną, który mnie zaatakował? Pomyślałam o tym, że chcę stąd wyjść i zauważyłam przed sobą strumień światła, wiodący do głuszy leśnej. Wyczołgałam się przez niewielką dziurę, wychodząc do jakiegoś lasu. Nie wiedziałam, gdzie jestem i jaki jest dzień tygodnia. Obejrzałam się za siebie i znalazłam dom, praktycznie nowy i w typowym polskim stylu architektonicznym. Było zimno, a ja miałam na sobie jedynie bieliznę i koszulę, więc zastukałam do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Wprosiłam się do środka, jako iż drzwi były otwarte. Byłam zmęczona, więc wlazłam do łóżka. Jestem pewna, że zasnęłam przed nawet uderzeniem w materac łóżka.

Następnego dnia po prostu otworzyłam oczy, nałożyłam szlafrok i skierowałam się do łazienki, tak jak to robię codziennie. Sama zapomniałam o tym, co się wydarzyło. Pełne wybudzenie się zajmuje mi około 7 minut. Dopiero po prysznicu przypomniałam sobie, że to nie mój dom. Skierowałam się do kuchni. Była ona nietknięta od wczoraj, może nawet przedwczoraj, cholera wie, ile spałam.

Zaraz… Skąd się właściwie wziął ten szlafrok? Nie przypominam sobie, by był przy łóżku przed położeniem się. Cóż, byłam zmęczona, możliwa jest pomyłka, mógł on tam po prostu leżeć niezauważony.

Spojrzałam do lodówki, była pusta. Czy to może oznaczać, że już od jakiegoś czasu nikogo tu nie ma? Raczej nie. Tylko w filmach tak pokazują, że jak ktoś opuszcza dom na dłuższy czas to lodówka zostaje pusta; gdyby rzeczywiście długo tutaj nikogo nie było to pewnie znalazłabym chociaż mocno przeterminowany jogurt, który mogłoby już zapachem podejść pod broń chemiczną. Spojrzałam za siebie, na blacie leżał już cały stół szwedzki. Wystraszyłam się, ale nie miałam energii, by wchodzić na krzesło i krzyczeć na nawiedzające mnie jedzenie. Po prostu przysiadłam się do stołu i zaczęłam jeść.

Było całkiem dobre.

Wtedy zaczęłam coś podejrzewać, chciałam coś sprawdzić. Wysunęłam rękę i pomyślałam o ładnych ubraniach. Takie też pojawiły się przede mną. Szybko pobiegłam z powrotem do pokoju, w którym spałam i wysunęłam prawą rękę, złapałam ją trochę powyżej łokcia lewą ręką i się skupiłam.

Utworzyłam przed sobą dwie postacie męskie, jedną dorosłą, drugą dziecięcą, uśmiechnęłam się ze szczęścia na ich widok. Szczęście jednak szybko zamieniło się w grozę, gdy ujrzałam, w co się zmieniły. Nie wypowiedziały do mnie swoim słodkim głosem „mamo” czy też „Basiu”. Wyglądali oni identycznie, ale czegoś brakowało. Brakowało duszy. Machnęłam szybko ręką, dekapitując obie postacie i pobiegłam szybko do łazienki, by zobaczyć resztki stołu szwedzkiego w kiblu.

— Ten grzyb. — Podniosłam głowę znad deski klozetowej. Co się stało z tamtym grzybem? — Zaczęłam panicznie przerzucać do góry nogami dom, próbując znaleźć jakiekolwiek resztki po grzybie. Próbowałam też stworzyć grzyba swoimi nowo znalezionymi zdolnościami, ale to się nie udało. Zaczęłam się domyślać, jakie właściwości mógł mieć ten oto borowik. — Nie ma. Nie ma. Nie ma!

Uderzyłam w ziemie najmocniej, jak umiałam. Byłam wkurwiona, dostałam drugą szansę na ocalenie ich, a zmarnowałam ją na jakieś pierdolone zdolności paranormalne. Na deskach podłogowych pojawił się włączony, świecący oślepiającym światłem monitor. Na ekranie pokazało się forum internetowe. Zaczęłam czytać.

— Wondergrzyb? Grzyb spełniający życzenia? A więc to miałam? — Zatrzymałam na chwilę —Zmarnowałam to na jakieś głupie życzenie?

Nie… To nie chwila na bycie mazgają, ten tutaj artykuł mówi o tym, że grzyb jedynie spełnia życzenia podczas pełni. Po prostu muszę go z powrotem zabrać do czasu następnej pełni. Spojrzałam na ekran i rozpoczęłam uważną lekturę.

— Polski Związek Grzybiarstwa Anomalnego… Przydadzą się. Powinni być dużo lepsi ode mnie w polowaniu na grzyby. — Złapałam za ubrania leżące na ziemi i otworzyłam drzwi. Stuknęłam nogą o ziemię, tworząc przed sobą lewitujące w powietrzu drewniane, niebieskie drzwi.

33 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

27 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Pierdolicie — nie dowierzał pojmany agent PZGA.

— Nie czas na krotochwile, złoczyńco! Wspólnego przeciwnika mamy i proponujemy wam, parszywym i niegodziwym grzybiarzom, tymczasowy sojusz! — Uderzył pięścią w stół Sir Galat z siłą, która sprawiła, że nawet jego hełm zawibrował. — Pozostały 2 życzenia na tym grzybie! Nawet taki plebs jak ty powinien wyobrazić sobie niebezpieczeństwo sprawy!

Przesłuchiwany zatkał uszy przed stłumionym spod hełmu krzykiem. — Rozumiem, rozumiem. Ale ty jednak chyba już nie rozumiesz. Tak, to prawda, przewodzę gałęzią zapobiegania sytuacji kryzysowych, więc mam spore udziały w PZGA, ale to nadal nie zmienia sprawy, że mimo takowej rangi nie jestem w stanie podjąć takiej decyzji samodzielnie. Nie wspominając, że jeszcze do nie dawna nawet nie wiedzieliśmy o tym, kim dokładnie jesteście. Wiedzieliśmy, że ktoś nas nie lubi i próbuje się nas pozbyć, ale nie mieliśmy o was jakichkolwiek dotychczas informacji i te same osoby, które anonimowo nam kłody pod nogi podkładały, nagle próbują się z nami zakumplować? To się kupy nie trzyma.

— Giermku! — Krzyknął Sir Galat do człowieka sterczącego przy drzwiach, patrzącego na zegarek. — Daj mu możliwość skorzystania z telegramu w tym momencie!

„Giermek” podszedł do stołu, wpisał szybko 9 cyfrowy kod na telefonie i odłożył go na stół, po szybkim upewnieniu się, że nie ma żadnych niepotrzebnych okien otwartych w tle. Przesłuchiwany przyłożył zgięty palec do ust i obserwując ekran telefonu, klikał palcem na ekran co minutę, by zapobiec wygaszeniu telefonu, zaczął się zastanawiać. Po około 10 minutach podniósł telefon i szybko wpisał numer. Wszyscy w pokoju usłyszeli pierwszy sygnał…

Drugi sygnał…

Trzeci sygnał…

Czwarty sygnał…

— Mieciu z tej strony — zaczął monotonnym, beznamiętnym głosem mówić pojmany agent po odebraniu telefonu po drugiej stronie. — Zidentyfikowałem tę grupę, która za nami goniła już szmat czasu. Mam pewien problem z nimi, proponują nam współpracę w poszukiwaniu wondergrzyba. Przekaż to sam wiesz komu, ta decyzja powinna należeć do niego.

Po wypowiedzeniu tego wszystkiego na jednym wdechu, odłożył słuchawkę z powrotem na stół i zaczął wyczekiwać na odpowiedź wpatrując się w stół zza splecionych dłoni. Chwilę później ją dostał:
— Prezes się zgadza, pod warunkiem, że będą w środę.

— Oczekuję owocnej współpracy i zapraszam na dożynki za cztery dni — odpowiedział pośrednik. — To by było chyba na tyle.

— Stójże nicponiu — zatrzymał go Sir Galat. — Barbara Kopeć. Czy znasz tę dziewkę? Szansa jest na to, że należy do waszego zbiorowiska szarlatanów.

— Nie wydaje mi się. Może należy do innej gałęzi? Dopytasz się w środę — odpowiedział przeciągając się i będący gotowym na wyjście z pomieszczenia.

37 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

24 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Nie podoba mnie się ta koncepcja. Nawet jak pochodzi od mego Lorda!

— Masz na myśli dyrektora sprawy SCP-PL-275? — Zapytał nowy zastępca Sir Dr. Galata — Też nie jestem osobistym fanem współpracowania z PZGA. Do niedawna nawet nie wiedzieli, kim jesteśmy, a my od razu przeszliśmy na znajomość z nimi. Fundacja rzadko kiedy lubi się kolegować z różnymi organizacjami. Zwykle sytuacja jest nadzwyczajna już wtedy, kiedy jesteśmy wobec siebie neutralni i sobie nie przeszkadzamy, nie wspominając nawet o pomaganiu sobie nawzajem

— Skądże! To nie to jest mną koroną cierniową — krzyknął głośno Sir Galat.

— A co? — Zapytał szczerze ciekawski nowy asystent Sir Galata.

W samochodzie zrobiło się cicho, zdawało się, że nawet ruch opon ucichł. Godzimir czuł się jakby cały świat się zatrzymał na pół sekundy.

— Serio sądzisz, że Fundacja zamierza podzielić się pozostałymi dwoma życzeniami po równo? — Powiedział poważnie i melancholijnie, świecąc oczami zza swojego dziurawego hełmu. Po raz pierwszy nie nałożył na siebie sztucznie dialektu.

Godzimir nie odważył się zabrać wzroku z drogi. Próbował zawsze być poważny wobec swoich przełożonych, ale od kiedy został przydzielony do Sir Dr. Galata, po śmierci jego asystenta zaczął on w tę zasadę wątpić. Poczuł się, jakby zrobił błąd.

— To byłoby niehonorowe! — Krzyknął i podniósł pięść do góry. — Legendarny Sir Dr. Galat nie zamierza być Faryzeuszem!

— Sir Galacie — powiedział Godzimir pośpiesznie. — Za kilka minut będziemy na miejscu. Chce, żebyś mnie posłuchał. Ta organizacja dziennikarska Koigarezaki, za nami nie specjalnie przepada. Więc mamy teraz lekki problem. W swojej gazetce oznajmili, że pewnym indywidualistom lub grupom będą dawać pewnego rodzaju informacje i wskazówki o pozycji grzyba. Traktują siebie niczym jury tej wojny. Podobno nawet dają małe wskazówki o lokalizacji grzyba tylko po to, by utrzymać zainteresowanie tą wojną. Powinniśmy być ostrożni. Mogli spokojnie dać komuś lokalizacje, by się pozbyli kolaborantów i nawet nas samych. Jest też jeszcze jedna sprawa, która mnie niepokoi. Jest ta pani Barbara Kopeć, o której wspomniałeś. Zakładając, że kula w mózgu nie włożyła ci do niego fałszywych informacji, to oznacza, że wszystkie żywe osoby o niej zapomniały, albo została kimś, kto może manipulować informacją lub nawet rzeczywistością jak żywnie jej się podoba. Tak na oko byłby to manipulator rzeczywistości klasy VI-VIII, wyższy nawet, jeśli grzyb na początku dał mocnego kopa w dupę na krótki czas, żeby wymazać jej istnienie z całej bazy danych. Wtedy mamy problem. — Godzimir zatrzymał się na drodze, przez którą akurat przebiegało jakieś niewielkie zwierzę. — Jeśli tak rzeczywiście jest, to powinniśmy się modlić, że tym swoim życzeniem wykonała wszystko, co chciała i już go nie szuka. Bo jeśli nadal poluje na grzyba, to jest duża szansa, że prędzej czy później ją zobaczymy i specjalnie walka z osobą, która pstryknięciem palca byłaby w stanie niszczyć miasta, mi się dobrze nie widzi. Pamiętasz ciągle jej twarz?

— Oczywiście. Ludzie wspaniałego rodu Galata nigdy nie zapominają.

— W takim razie rozglądaj się za nią. Możliwe, że jest członkiem PZGA. Jak ją zobaczysz, to się na spokojnie wycofaj, nie wchodź w dyskusje lub walkę z nią. Uważaj też na wszystkich innych podejrzanych. Fundacja jest przez wielu nie lubiana.

— Spokojnie. Jak bardzo darski dziś chciałbym być, to jednak pamiętam, że muszę się zakryć. Jednakże, jeśli zostanę zaatakowany podczas bury to i tak osiągnę prestiż i zwycięstwo. — Sir Dr Galat odkrył płaszcz pokazując pochwę z mieczem. — Muszkiet mi nie straszny, widziałem w filmie japońskim, jak podczas fechtunku wojowniki kule mieczem rozcinały, imitować mi takich wyczynów nie zaszkodzi.

— Proszę powiedz, że masz ze sobą chociaż pistolet — powiedział przegranym głosem Godzimir.

— Ta tchórzowska broń? Chłepcze ja tutaj nie dla bawy jestem, jestem wystarczająco baczliwy, by chociaż tyle wiedzieć.

— Proszę, tylko nic nie spartol. Jesteśmy na miejscu — oznajmił bliski płaczu Godzimir.

Wyszliśmy z samochodu. Nie było tutaj żadnego parkingu. Wszystkie samochody były po prostu poustawiane tak jak przyjechały. Na ziemi leżały różne rowery, puszki i tym podobne. Na środku wydarzenia paliło się duże ognisko. Na jednej z masek samochodów był niewielki głośnik bluetooth, który puszczał nieproporcjonalnie głośną do swojego rozmiaru muzykę disco polo. Ludzie tańczyli, podsmażali podgrzybki i chlali. Dożynki wyglądały jak wiele rzeczy, ale nie jak sekretne zebranie grupy anomalnej.

— Godzimirze — Sir Dr Galat odezwał się poważnie, wysiadając z auta. — Nie jestem pewien czy będę w stanie trzymać swoją złość tutaj.

— Schowaj hełm, jesteśmy zaproszeni, ale wolałbym się nie wyróżniać — doradził Godzimir. — Może i jest bezpiecznie, ale nie może być za bezpiecznie.

Sir Galat z prawdziwym bólem na twarzy zdjął hełm, ukazując swoją blond grzywę.

— Zróbmy to najprędzej. Nie zamierzać marnować sekundy tutaj — powiedział szybko z niepewnością w głosie.

37 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

24 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Po przejściu przez utworzone przez siebie drzwi zdałam sobie sprawę, że teleportacja nie jest wcale prosta. Musiałam kilka razy przeskoczyć przez drzwi, by skończyć tam, gdzie trzeba. Raz nawet zakończyłam gdzieś pod ziemią. Po długich próbach udało mi się jednak zakończyć dokładnie tam, gdzie chciałam. Gdy już byłam na miejscu, to łatwo było zmieszać się z tłumem. Dożynki są mniej więcej sekretne. Nie spodziewają się tutaj osób niechcianych.

Spojrzałam na zegarek, była dziewiąta. Miałam trzy godziny do ogłoszenia nowego agenta. Schowałam się w lesie i wykreowałam jakiegoś grzyba, po czym zapytałam się pijanego faceta komu to dać i poszłam do jednego namiotu.

— Następny! — Powiedział starszy mężczyzna za biurkiem zawalony po uszy skrzynkami grzybów i papierami, w których zapisywał nazwiska i znaleziska. — Co masz?

— Nieznany dotychczas rodzaj grzyba — Pokazałam mu co przyniosłam. Miał on około pół metra wysokości. Dopiero teraz go zobaczył, jako iż wcześniej nie podnosił on głowy znad biurka.

— Całkiem spory — odpowiedział melancholijnie.

— To nie wszystko. Proszę zobaczyć. — Złapałam za kapelusz grzyba i nacisnęłam. Grzyb się zaświecił i wystrzelił niebieski laser w niebo, przedziurawiając namiot. — Co ty na to?

— Nie mogłaś po prostu zrobić tego na zewnątrz? — Westchnął. — Imię i nazwisko?

— Barbara Kopeć — Dopiero po powiedzeniu imienia i nazwiska zdałam sobie sprawę, że nie powinnam dawać pełnego imienia.

— Oczekuj odpowiedzi, ale ostrzegam, wygranie tegorocznych dożynek prostych nie będzie. Nawet jeśli odkryłaś dotychczas nieznanego półmetrowego grzyba. Następny!

— Czemuż to nie przyszli później — skomlał Sir Galat. — Czekamy i nic nie robimy.

— Zdobycie informacji jest ważne — odpowiedział częstujący się paluszkami Godzimir.

— Brak był trzeźwych pogawędek przez już prawie 3 godziny. Zaczynam czuć objawy globusa — narzekał Sir Galat, który cieszył się, że wreszcie może porozmawiać z trzeźwą osobą.

— Dożynki się zaraz zaczną. Proszę ciszej — dobiegł głos z namiotu, w którym przez ostatnie kilka godzin dawano skrzynki grzybów.

— Wreszcie paknięli czekał dłużej, toż bym zaczął tu tańczyć galardę — odwrócił się do sceny Sir Galat.

Przed jedynym na dożynkach namiotem został postawiony taboret. Mężczyzna, który go tam postawił, wymienił się uściskiem ręki ze starszym już, znudzonym człowiekiem, który stanął na meblu.

— Yyyyy… Dziękuję wszystkim za przyjście na dzisiejsze dożynki. — Mężczyzna odsunął głowę od mikrofonu, ziewnął i zaczął narzekać. — Cholera jasna, czemu musimy to robić tak późno. — Z powrotem przyłożył mikrofon do ust. — W tym roku mamy dużo nowych twarzy i dużo świetnych grzybów. Wybranie jednego z nich i jednego zwycięzcy było bardzo trudne. Mimo to zwycięzcą jest… — Cisza. — Grzesiu werble proszę cię, do cholery jasnej.

Grzesiu zaczął uderzać rękami o kolana. Był to zaskakująco głośny dźwięk.

— Barbara Kopeć! — Zawołał.

Sir Galat zastygł, Godzimir spojrzał szybko na swojego przełożonego i potrząsnął go za ramię. Wiedział, że jeśli tego nie zrobi, to ten zrobi coś głupiego.

— Godzimir. Dwie teorie o tej niegodziwej dziewce były, że albo informacje zatajała grzybem, albożem półbogiem została. — Zrobił przerwę. — Abychom w dupię przebywamy. Jeśli prawdziwie jej jedyny cel byłoby informacje o sobie zatajenie. To w ten tłum by nie wlazła. Została teoria druga.

Sir Galat pobiegł do lasu, by wykonać telefon.

Starszy mężczyzna zaprosił mnie do namiotu, widać było, że chciał to jak najszybciej skończyć.

— Gratulacje. Zostałaś właśnie wstępnym agentem Polskiego Związku Grzybiarstwa Anomalnego. To, w czym uczestniczyłaś wcześniej, to, można powiedzieć, było grzybiarstwo hobbystyczne. Prawdziwa sprawa zaczyna się jednak dopiero teraz. W ciągu następnego tygodnia zostaniesz wybrana do jednej z czterech dostępnych dla ciebie gałęzi. Gałęzi pozyskiwania grzybów, badań naukowych, sprzedaży i zapobiegawczej. Jest tak naprawdę 6 gałęzi, ale 2 z nich są dla ciebie niedostępne na ten moment. — Starszy człowiek złapał mnie za rękę i otworzył dłoń, i położył na niej mini muchomora i telefon z klapką. — Dla każdego jest to zwykły, niewyrośnięty muchomor, jednak dla nas specjalistów jest to znak, po którym jesteśmy w stanie się nawzajem rozpoznać, nie do podróbki grzyb. Też nie psuje się, co jest dodatkowym plusem. To jest też twój telefon służbowy, nie używaj go do kontaktów z innymi niż PZGA. Normalnie jeszcze powiedziałbym ci o organizacji, która nam często, gęsto przeszkadza w działaniu, lecz nie tylko niedawno co odkryliśmy o niej niemało, ale też weszliśmy z nimi w współpracę. Nie rób nic, co by ją zerwało. Postaraj się. Możesz iść.

Uznałam, że to nie jest dobry moment na wyjawianie swoich prawdziwych intencji.

— Dziękuję.

Wyszłam.

— A więc nie był to twój wymysł — powiedziała operatorka linii telefonicznej do Sir Galata. — Wyślemy kogoś, żeby ją śledził. Ale teraz jesteśmy na kontaktach przyjaznych z PZGA. Biorąc pod uwagę, że została ich agentką, to nie możemy wiele na ten temat zrobić.

— Prawiłem wam, sojusz z tymi chuliganami jest istnie nieprawidłowy.

— Do widzenia — rozłączyła się szybko operatorka, jakby miała przeczucie, że jeśli tego nie zrobi to, będzie się męczyła godzinami rozmową z Sir Galatem.

— Galat! Ona już wyszła! — Krzyknął zdyszany Godzimir, który podbiegł do swojego przełożonego, by podzielić się swoją obserwacją.

— Zatrzymać nierządnicę! Idź za nią! — Odpowiedział Galat wiedząc, że może krzyczeć, jako iż jest tłumiony przez głośną muzykę. W jego głosie nadal brzmiała nuta niepokoju, spowodowana brakiem hełmu na głowie, w związku z czym Galat pobiegł do samochodu.

"Tak daleko powinno być wystarczająco", pomyślałam, rozglądając się, czy nikt nie obserwuje mojego powrotu do domu. Tym razem bez żadnego ruchu ciała utworzyłam lewitujące drzwi, będąc gotowa, żeby przez nie przejść.

— Stójże ladacznico! — Krzyknął ktoś z lasu. Obróciłam się, by go zobaczyć. Ten jednak miał na sobie płaszcz i… hełm rycerza? — Jawnogrzesznico, wyzywam cię na pojedynek. Niestety nie jestem w stanie ci oddać mojego fantastycznego imienia.

Godzimir przeklął w pobliskim krzaku. Pracował wystarczająco krótko z Sir Galatem, poznał go dopiero kilka dni temu po śmierci jego asystenta. Wiedział, że uważa on honor za zbyt ważny i że nie ugnie się przed osobą, którą on uważa za niehonorową i tym bardziej kobietą. Zaczął się zastanawiać jak, go wyciągnąć z tej sytuacji. Zastanawiał się czy nie powinien wyjść z krzaków i nie spróbować przedyskutować litości. Manipulacja rzeczywistością często przychodzi razem ze skłonnościami megalomańskimi, ale może jeszcze ta osoba się w nich wystarczająco nie zanurzyła i ciągle miałaby problemy z zabiciem istoty ludzkiej.

Barbara wykonała od niechcenia szybki ruch ręką i cała lewa strona Sir Galata zaczęła się rozpadać na pół, wypuszczając ze wszystkich ran czarne i ruszające się same z siebie ciernie. Sir Galat krzyknął wniebogłosy.

Godzimir złapał się za usta w przerażeniu. Spodziewał się, że osłona ciemności chociaż trochę go ochroni przed wzrokiem manipulatorki rzeczywistości. Wycelował on rewolwerem w stronę Barbary i pociągnął za spust 3 razy. Ku jego zaskoczeniu, jeden z pocisków trafił w szczękę, dwa inne zostały jednak zablokowane poprzez niewidzialną barierę.

W złości manipulatorka rzeczywistości wyciągnęła prawą rękę w stronę Godzimira, przygotowując coś zapewne okropnego. Wstał z krzaków; oprawczyni na pewno już wiedziała, gdzie jest. Krycie się by mu nie pomogło. Jedyne, co mu zostało, to uciekać. „Póki jestem poza zasięgiem jej wzroku, mam ochronę przynajmniej przed jakąś natychmiastową śmiercią”, pomyślał. Nadal był on jednak w niebezpieczeństwie, bo Barbara była wystarczająco potężna, by przywołać chociażby rozszczepione atomy i pozwolić, by eksplozja się go pozbyła, a siebie przeteleportować z tego miejsca lub utworzyć barierę, która wytrzymałaby promieniowanie i eksplozję. Godzimir potknął się i upadł twarzą w błoto, zamknął oczy i skulił się, nie był jeszcze gotowy na śmierć. Ledwo żywy Sir Galat podniósł się z ziemi, drżąc z agonii. Wyglądał teraz straszniej, niż większość filmowych zombie. Złapał resztką sił za swój oręż i zaczął biec na dwróconą do niego tyłem manipulatorkę rzeczywistości, krzycząc:
— Jiścić trza! — Jednym zamaszystym ruchem, odrąbał jej rękę, która była wycelowana w stronę Godzimira. Manipulatorka rzeczywistości potknęła i wpadła do otwartych przez siebie drzwi.

Godzimir, który zauważył, że jeszcze nie umarł lub nie jest w niewyobrażalnych katuszach wyjął szybko telefon. Sir Galat wymagał pomocy medycznej i wymagał jej teraz.

Spadając przez drzwi, uderzyłam tyłem głowy w podłogę. Miałam szczęście, że nie straciłam przytomności, póki jestem na jawie mogę zawsze uleczyć swojego kikuta. Złapałam za resztki ręki, która zaczęła się regenerować w tempie natychmiastowym. Czy powinnam była wrócić i dobić wariata-rycerza? Specjalnie zaatakowałam go w taki sposób, żeby nie umarł. Teraz już wiedziałam, że nawet, jeśli jestem praktycznie półbogiem, to nadal nie umiem przewidywać przyszłości. Muszę nadal uważać na wszelkiego rodzaju ataki z zaskoczenia, bo nadal mogę umrzeć, jeśli po prostu stracę przytomność od kija bejsbolowego w tył głowy. Co do tego, który mi odciął rękę, to go na ten moment zostawię przy życiu. Nie wiem, czy był z Fundacji, czy też ze Związku; nie powinnam była nikogo na ten moment zabijać, tymczasowo mam użytek na obie strony. Co prawda, jeśli zobaczę go znowu i znowu, będzie on mi stał na drodze to tym razem nie dam mu litości. Jeśli będę w stanie użyć kogoś innego by zdobył grzyba, żebym mogła go zabrać dla siebie chwilę przed pełnią, będę miała zapewnione zwycięstwo.

41 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

20 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Muzyka. Co to właściwie jest? Czy jest to prosta struktura dźwięków w czasie? Zbiór dźwięków ułożonych w różnej melodii, rytmie, harmonii i dynamice? Nie… Czegoś brakuje. Brakuje jakiegoś ważnego elementu. Ach…

Kap, kap, kap. Moje bandaże na szyi znowu opadły, znowu zacząłem się drapać. Ale za to miałem okazję posłuchać melodyjnego rytmu kropel spadającycch na drewnianą podłogę.

Nic na to nie poradzę, muszę się drapać. Patrząc w czarną powierzchnie fortepianu widzę twarz moją —twarz Szopena.

Położyłem twarz na klawiszach pianina, tworząc tym głośny, nieharmonijny dźwięk. Czy to jest muzyka? Nie. To nie jest muzyka. Brakuje harmonii.

— Jak myślisz panie grzybie, czym jest muzyka? — Fryderyk Lina przekręcił twarz w stronę grzyba słuchającego jego audycji z widowni. Grzyb nie odpowiedział. Głos kompozytora odbił się echem po pustej sali koncertowej — Zastanawiam się… Na co powinienem użyję twojego następnego grzyba, pierwszego użyje, by przyzwać zza grobu nieśmiertelnego i jedynego wielkiego kompozytora. Ale co zrobię jako drugie? Nie wiem.

Ściągnąłem bandaż z szyi, by ułatwić sobie drapanie, pozwoliłem krwi spłynąć na ziemię. 20 dni. Zostało jedynie 20 dni, grzybie. Za 20 dni przyrządzę z ciebie najlepszą potrawkę, jaką widziałeś w historii.

47 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

14 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Zbychu, ty mnie nie wkurwiaj! Widziałeś kiedyś jaki ten Yaldabaoth ma zęby? Chaps i ot tak! Kamień na kamieniu nie pozostanie — zaczął krzyczeć mój ojciec Jarosław. Był on, od kiedy pamiętam, fanatykiem wszystkiego, co anomalne. Aktualnie kłócił się ze swoim znajomym o to, który bóg jest najfajniejszy. Obaj byli ateistami, żeby było to jasne.

— Kurwa Ferdek, pizgnął ci kto kiedy? Mekhane po 800 kilometrów ma, twoja yabba dabba du to może mekhane naskoczyć! — Odpowiedział jego znajomy, który już od kiedy ojciec dał mi moje własne zabawki od Dr. Wondertainmenta, przychodził do nas nawet na Wigilię. Byli oni prawdziwymi kumplami, chodzili co tydzień do lasu po anomalne grzyby lub nad bajorko, by wyłowić anomalne ryby. Zbyszek podobno nawet raz próbował zrobić Polski Związek Anomalnych Wędkarzy, ale mu coś nie poszło.

— Co ty mi o Mekhane pierdolisz, jak ledwo jego ucho potrafili kultyści od Fundacji wyciągnąć! — Zaczął nakręcać się ojciec. Ostatni raz, kiedy był tak nakręcony, to jak nauczyłem go, jak korzystać z internetu, a ten zaczął całymi dniami siedzieć przed monitorem i czytać o okultystycznych rytuałach i tym podobnych. Próbowałem go odciągnąć od komputera poprzez zrobienie konta i pisanie mu losowych rzeczy typu „sarkiści jedzo guwno”, ale ten przez to jeszcze dłużej przed monitorem ślęczał i jeszcze do tego cały dzień darł ryja, że "Mekhane to królowa miejskiej dżungli frędzlu ty!"

Zbyszek nie wytrzymał i pizgnał ojca. Ten upadł na dywan z niedowierzaniem; jedyne, co był w stanie wypowiedzieć, to „o kurwa”. Podniósł się i rozpoczął zapasy ze znajomym na dywanie. Próbowałem ich zatrzymać, a ci równocześnie tymczasowo przestali się lać, by na mnie nakrzyczeć, że to sprawa pomiędzy „mężczyznami”, dali mi z liścia po czym powrócili do zapasów.

Po pięciu minutach Zbychu się podniósł z dywanu nałożył kurtkę i wyszedł bez słowa. Przedpokój był jedynym pomieszczeniem, który w pełni się znajdował w naszej rzeczywistości, więc cieszyłem się, że podczas gorącego argumentu jeden z nich przypadkiem nie strącił kotwicy rzeczywistości z parapetu, bo byśmy (znowu) siedzieli w innym wymiarze kilka tygodni. Przyniosłem ojcu lód na ból. Przyłożył go do czoła i wyjął tablet, żeby przeczytać e-gazetkę. Oznajmił, że pokaże Zbychowi, który bóg rzeczywiście jest najlepszy.

— Ale jak? — Zapytałem.

— Wondergrzybem. Pakuj się Przemek, jutro wychodzimy na bitwę.

Następnego dnia, o wczesnej godzinie, ojciec wysłał mnie po kupienie nie jednej skrzynki sikacza, lecz kilkunastu; niestety domyśliłem się co on planuje. Nie byłem w stanie zobaczyć tego czynu, ale podobno kilka dni później utworzył gigantyczną armie żuli i gimbusów, każdemu oferując po skrzynce za „wandalizm i kradzież pewnego przedmiotu z pewnego budynku”.

54 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

7 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Położyłem z powrotem ręce na fortepianie po skończonej próbie. Zostało jedynie 7 dni. Za 7 dni, podczas wielkiego koncertu, przywołamy naszego mistrza.

— Panie Fryderyku? — Doszło do mnie przenoszące się przez powietrze pytanie — Mamy problem… Koigarezaki wydało o nas kolejny artykuł.

— Co z nimi? Nie powinni mieć z nami kłopotów. Nie lubimy się z Fundacją.

— Powiedzieli tutaj, że zamierzają chwilę przed końcem naszego występu — Przerwał na chwilę — ogłosić, gdzie grzyb aktualnie się znajduje.

Dlaczego? Byłem pewien, że ta organizacja była całkiem neutralna wobec nas…

Czy to możliwe, że po prostu próbują wywołać konflikt, żeby jak najwięcej czytelników zdobyć? Cholera jasna, te dzisiejsze media.

Zacząłem się drapać po szyi.

— Niech będzie. Nasz plan pozostaje taki sam. Będziemy po prostu mieli nieco większą i aktywniejszą widownię. — Odwróciłem się od rozmówcy, spoglądając w niego moją przepiękną twarzą. — Idź. Muszę ćwiczyć przed koncertem.

57 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

3 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Jak? — Nie dowierzał Godzimir.

— Wigor młodzieńcze! Wigor. Żadne ranienie mi nie groźne.

— Ktokolwiek go zranił — przerwała pielęgniarka — zrobił to w sposób taki, żeby mu zapewnić stuprocentową szansę na powrót do zdrowia w jak najbliższym czasie.

Godzimir zaczął się zastanawiać. „Czyżby po prostu Barbara uważała, że jest on członkiem Związku i że może się on przydać podczas szturmu na Chopinowców?”

— W takim razie giermku? Kiedy nabieg po Grala? — Sir Galat z powrotem nałożył na siebie hełm i zaczął masować swoje dłonie.

— Jutro. Obudziłeś się akurat na czas. Planowaliśmy już zbierać specjalistę od grzybów z Niemiec, żeby ten za ciebie grzyba zidentyfikował zaraz po akcji. Potrzebujemy jak największej ilości jednostek, Koigarezaki ma zamiar powiedzieć, gdzie ich szukać, kilka godzin przed jakimś ich tam występem. Normalnie pewnie by ten news przed nami ukrywali, ale przez to, że jesteśmy z PZGA, to powinniśmy być w stanie dowiedzieć się tej informacji.

— Zacnie! — Krzyknął.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

9 GODZIN DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Jak myślisz? Będziemy na akcji? — Zapytał Godzimir. — Po całej Polsce mamy porozmieszczanych agentów, czekających tylko na news od Simbuna o tym, gdzie aktualnie się grzyb znajduje. Równie dobrze może się on znajdować po drugiej stronie Polski. Mam nadzieje, że nic dla nas szczerze nie zostanie, cały ten konflikt mnie wykańcza.

— Bojaźń pokornych opcją. My nimi nie jesteśmy.

— To chyba normalne, że próbuję uniknąć konfliktu. Jedyny powód, dla którego żyjesz, to to, że tamta manipulatorka rzeczywistości ci na to pozwoliła. Najprawdopodobniej też za grzybem goni. Po tym, co jej ostatnio zrobiłeś, to następne spotkanie pomiędzy wami prawie na pewno zakończy się twoją śmiercią. — Godzimir przestał mówić, poczuł bowiem wibracje w swojej prawej kieszeni kurtki: ktoś do niego dzwonił. Nie wiedział jednak, kto to był, gdyż dzwoniono z zastrzeżonego numeru. Przeprosił Sir Galata i wyszedł, by odebrać telefon.

— Halo? — Zapytał Godzimir.

— Zdajemy sobie sprawę kontaktów naszych i Fundacji — zaczął powoli mówić z silnym akcentem dzwoniący — ale po zakończeniu rozmowy zostaną wysłane ci koordynaty, następnie zostanie zablokowany twój numer telefonu w sposób taki, że nie będziesz w stanie wydzwaniać. Nie próbuj skontaktować się z Fundacją.

— Kto mówi? — Odpowiedziałem, mimo iż i tak znałem odpowiedź.

Koigarezaki Simbun. Jesteśmy, najprościej rzecz mówiąc, narratorami historii grzyba i ludzi wokół.

— Nienawidzicie Fundacji, dlaczego to robicie?

— Nasz cel jest prosty. Jako narratorzy grzyba, jest naszym celem zrobienie tej historii jak najbardziej interesującej. Mimo, iż was nie znosimy, to kolektywnie uznaliśmy, że nie zawarcie was w tej historii będzie nudne. Sprawa po prostu zakończy się tak, że albo manipulatorka rzeczywistości zdobędzie grzyba, albo Chopinowcy wytrzymają bez kontaktu z kimkolwiek do końca. Gdybyśmy wam po prostu powiedzieli, gdzie grzyb jest, ot tak, to byście wjechali tam takimi siłami, że Chopinowcy nie mieliby szans. Nie byłoby dreszczu emocji. Dlatego miejsce zamierzamy upublicznić tylko w takim momencie, w którym wszyscy byliby za późno.

— Czyli mamy tam być i po prostu wszystko opóźniać? — Zacząłem się drapać po głowie. Żałowałem, że nie mam żadnego przy sobie zeszytu, żeby notować to, co dziennikarz mówi.

— Szybko łapiesz. Czy to zrobicie, czy nie, zależy od was.

— Co będzie, jak odmówię? — Zapytał szczerze.

— Zamówimy usługi A.R.G.U.S. Inc., żeby tylko się upewnić, że nieważne, co się stanie, grzyb wpadnie w ręce kogoś innego. — Rozłączył się.

Godzimir długo się nie ruszał, wpatrywał się cicho w kosz na śmieci przed nim. Dopiero, gdy dostał wiadomość z koordynatami, wzdrygnął się i pobiegł po Sir Galata. Musieli ruszać jak najszybciej.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

3 GODZIN DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Godzimir zbudził pośpiesznie śpiącego w fotelu i bredzącego o świętym Graalu Sir Galata. Potrzebował on wypoczynku przed tym co za niedługo będzie.

— Gdzież przebywamy? — Zapytał zaspany.

— Niedaleko sali koncertowej.

— Toż to leśna głusza.

— Podobno gdzieś tutaj to jest. Myślisz, że to może być zasadzka?

— Zaprawdy nic darem nie jest. Naprzód chłopcze, nawet jak zasadzka to musimy najechać muzyków!

— Naszym zadaniem nie jest grzyba ukraść. Musimy po prostu upewnić się, że zlokalizujemy grzyba i się upewnimy, że Chopinowcy go nie użyją zanim Fundacja z PZGA i innymi tu nie dojedzie. — Odpowiedział Galatowi, który widocznie był poddenerwowany.

— Igraszki nie dla mnie, potrzebuje boju! — Krzyknął.

— Prawie jesteśmy. Przypominam, że zostawiasz hełm w samochodzie. Przy okazji masz. — Godzimir podał broń Sir Galatowi. — Wiem, że wiesz, jak użyć broni. Nie pozwalam ci tym razem wbić się z mieczem.

— Rycerz nie rozłącza się z orężem — powiedział przyglądając się broni.

— To się nie rozłączaj. Ale trzymaj spluwę zawszę pod ręką. Jesteśmy — Godzimir zatrzymał się na parkingu przed niewielkim budynkiem wyglądającym co najmniej dziwnie, był on bowiem masywnym amfiteatrem na kompletnym zadupiu w środku lasu. — Pamiętaj, zależnie od tego, czy zostaniemy, czy nie zostaniemy wykryci, zależy, czy Fundacja będzie miała do czynienia z Szopenokalipsą, czy Bóg wie co innego oni chcą zrobić.

— Dalece mnie to w dupiu siedzi. — Odpowiedział Sir Galat, wchodząc do budynku. Mimo jego odpowiedzi, Godzimir miał przeczucie, że jego przełożony również jest poważny w sprawie upewnienia się, że Fundacja przejmie grzyba.

— Koncert Chopina trwa średnio około 40 minut, jeśli planują oni aktywować grzyba na koniec koncertu to mamy 2 godziny. Popatrz na sufit, wydaje mi się, że zostanie on otwarty na koniec występu.

— Siednię na widowni. Mam pomysł jak się upewnić, że nie wyciągnie nikt żadnego grzyba na scenie.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

110 MINUT DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Na scenę wyszedł bogato i elegancko ubrany mężczyzna, wyglądem przypominał trochę Szopena, ale w sposób „sztuczny”. Jego twarz składała się z kilkunastu odcieni skóry. Wszystkie były podobnego koloru, więc z daleka nie widać było szwów łączących płachty skór w twarz podobną do Fryderyka Szopena.

— "Zostało 45 minut do rozpoczęcia samego koncertu, dlatego w związku z tym, że dzisiejszy koncert to jest historyczna kolaboracja z zarówno nowoczesnymi, jak i tradycyjnymi fanami arcykompozytora, na rozgrzewkę zaczniemy to prosto i nienowocześnie, jako kontrast do następnego repertuaru. Zapraszam Piano Concerto No. 1 e-moll. — Następnie usiadł przy stojącym u jego boku pianinie i zaczął grać. Grał on, najprościej rzecz mówiąc, pięknie, nawet Godzimir, który był zestresowany danym mu obowiązkiem, wczuł się w koncert. Na następne 40 minut z hakiem był on w stanie zapomnieć o wszystkim. Po skończonym koncercie, Fryderyk Lina podniósł w górę ręce, wsłuchując się w oklaski.

— Za 20 minut powracamy z syntezami wszystkich arcydzieł wielkiego kompozytora. Prosimy o cierpliwość.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

70 MINUT DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Na scenę weszło 17 mężczyzn, wszyscy ubrani w sugerujące elokwencje, eleganckie czarne ubrania.

— Dziękujemy za cierpliwość. Zapraszam was wszystkich na kompletnie nowe dzieło. Jest to synteza zarówno nowego i starego. — Fryderyk Lina podniósł dramatycznie ręce do góry — Prezentuję wam! Syntezę poezji, muzyki i aktorstwa: La Comédie Musicale "Fortepian Szopena!

Fryderyk Lina się uśmiechnął, po czym dał znak aktorom i muzykom by przyjęli pozycje. W odróżnieniu od większości koncertów Szopenowskich ten był radykalnie inny. Miał on formę musicalu, połowa osób obsługiwała instrumenty, wahające się od fortepianów po keyboardy i perkusje. Natomiast druga połowa działała jako aktorzy.

Godzimir zaczął się nerwowo kręcić. Czy to było dobre rozwiązanie zostawić wszystko Galatowi? Gdzie zresztą do cholery jest Fundacja? PZGA? Gdzie oni wszyscy są? Spojrzał na scenę, koncert już się zaczął, a nadal tylko my tu jesteśmy. Otworzył drzwi, żeby złapać nieco świeżego powietrza i się zatrzymał. Zaraz, zaraz, pomyślał. Spojrzał jeszcze raz na scenę. Przyjrzał się bliżej drugiemu aktorowi od lewej i jego blond grzywie, którą poznawał. Wszędzie poznałby tę blond grzywę, nawet bez hełmu.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

25 MINUT DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Mamy najnowszy news! — Krzyknął trzymając radio Mieciu. — Chopinowcy trzymają go na koordynatach 49°25'22.4"N 19°46'54.9"E! — Mieciu wziął pod pachę gigantycznego grzyba zdobytego z okazji Dożynek. — To około 23 minut stąd! W najlepszym wypadku! Nie mamy czasu, do samochodów!

— Najbliższa nasza dziesięcioosobowa osobowa jednostka będzie tam za około 15 minut. Następna będzie za 30. — Powiedziała operatorka Fundacji przez radio, do którego też była podpięta.

— Nie zapomnijcie o układzie. Życzenie wykonujemy najpierw my, a potem wam grzyba oddajemy. — Powiedział szybko do radia Mieciu. — To będzie twoja pierwsza akcja Barbara, idziemy. — Dodał, spoglądając na kobietę i wybiegając. Oczywiście nie wiedział nic o jej zdolnościach ani pobudkach.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

10 MINUT DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Byłem u Ciebie w te dni, Franiu! Którego ręka… dla swojej białości Alabasasaty- no i wzięcia yyyyyy… szyku i chwiejnych dotknięć jak… jak… — Sir Galat się odwrócił od sceny, próbując sobie przypomnieć swój tekst. Muzycy starali się jak mogli, by tylko muzyka jakkolwiek wchodziła w harmonię z aktorstwem Sir Galata. Brak hełmu tylko bardziej go stresował, co sprawiało, że nie był on w stanie dobrze wypowiedzieć swojego tekstu. — Strusiowe? Tak strusiowe, pióro mieszała mi się w oczach z klawiaturą z słoniowej kości… I byłeś jako owa postać, którą z marmurów łona, niźli je kuto. — Galat elokwentnie się pochylił i machnął do tyłu ręką. Fryderyk Lina, który ciągle grał na pianinie do wiersza, zdawał się tracić siły. Trudno było powiedzieć, czy po prostu zaraz nie wstanie i nie poderżnie Sir Galatowi gardła. Nie zrobił tego, bo jego respekt wobec sztuki opartej na kompozycjach Szopena był wręcz absurdalny. Nie przerwałby występu.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

7 MINUT DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Pacza. — Powiedział uzbrojony agent Fundacji sięgając pod siedzenie wyjmując pięciolitrowy baniak na olej samochodowy. — Na pomyślne strzelanie, sam wypędziłem. Do dna. — Odkręcił zgrabnym ruchem zakrętkę pojemnika, wypełniając samochód mocnym zapachem samogonu. Zanim zdążył jednak wziąć łyka, został zatrzymany przez dowódcę drużyny.

— Wypij po akcji.

— Mam strzelbę, więc i tak wystarczy, że pociągnę za spust i trafię we wszystko w generalnym kierunku, w którym patrzę.

— Po co ty w ogóle wziąłeś cały baniak — zapytał dowódca — jak to jest tak na węch z 80%? To wystarczą z 3-4 kieliszki, żebyś przez tydzień kaca miał. Tak czy siak, jest to zbyt ważna akcja, więc zostaw bimber albo będę ci kazał go wyrzucić przez okno.

— Widzi dowódca — ciągnął dalej agent, który prędzej by umarł niż został abstynentem — to jest pewnego rodzaju trening. Taki wspomagający odporność na różnego rodzaju psychogenne substancje.

— Jesteśmy! — Przerwał szybko dowódca zdając sobie sprawę, że pojazd jest już na miejscu. — Wchodzimy do budynku!

Dowódca pokazał sygnał ręką i razem z dziewięcioma innymi żołnierzami zaczął biec w stronę budynku. Chwilę po wyjściu jednak wszyscy oprócz jednego żołnierza natychmiastowo upadli na ziemię, tuż po usłyszeniu symfonii granej na fortepianie pochodzącej z głośnika. Ostatnią osobą, która ciągle stała był agent, który oferował samogon swojemu dowódcy.

— Coś ty zrobił? — Krzyknął ostatni agent.

Zdziwiony kultysta wyjął rewolwer z kieszeni i oddał strzał w stronę agenta.

Niektórzy Krwawi Kultyści Chopina mają dostęp do melodii powodującej zatrzymanie akcji serca. Z powodu nieznanego, nie działa ona na osoby, które mają powyżej kilku promili alkoholu w swojej krwi. Nie wiadomo do końca dlaczego. Są dwa wyjaśnienia na tę sytuację, pierwszą jest to, że alkohol w organizmie po prostu zatrzymuje efekty anomalii. Drugą jest, że jak ktoś już jest wystarczająco pijany, to i tak nie umie docenić dobrej muzyki.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

5 MINUT DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Przemek kurna czyś tyż to widział, wszyscy plop na ziemie poszli od jakiś kilku nut, tego jeszczem nie widział — krzyknął mój ojciec z typowym dla niego entuzjazmem.

— Zbychu tego jeszcze na 100% nie widział. Brać ich, ja chcę tę melodię! — Zawołał, machając kociubą z owiniętą na końcu białą szmatą.

Jak na zawołanie wszyscy jego znajomi, którym wcześniej postawił po dwie skrzynki piwa, by ich zwołać, wyskoczyli z krzaków i zaczęli biec w stronę wyznawcy Krwawego Kultysty Chopina. Wyjął on głośnik i zaczął panicznie z niego puszczać muzykę. Żaden z nich jednak nie upadł na ziemię. Na nich muzyka z jakiegoś nieznanego mi powodu nie zadziałała, na mnie jednak, który był daleko i w krzakach wywołała potężny ból w sercu, zamiast rzeczywiście mnie rzucić na ziemię, biorąc pod uwagę, jak daleko byłem od źródła dźwięku.

— Przemuś? Ojciec nie na ciotę cię wychował, wyłaź z tych krzaków, mamy jeszcze 5 minut do początku pełni.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

4 MINUT DO NASTĘPNEJ PEŁNI

Godzimir zaczął wspinać się na amifteatr. Grzyb wymagał światła odbijanego przez księżyc, więc jeśli był w stanie jakkolwiek zasłonić światło, to wiedział, że to musi zrobić. Po dwóch minutach dotarł na szczyt i się rozejrzał. Trzymał w swojej lewej hełm Sir Galata, miał przeczucie, że mu się przyda. Zauważył z wysokości samochody PZGA i ucieszył się.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

49 SEKUND DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— STOP! — Krzyknął Mieciu wyważając drzwi sali koncertowej z buta i wbiegając do środka. Trzymał pod pachą gigantycznego grzyba, lewą ręką przytrzymując jego kapelusz.

Zostało dokładnie 40 sekund do pełni.

— Ale dlaczego? Nie mam żadnego grzyba. Widzisz, żebym coś trzymał? — Krzyknął Fryderyk Lina nie przerywając gry na fortepianie. — Przynajmniej na ten moment. — Fryderyk uderzył w pianino, oznajmiając koniec utworu, a następnie wyprostował lewą dłoń w stronę deski podłogowej, wyjmując z niej migającego już słabym błękitnym światłem grzyba.

Zostało 31 sekund.

— Stój. Ten giga grzyb, który trzymam, ciebie tak rozstrzela, że nawet buty po tobie nie zostaną — próbował przegadać Fryderyka agent PZGA.

— Strzelaj. Ciekawi mnie, jak taka grzybobroń jest dokładna. Byłoby szkoda, gdybyś przypadkowo zniszczył tego grzyba. — Agenci obok Mieczysława w odpowiedzi na to wyjęli normalną broń, co wywołało panikę wobec oglądających spektakl.

17 sekund.

— Wreszcie. Czekaliśmy na to od już prawie dwóch wieków. Wreszcie spotkamy się znowu z Wielkim Kompozytorem. Wreszcie, wreszcie, wreszcie — Fryderyk Lina wstał ze stołka, mówiąc coraz głośniej. Zaczął się też coraz bardziej drapać po szyi, powoli tworząc pod sobą kałużę krwi. — Wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie, wreszcie! Wreszcie!

6 sekund.

Dach nad kompozytorem zaczął się otwierać. Agenci PZGA ciągle byli zbyt daleko i w zbyt dużym chaosie, by strzelić do pianisty bez obawy, że trafią w grzyba.

— W imieniu Wielkiego Kompozytora, grzybie nad grzybami! — Przyłożył grzyba do ust — spożywam cię!

1 sekunda.

Na głowę Fryderyka spadł hełm Galata zrzucony z góry przez Godzimira, który wytrącił kompozytorowi grzyba z ręki.

— Kacerstwo! — Krzyknął Sir Galat, który podczas chaosu znalazł swój oręż za sceną. Szybko zamachnął się nim w szyję kompozytora. Głowa się potoczyła powoli z sceny, malując ją szkarłatem. Spadła z niej peruka i dwa płaty skóry, pokazując jak rzeczywiście różnił się Fryderyk Lina od Fryderyka Szopena. — Odzyskałem grzyba, co mam z nim teraz zrobić? — Krzyknął Sir Galat.

Nagle Sir Galat zobaczył błysk światła, przed którym zamknął oczy i upadł na ziemię. Podniósł się i rozejrzał. Wokół niego był jedynie jakiś las, jego hełm i kilka desek podłogowych, które przeteleportowały się razem z nim.

— Hę? — Było jedynym słowem, który był w stanie wypowiedzieć.

Mieciu był w stanie jedynie patrzyć z boku. Wszystko się stało w jednym momencie. W jednej sekundzie przed pianiem stał Sir Dr Galat. Jednak nagle zniknął, a na jego miejscu pojawiła się Barbara. Właśnie się schylała po grzyba, który się po ziemi toczył. Nie zabiła Sir Galata, bo po prostu go nie poznała. Wcześniej w końcu nie miał wtedy na sobie hełmu. Była pewna, że Sir Galat to osoba, która ten hełm wcześniej zrzuciła.

— Barbara. Oddaj grzyba. Teraz. — Powiedział poważnie Mieciu. — Oddaj go albo strzelę.

— Powodzenia z tym — odpowiedziała. — Nawet jak strzelisz to nic to ni-

— STRZELAJ, TATULO! — Krzyknął głos zza ściany. Wszyscy się odwrócili do ściany, ale było już za późno. Chwilę po krzyku nastał nagły wybuch, który powalił Barbarę na ziemię, walnęła się głową o kąt pianina i upadła na ziemię bez ruchu.

Mieciu spojrzał przez dziurę w ścianie. Zauważył tam dwóch mężczyzn, Przemysława i jego ojca Jarosława. Przemysław leżał na ziemi trzymając jakiś kosz na śmieci. Jarosław natomiast się rechotał obok.

— Co to kurwa było? — Zapytał się Mieciu, który był szczerze ciekawy.

— Karbid, kosz na śmieci i jakieś anomalne grzyby, które ojciec nazbierał w lesie — odpowiedział zrezygnowany Przemek. — Anomalny pstrąg chyba też tam się znalazł, nie pamiętam.

— Idziecie z nami, musimy wracać i to szybko — krzyknął Mieciu. — Fundacja będzie tu za chwilę. Nie zamierzam na nich czekać. Przygotować samochód, ja biorę grzyba.

— Się nie martw, postawiłem moim znajomym skrzynkę, by Fundacje zatrzymali, nawet jak na chwilę, powinni się trzymać do pierwszego strzału. — Odparł Ferdek, który ciągle się rechotał.

59 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

42 MINUTY OD OSTATNIEJ PEŁNI

— Łoooo, Przemek, patrz na tego grzyba, widzi, jak on świeci?! E widzi Przemuś?! — Krzyknął mój ojciec, pokazując palcem na trzymanego przez Miecia grzyba. — Ciekawe jak smakuje w takiej, powiedzmy, grzybowej.

— Proszę ciszej. Za niedługo będziemy — odpowiedział zrezygnowany Mieciu, oddalając rękę od mojego podekscytowanego ojca.

— Dokąd właściwie jedziemy? — Zapytałem.

— Zamierzamy go zobaczyć — odpowiedział poważnie Mieciu. Zatrzymując pojazd przed namiotem. — To tutaj.

Mieciu wyszedł z samochodu, spoglądając jednym okiem, czy mój ojciec został w samochodzie. Zatrzymał się przed poważnym, ogromnym jak drzewo, ubranym na czarno mężczyzną. Kompletnie nie wyglądał on jak członek organizacji zbierającej grzyby. Mieciu oddał mu w ręce Wondergrzyba i wrócił do samochodu.

— Nie miałeś zobaczyć go? Nie wydaje mi się, żeby tą osobą był ten facet w czerni — zapytałem się Miecia, który zrezygnowanie wszedł z powrotem do samochodu.

— Pracuje w tej organizacji już ponad 20 lat — zaczął wyjaśniać — ale nadal mogę widzieć jedynie jego pośredników.

Mieciu zrezygnowanie podniósł z głowę z kierownicy, przed jego oczami utworzył się niebieski blask, któremu towarzyszył ciągły podmuch wiatru. Przez krótką chwilę był on w stanie zobaczyć osobę, której grzyb został przez faceta w czerni przekazany. Nie widział jego twarzy, ale widział kawałek jego ręki. Nie wyglądała ona na starą, ale była już mocno wychudzona. Na powierzchni ręki pojawiała się pleśń i ropa. Gdyby nie to, że słyszałem głosy pochodzące z namiotu, to bym pewnie pomyślał, że osoba tam siedząca jest martwa.

Światło ustało tak szybko, jak powstało, namiot przestał się wiercić pod wpływem wiatru i ucichł.

— Zrobił to. Prezes to zrobił. — Spojrzałem na Miecia, gdy wypowiadał te słowa. Zacząłem się zastanawiać, czy oferowanie pomocnej dłoni agentowi PZGA było dobrym pomysłem. Ojciec po prostu chciał zobaczyć grzyba w akcji, więc go nie obchodziło, kto grzyba dostanie, jeśli tylko będzie on w stanie zaobserwować powstanie przez grzyba jakieś zajebistej anomalii.

62 DZIEŃ OD POWSTANIA SCP-PL-275

27 DNI DO NASTĘPNEJ PEŁNI

— Cso się wydarzyć mogło, ku mojej nieobecności? — Sir Galat ciągle próbował zrozumieć, gdzie jest. Miał przy sobie jedynie swój oręż, hełm, który, szczęść Boże, został przetransportowany z nim i spluwę Godzimira. Nie miał on jednak przy sobie telefonu, więc dopóki sam nie odnajdzie cywilizacji, to pewnie będzie uważany za martwego albo przynajmniej zaginionego w akcji. — Któż i jakież życzenie spełnił? — zastanowił się, lecz nagle zatrzymał się w pół kroku. — Onygdaj nie przypominam sobie, żeby głusza tak wyglądała — powiedział, spoglądając na krajobraz przed sobą. — Powiedział na głos spoglądając na krajobraz przed sobą. Cały las porósł grzybami niemałego rozmiaru. Powoli się rozprzestrzeniały niczym żywe istoty. Sir Galat się cofnął. Jeden z grzybów się poruszył, więc Galat złapał mocniej za swój oręż. Nie miał on ze sobą pochwy, więc musiał go ciągle trzymać. Zza grzybów wyszła koza. Nie była to jednak zwykła koza. Była to absurdalnie duża koza, z której wyrastały grzyby.

Sir Galat obniżył oręż, po czym spojrzał do kieszeni. Wyjął z niej mini muchomora i podniósł rękę. Chciał nim rzucić, ale się zatrzymał. Wsadził grzyba z powrotem do kieszeni i podszedł do kozy.

— Powracam więc znowu do tych szarlatanów?

Koza nie odpowiedziała.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported