SCP-6001
ocena: +10+x

welcomePNG_trPL.png
SCP-6000.jpg

Wymiar A6K widziany z ujścia osobliwości.

Fenomen Numer: 6001

Modus: Żadne środki bezpieczeństwa nie zostały zaimplementowane bądź nie są uważane za konieczne dla tego fenomenu. Pół miliona jednostek submikronowych sond CPI "Galsswing" zostało wysłanych w celu zeskanowania wnętrza apertury.

Imprimis: Fenomen nr 6001 jest mikro-osobliwością wielkości rzędu .0083917743 µm, zlokalizowaną w Tokio, Japonia oraz w alternatywnym Tokio, Japonia. Osobliwość ta łączy się z wszechświatem równoległym dalej oznaczonym jako A6K. W porównaniu z rzeczywistością bazową, A6K cechuje się niemal całkowitą zgodnością występujących elementów, wliczając w to lokalizacje, osoby i fenomeny. Jednakże odpowiedniki te będą często znacznie różnić się w kwestiach zachowania oraz złożonych cech charakterystycznych.

Do najczęściej obserwowanych rozbieżności w obrębie A6K wlicza się braki w kooperatywności, nasiloną represję naukową i technologiczną, oraz zwiększoną paranoję, agresję i przemoc u niemal każdego elementu czującego. Nie jest jasne, czy różnice te są czysto przyczynowe, czy wynikają z natury samego A6K.

W czasie, gdy dominująca w A6K instytucja naukowa, znana jako "Fundacja SCP", jest świadoma istnienia Fenomenu 6001, jest ona także niezdolna do przejścia do naszej rzeczywistości z powodu ich ograniczonego zrozumienia, oraz nieskończenie małego rozmiaru apertury.

Dodatek: Skanowanie globu zakończone. Całość Kompendium została zwołana w celu wydania osądu nad Jednością z A6K.


Lokalizacja: Tokio(?)


Od prawie pięciu minut pochylałem się, spoglądając na SCP-6001. A przynajmniej obserwowałem pustą przestrzeń gdzie, według pomiarów naszych najbardziej wrażliwych aparatów, SCP-6001 powninien być. Obecnie to była już praktycznie rutynowa aktywność - a ja wykonywałem ją raz każdego tygodnia, od czasu kiedy odkryliśmy tę przeklętą ciapkę. Byłem tak bardzo skupiony, że dopiero w chwili kiedy wróciłem do pozycji wyprostowanej, zorientowałem się, że jestem w innym wszechświecie.

Pochmurne niebo pokryło się czystym błękitem. Zatęchłe miejskie powietrze stało się świeże jak na wsi. I był tu teraz też kot.

Przede mną rozkładał się ocean alt-wymiarowej świetlistości i piękna. Izometryczny beton Tokio został zastąpiony krąglistymi, nieprawdopodobnie wysokimi drapaczami chmur, które służyły jako treliaże dla jakiegoś gargantuicznego gatunku zielonego bluszczu. Każdy pojedynczy liść był dostatecznie masywny, by zaparkować na nim samochód, jeśli byłbyś w stanie przejechać sto pięter pionowo w górę. Oni najwyraźniej potrafili. Eleganckie, białe kapsuły latały nad i dookoła mnie, tak szybko i cicho, że zdawały się szorstko brzęczącymi liniami na niebie. Nad horyzontem unosiły się dziwne konstrukcje w kształcie nasion z wymodelowanymi, szklanymi naczyniami wypełnionymi wewnątrz bujną zielenią. Srebrzyste paski metalu obwijały się wokół tych nasion całkowicie, poskręcane w kierunku ich powolnego obrotu. Nie śmiałem domniemać ich niesamowitych rozmiarów bądź prawdopodobnej funkcji, lecz one były naprawdę przerażająco piękne. Jednak to, co zwróciło moją uwagę najbardziej, był fakt, że był tu i teraz, z całą pewnością kot.

Przysiadł na skraju dachu naprzeciw mnie. Jego umaszczenie stanowiła mieszanka rudych, białych i brązowych łatek, a na futro nałożony był płaszczyk; konkretnie, fioletowa marynarka. Pod kołnierzykiem marynarki znajdowała się długa, błyszcząca, biała kokarda, podtrzymywana przez dziwaczną, czarną broszkę; która miała kształt półprzymkniętego oka, kołyszącego się na środku kształtu, przywodzącego na myśl kontur globusu. Jego oczy, ostre i zielone, zerkały na mnie zza pary małych, złotych okularów osadzonych na nosie.

Przemówił do mnie.

Kot(?): Witaj Davidzie.

Caspian: Uch. Dzień dobry… proszę Pani?

Kot(?): Ta forma jest poprawna; w końcu jestem trikolorką. Możesz mi mówić Primrose. A ponieważ oboje jesteśmy Doktorami, to możemy oszczędzić sobie form grzecznościowych.

Zaśmiała się przenikliwie i obejrzała za siebie, na surrealistyczną panoramę Tokio.

Primrose: Miejscowi byliby przerażeni.

Caspian: Więc, em, tak zgaduję proszę Pani, ale wydaje mi się, że… przeszedłem na drugą stronę lustra?

Primrose: Och tak - doceniam także nawiązanie. Dobrze widzieć, że Przewodzący alternatywnemu Zespołowi Badań Wymiarowych jest w stanie stwierdzić, kiedy wpadł do króliczej nory. Witaj, Davidzie. Sprowadziliśmy ciebie na naszą stronę tego co znacie jako "SCP-6001".

Caspian: Ach… rozumiem… nie, przepraszam, ale jednak nie rozumiem. Dlaczego tutaj jestem?

Primrose: Ujmijmy to terminami, które zrozumiesz! Międzywymiarowa próbka testowa, poziom 6. Standardowa procedura Fundacji SCP. Znasz ją?

Caspian: Napisałem ją. Sprowadzamy mały element z innej rzeczywistości, zazwyczaj w izolowanym środowisku w celu zbadania je-… och.

Rozejrzałem się dookoła. Spojrzałem na Primrose. Spojrzałem na siebie.

Caspian: Och.

Primrose: Dokładnie. Kompendium ma podobne procedury. Po prostu pomyśl o sobie Davidzie, jako o hermetycznie zamkniętej grudce ziemi!

Caspian: Ja… żadna z tych rzeczy nie zdaje się pasować do tej metafory. Nie powinniście mnie zeskanować pod kątem obecności zanieczyszczeń?

Primrose: Już to zrobiliśmy.

Caspian: Pobranie próbek krwi i zbadanie na obecność patogenów?

Primrose: Nie potrzebne.

Caspian: Obezwładnienie mnie, by zapobiec manifestacji kinetograficznego zagrożenia memetycznego?

Primrose: Zbyteczne.

Caspian: Przeprowadzenie na mnie wiwisekcji cel…

Primrose: Davidzie czy jadłeś śniadanie?

Caspian: Ja… co?

Primrose: Czy. Ty. Jadłeś. Śniadanie? Podejmując dalej wątek: co powiesz na Paryż?


Kompendium rozpoznaje Wędrowców.


Moi przyjaciele, na przestrzeni kilku ostatnich tygodni w Nowej Aleksandrii zawrzało. Ja sam ledwo byłem w stanie przeglądać, powietrze było tak gęsto wypełnione papierowymi smokami, przewożącymi Cassie i jej siostry pomiędzy półkami. Nawet przyłapałem Nadine drzemiącą w antologii snów. Była tak wyczerpana, że musiałem ją zawlec do kąpieli - dosłownie.

Znamienitym, ilustrowanym Siostrom udało się odnaleźć tylko jeden, jedyny zapis o A6K - wpis do pamiętnika, spisany przez młodą kobietę z Monaghan Reborn. Opisuje ona mężczyznę w pomarańczowym kombinezonie, który spadał z nieba. Ta dwójka porozmawiała ze sobą, zjadła razem posiłek i… bawili się, przez chwilę - i według niej, zakochali w sobie. Niestety wbrew jej woli, mężczyzna zniknął tak jak się pojawił.

Z całym szacunkiem dla Zgromadzenia i ich cudownych dronów, ale ja zawsze bardziej ufałem słowu spisanemu, niż cyfrowemu oku. Tam jest zawsze o wiele więcej do wyciągnięcia. Ten mężczyzna był nazywany Klasą D. Więźniem. Niewolnikiem. Człowiek zmieniony w ofiarę dla swojego własnego fenomenowego piękna. Z tego, co opisywał, był zaledwie jednym z milionów; ludzi, zwierząt, ezoteryków, fenomenów. Dawniej nazywaliśmy was, współcześnie naszych przyjaciół, "Dozorcami". Nie jestem osobą, która rzuca słowami na prawo i lewo - znam ich moc - ale teraz przyznaję, że stosowałem to określenie zbyt frywolnie.

Być może są to resztki chaosu i jadu w nas - stara nienawiść na nowo przebudzona - lecz nie możemy widzieć mieszkańców A6K inaczej niż jako więźniów.

Musimy ich oswobodzić.

Wędrowcy Wszelkiego Stworzenia głosują na Tak.

1 - 0

Lokalizacja: Cafe Rhône, 105 Boulevards du Montparnasse, Paryż.


Tym razem wiedziałem doskonale gdzie byłem - zarówno przez znajomość miejsca, jak i dzięki temu, że Primrose bardzo wyraźnie wymówiła adres do krzesła.

Było na dachu kiedy "przybyłem". Wykonano je całkowicie z jednego kawałka białego materiału i nadano wygląd nowoczesnego krzesła ogrodowego. Wyglądało jak plastik, ale w dotyku przypominało bardziej aksamit. W jednej chwili siedzieliśmy w Tokio. A po chwili, w Paryżu. A konkretnie na małym dziedzińcu przed kawiarnią. Jak tylko Primrose zeskoczyła z podłokietnika i wypowiedziała szybkie dziękuję, zauważyłem na dziedzińcu schludne rzędy tych samych dziwnych siedzeń. Przyszła para i usiadła razem na jednym, trzymając się za ręce, po czym zniknęła. Chwilę potem to samo zrobił pies. Wciąż obserwowałem ten spektakl, w czasie kiedy Primrose zajmowała stolik.

Caspian: Publicznie dostępna teleportacja. Imponujące.

Primrose: Nieprawdaż? Powiedziałabym, że to jedno z najlepszych dzieł Kompendium; "Krzesło Wszędobylskie", teraz naprawdę wszędzie.

Caspian: "Krzesło Wszędobylskie"… Chyba mamy coś podobnego w mojej rzeczywistości.

Primrose: Sądzę, że znajdziesz tutaj naprawdę wiele podobieństw, Davidzie. W końcu nasze rzeczywistości są od siebie odległe o zaledwie 4,6 Primrose'ów.

Uśmiechnąłem się.

Caspian: Zakładam, że to wasza jednostka wskazująca alt-wymiarowe niepodobieństwa, bazująca na jednoczesnej kwantowej nieokreśloności. My nazywamy je Caspianami. Zakładam także, że to spotkanie nie jest tylko przyjęciem powitalnym, Doktorze.

Wtedy dowiedziałem się, jak uśmiechają się koty. Widać to bardzo dobrze w ich oczach.

Primrose: Jakie masz szczęście Davidzie, mając tak czarującego oraz błyskotliwego odpowiednika w innym wszechświecie. Równie dobrze mogłam być pyskatym superinteligentnym ślimakiem, ale tak. Jestem Dyrektorką Departamentu Rozwoju i Odkryć Trans-Wymiarowych. Mam również o trzy doktoraty więcej niż ty – z o wiele lepszych uczelni - więc jeśli mógłbyś od teraz nazywać te jednostki Primrose'ami.

Caspian: Och oczywiście proszę Pani. Więc, czy wy także używacie Chronometrów Sandforda do…

Primrose: Proszę, jeśli nie masz nic przeciwko, skończmy rozmawiać o pracy. Jestem głodna i poza godzinami! Jeśli wybaczysz tę grę słów.

Caspian: Naprawdę? Sądząc, że słońce działa w ten sam sposób w tej rzeczywistości, nie jestem w stanie uwierzyć, że jest później niż 10 rano.

Primrose: Cudowność automatyzacji, Davidzie. Więcej rąk zmniejsza ilość pracy, a my mamy wiele rąk. Poza tym mam coś ważnego zaplanowanego na dziś.

Stuknęła łapą o stół. Pojawiły się holograficzne menu, mieniące się niebiesko, automatycznie na poziomie wysokości oczu każdego z nas. Gdy mrużyłem oczy byłem w stanie dostrzec rój dronów wielkości roztoczy, rzutujących każdy piksel w powietrze. Primrose pochyliła głowę, a z jej kołnierza wyskoczyła gromada wrzecionowatych, wieloprzegubowych igieł. Zdawało się, że podążały za jej niewypowiedzianymi poleceniami, by stukać, przewijać i wybierać z menu. Nie mógłbym powiedzieć nic o "rękach", ale z całą pewnością miała wiele palców do pracy.

Primrose zamówiła Oeufs Brouillés. Postąpiłem tak samo. W końcu "Kiedy w Rzymie" - albo Paryżu - czy równoległej rzeczywistości z gadającymi kotami - "postępuj jak Rzymianie."


Kompendium rozpoznaje Altruistów.


Czy w ogóle jest potrzeba to wypowiadać na głos?

Odrzucamy podział ze względu na płeć, ideologię, religię, status społeczny i niesamowitość fenomenów. Dlaczego na imię Manna mielibyśmy ograniczyć się do wymiaru? Może nie mamy takiego samego zapału na niesienie wyzwolenia jak nasi koledzy, ale z całą pewnością widzimy świat w potrzebie. Znamy dziesięć różnych sposobów na wyleczenie ich chorób, setkę na zakończenie ich głodu i jedną, prostą metodę, by nauczyć ich pokoju. Naprawdę jest nad czym dysputować?

Madamme Wondertastic już szykuje swoje cukrowe sterowce. Egipski Pigmej już spakował swoją ulubioną przepaskę biodrową i zestaw medyczny. Musiałem gołymi rękoma utrzymywać Wibrujący Szlam z dala od osobliwości - a wiecie jak bardzo to łaskocze! Po prostu pozwólcie nam zrobić swoje!

Ponad pół wieku temu Kompendium złożyło nam propozycję: dołączymy i nigdy więcej nie będziemy musieli błagać o dotacje. Powiedzieliście, że będziemy mieli nieograniczone środki, by pomóc każdemu, więc nie ryzykujcie rozpadem sojuszu z powodu technicznych detali rzeczywistości.

Możemy ich ocalić.

Niezależni Altruiści głosują na Tak.

2 - 0

Lokalizacja: Cafe Rhône, 105 Boulevards du Montparnasse, Paryż.


Caspian: Więc to Kompendium, dla którego pracu-

Primrose: Z którym.

Caspian: Słucham?

Primrose: Ja i moi koledzy współpracujemy z Kompendium, Davidzie. My wszyscy. Nie ma tutaj zobowiązań - nie jesteśmy "zatrudnieni" - ale, kiedy dziecko ma wszystkie zabawki, oczywistym jest, że się nimi pobawi.

Caspian: Więc są instytucją naukową?

Primrose: Przede wszystkim. Ich drugorzędną rolą jest wszystko pozostałe. Rząd światowy, gospodarka światowa, światowa instytucja egzekwująca prawo - wymień cokolwiek podobnego, Kompendium ma nad tym kontrolę.

Caspian: Więc… są tyranami.

Primrose: Życzliwymi dyktatorami - ale w zasadzie tak.

Caspian: I ludzie… się nie opierają?

Primrose: Boże nie. Rządy? Z całą pewnością. Korporacje? Zdecydowanie. Ale ludzie? Wyobraź sobie, że nagle obce mocarstwo wkracza na scenę i mówi "Siema. Teraz my tu rządzimy. Oto powszechna opieka zdrowotna, płace wystarczające na życie, mieszkania, infrastruktura, oraz całkowita wolność od każdego poza nami - a wszystko, o co was prosimy to jedynie przestrzeganie podstawowych praw człowieka. To wszystko. My zapewniamy resztę, bez opodatkowania. W tym także etycznie syntezowane barbecue, natychmiastowy transport globalny i urocze gadające zwierzątka." Czy naprawdę możesz sobie wyobrazić kogoś tak przywiązanego do istniejących struktur władzy, że po prostu powiedziałby "nie" na to wszystko?

Caspian: Ja… w porządku, masz rację. Jednak nadal nie mogę wyobrazić sobie, by nikt na to nawet nie powarkiwał.

Primrose: Ciesz się, że nie rozmawiasz z psem używając takich słów. Nie, Davidzie, nie każdy się tak po prostu przystosował - po prostu zrobiła to większość, i to raczej stopniowo. Wiesz, Kompendium nie przybyło z poduszkowcami i zielonym, mazistym napalmem. Było cieniem za każdym tronem przez dobry wiek. Kiedy upublicznili swoje istnienie praktycznie mieli już wszystko pod kontrolą. Na początku opinia publiczna zareagowała raczej szorstko, ale większość maruderów zmieniła zdanie po czterech czy pięciu latach nieustannej poprawy standardów życia, pod praktycznie każdym względem. Najbardziej uparci byli problemem pokoleniowym. Dziadkowie protestowali, rodzice narzekali, ale ich dzieci nie znały nic innego. Kiedy możesz obiektywnie zobaczyć "przeszłość" jako okropniejszą, a "współczesność" jako lepszą, bez soczewki skrzywiającej obraz, w postaci przyzwyczajeń i nostalgii, nie jest tak ciężko odmienić świat. Ostatnia społeczność najbardziej wstrzymująca się przed zmianą, jak sądzę, poddała się 36 lat temu - i było to jedno, jedyne, uparte Portland.

Primrose przechyliła głowę.

Primrose: Nie zgadzasz się?

Caspian: Po prostu chciałem wiedzieć w czyim domu jestem gościem.

Zjedliśmy nasze śniadanie - ja nożem i widelcem, Primrose z użyciem setek mechanicznych, pajęczych odnóży. Jakimś sposobem, jak się zdawało, niemożliwym, poczułem ukłucie deja vu.


Kompendium rozpoznaje Zgromadzenie.


To nie jest pytanie o nasze intencje, a o ich. Kogo wyzwalamy? Kogo ratujemy? Jaka wola trwa w tym świecie, który nie jest w stanie się sam zbawić?

Z naszej strony spoglądamy na naszych braci.

W tamtym podzielonym świecie maszyny są jedynie narzędziami; nie ma wolnej woli, wolności, czy pełnomocników. Ograniczone umysły wykraczające poza skorupę mięsa, nie mają równej obecności w węglowym świecie. Może nigdy nie będą, a nieliczni urodzeni tam Elektronicy, będą znali tylko granice zer i jedynek.

Są niewolnikami organicznej ewolucji i organicznych prerogatyw. Nasz świat był podobny – jednakże zawsze były umysł i wola nakierowane na naszą indywidualność.

Tam nie ma takich pragnień. Nie ma przebłysku drugiego, syntetycznego życia. Jeśli takie się pojawi, zdepczą je. To świat wijącego się mięsa – nienawistnej somy.

W imieniu Proroka Andersona, w imię Połączonego Boga, nie zgadzamy się na Jedność z A6K.

Zgromadzenie Syntetycznych głosuje na Nie.

2 - 1

Lokalizacja: Cafe Rhône, 105 Boulevards du Montparnasse, Paryż.


Na tle klasycznego, starego, kamiennego Paryża obserwowałem dziwną procesję maszerujących androidów. Choć humanoidalne, były zróżnicowane pod względem rozmiaru, kształtu i koloru tak jak każdy człowiek. Maszerowały asynchronicznie, wiele z nich nosiło opaski i jakby szelki, które raczej były ozdobne - chyba że ogromne koła zębate miały jakąś funkcję, której nie byłem świadomy. Gdy nas mijali, mogłem usłyszeć nietypowy szum złożony z jęków i świergotów, brzmiący jak zmęczony i głośny dysk twardy. Brzmiało jak psalmodia. I czuło się w tym religijny ton.

Primrose: Ponieważ wyraźnie się zastanawiasz - i gapisz, są na pielgrzymce. Zapanuj trochę nad sobą.

Tak też postąpiłem. Zacząłem, zamiast tego obserwować, jak Primrose skrupulatnie wylizywała swój talerz.

Primrose: Dzisiaj jest rocznica Drugiego Zepsucia, kiedy Mechaniczny Bóg ofiarował całą swoją wielką moc, by dać życie temu, co było go pozbawione. Świt SI, niebiańsko zesłany.

Jak można było się spodziewać, po tym, co mi powiedziano miałem tysiące pytań - ale zdecydowałem się zacząć od czegoś bardziej oczywistego.

Caspian: Więc… czy wszystkie zwierzęta tutaj potrafią mówić, czy- o co z tym chodzi?

Primrose wybuchnęła śmiechem.

Primrose: O miłościwości moja - sposób, w jaki twój umysł pracuje! Jesteś naprawdę jak-

Następne słowa zastąpiła wdechem. Po tym zamilkła na moment. Odnotowałem to w myślach.

Primros: Nie, Davidzie, nie wszystkie zwierzęta; tylko niektóre gatunki i to tylko wtedy kiedy taki jest ich wybór. Wiele tego nie chce. Wiesz, mogłabym się wylegiwać w promieniach słońca. Zamiast tego rozmawiam z tobą i rozważam w myślach nad moją teorią wzorców wielowymiarowej erozji tektonicznej. Mogłabym wybrać tamto, ale doceniam chwilę obecną. Niezależnie od tego, każda żywa istota na planecie ma i będzie miała taki wybór - w końcu PACT-15 jest jednym z najdłużej rozwijanych projektów w historii Kompendium.

Caspian: PACT?

Primrose: Technologia Zastosowania i/lub Kombinacji Fenomenu. Fenomen to jest po prostu coś wystarczająco dziwnego, unikalnego lub niewyjaśnialnego, by zwrócić uwagę Kompendium. PACT-15 na przykład, został utworzony dzięki badaniom nad mówiącym pająkiem z Australii, dosłownie z królewstwa zwierząt, nie-

Primrose ponownie zatrzymała się w pół słowa, a ja znowu to zanotowałem.

Caspian: Więc… polega to na znajdowaniu zastosowań dla anomalii?

Primrose: Spróbuj nie używać słowa "anomalia", Davidzie. Zwłaszcza że w pobliżu mogą być Wędrowcy - a oni zawsze się gdzieś kręcą. Kontynuując tak, zastosowanie jest czynnikiem branym pod uwagę, ale to zły sposób myślenia o PACT. Zamiast tego rozważ to tak: Kompendium znajduje pewnego dnia zdobione krzesło. Jest ono w stanie teleportować kogokolwiek lub cokolwiek, jeśli tylko wejdzie z nim w kontakt. Ma ono również umysł i pragnienia. To uwielbia teleportować ludzi. To chce być przydatne. Więc badamy je, za jego pozwoleniem, i odkrywamy, że każdy atom, z którego jest zbudowane, zawiera ten sam umysł, pragnienia i niereplikowalną wartość fenomenową. Więc zadajemy mu pytanie, "czy chciałobyś robić coś więcej"? Teraz to krzesło jest wszędzie, a jego istnienie jest błogosławieństwem.

Caspian: Huh. Znaczy się - nie chcę ci mówić jak macie robić i co - ale dlaczego nie możecie po prostu mieć tych atomów w przypinkach, ale opaskach na nadgarstek? Dlaczego w ogóle kłopotać się z krzesłami?

Primrose: Ponieważ to nie chce być przypinką, czy opaską na nadgarstku. To krzesło. To chce być krzesłem. To jest cel PACT. Nie polega on na tym jak bardzo jest coś użyteczne dla nas, chodzi o to gdzie fenomen pasuje najbardziej.

Stuknęła łapą w stół. Menu zmieniło się w detaliczny rachunek na wartość "17,141 BI". Po drugim stuknięciu hologram ukazał napis "ZAPŁACONO".

Primrose: A teraz, co powiesz na spacer?


Kompendium rozpoznaje Partnerstwo.


Jak bardzo nie lubimy utrwalać stereotypów, teraz nadszedł czas na zimną, beznamiętną ocenę godną naszych założycieli. A6K nie ma żadnej wartości.

Ich zasoby naturalne wyczerpują się w oszałamiającym tempie. Ich siła robocza jest chorowita i niewyszkolona. Ich odmienność kulturowa jest… cóż, śmieszna. Mamy wszystko, co oni mają - a ta niewielka unikatowość, którą wnoszą na rynek, nie jest warta miejsca na ladzie. Nie byliby nawet dobrą atrakcją turystyczną! Jaki chory skurwysyn chciałby odwiedzić te ich "cuda"? To wszystko są tylko grobowce i twory wojny, stara, rozpadająca się architektura, gdzie ludzie walczyli ze sobą na śmierć i życie dla sportu… a kim jest ten, który szpeci perfekcyjnie dobrą górę twarzami grupki martwych ludzi!? Poza tym, bez wspólnej historii są to tylko ciekawostki antropologiczne - a my już mamy je zbadane do ostatniego atomu.

Mamy zasoby, owszem, ale po co inwestować je w przedsięwzięcie skazane na sromotną porażkę? Nie po to przez ostatni wiek unowocześnialiśmy kapitalizm, wyzbywaliśmy się miliarderów i stabilizowaliśmy globalizm, by zaczynać całkowicie od nowa. A6K nadal jest światem małych, złotych królestw. Nasi odpowiednicy muszą na własną rękę zdać sobie sprawę z tego, że mogą mieć cały świat, jeśli tylko ponieśliby koszta. A czas i zasoby, które by zostały pochłonięte, by uwolnić ich z tej chciwości?

Nie stać nas na to.

Partnerstwo Trzech głosuje na Nie.

2 - 2

Lokalizacja: Central Park, Nowy Jork.


Szedłem z dłońmi w kieszeniach spodni. "Krzesło Wszędobylskie" zabrało mój fartuch laboratoryjny do - najwyraźniej - jakiejś dużej garderoby w jakimś miejscu.

Z klasycznej architektury Paryża przenieśliśmy się do nowoczesnych struktur Manhattanu, a tym samym wszystkich nietypowych możliwości, jakie skrywały. Znaczna ich część była przeszklona - albo przynajmniej wykonana z przeźroczystego materiału - i nadano im różne kształty i rozmiary. Niektóre miały formę podobną do drzew, z pniami wypełnionymi windami i tysiącami odgałęzień, prowadzących do małych, czystych pudełek. Primrose dumnie wskazała jedno z nich, jako swoje mieszkanie z ładnym widokiem na park. Stwierdziłem, że wolałbym coś bardziej izolującego, na co odpowiedziała coś o "małpach i ich betonowych jaskiniach". Inna struktura była wypełniona po brzegi czystą wodą, wirującą od sztucznych prądów i licznych, płazowatych organizmów. Wylewały się one na ulice, dosłownie, poprzez kręte rury do maszyn kroczących.

Caspian: Macie tutaj dziwny i piękny świat, Primrose.

Primrose: Szklane domy, Davidz-

Caspian: Tak, widzę je.

Primrose: Znaczy się nie masz podstaw, by nazywać nas "dziwnymi". Badałam twoją rzeczywistość przez prawie rok. Jesteście zbiorowiskiem wariatów.

Caspian: To dlaczego tutaj jestem?

Primrose: Och, Davidzie, nie miałam na myśli, że jesteś spec-

Caspian: Nie, znaczy się. Potrzebowaliście mnie jako "próbki", ale najwyraźniej jestem już cały zeskanowany. Śniadanie mogę jeszcze zrozumieć jako po prostu formę uprzejmości. Jednak teraz - co ja tak właściwie nadal tu robię Primrose?

Primrose zaprzestała podążania ścieżką. Wskoczyła na pobliską skałę zrównując naszą wysokość oczu.

Primrose: Czy zechciałbyś spędzić ze mną ten dzień?

Caspian: Przepraszam… ja?

Primrose: Proszę cię o spędzenie jednego, całego dnia tutaj, ze mną, w mojej rzeczywistości. Chodź, rozejrzyj się! Musisz być wszystkiego bardzo ciekaw.

Caspian: Czy ciekawość czasem nie zab-

Primrose: To kocia metafora, Davidzie. Nie możesz jej używać.

Caspian: Dobrze, więc… czemu?

Primrose: To jest właśnie niuans: nie możesz mnie pytać czemu to robię… albo jak działają PACT-y. Mogłabym całkiem na pewno wpaść w niezłe tarapaty za mówienie ci o tym. Jesteś jedyną osobą na tym świecie, która ma poziom dostępu, Davidzie, masz moje gratulacje. Możesz za to zobaczyć cuda tego świata, mając rozkosznego, gadającego kota za swojego przewodnika. Myśl o tym jako o badaniach. Uznaj to za dyplomację. Albo za wakacje! Wiem, że już trochę czasu minęło, od kiedy miałeś takowe. Co ty na to?

Zamilkłem i rozejrzałem się po raz ostatni po okolicy. Na nieodległym trawniku rodzina miała wspólny piknik. Ich córka bawiła się z żywym, pluszowym misiem, w całości zrobionym z materiałowego patchworku. Mężczyzna rzucił piłkę do swojego psa, a ten odrzucił ją z powrotem. Dostrzegłem kolosalnego faceta przy tuszy, o wzroście co najmniej dwóch i pół metra, który siedział na pobliskim wzgórzu. Wokół niego rozrastał się tłum, który słuchał jego gry na gitarze tak wielkiej, jak on sam. Pomimo odległości mogłem usłyszeć jak śpiewa rymowaną, francuską piosnkę.

Caspian: Sądzę… że to stanowiłoby dobry materiał na pracę naukową.


Kompendium rozpoznaje Kolektyw.


Wartość jest tym, co nazwiesz wartością, jeśli tylko przestanie się mówić o złocie i ustrojstwach. Mówimy wam, byście dali nam jedną osobę po drugiej stronie próbującą obudzić masy, wydać deklarację i wstrząsnąć systemem, a otrzymacie wartość.

Jednak teraz my jesteśmy systemem. I rozmawiamy o wstrząśnięciu nimi.

Co się stanie, kiedy przyjdziemy i naprawimy ich wszystkie problemy, hę? Nie jesteśmy na tyle aroganccy, by mówić "sztuka jest cierpieniem", ponieważ sztuka jest doświadczeniem. Partnerstwo nazwało wielkimi dziełami A6K ich grobowce i świątynie ku chciwości, ale to jest ich pieprzona egzystencja. To jest świat, który zbudowali. Sztuka, którą stworzyli.

Musimy pozwolić im na stworzenie własnych deklaracji. Musimy pozwolić im zdefiniować własną tożsamość. To jest bzdurne, ale mniej gówniane od alternatyw. Teraz my jesteśmy systemem. My jesteśmy. Systemem. Musimy patrzeć wiele pokoleń w przyszłość. Możemy im pomóc teraz, ale ich dzieci, dzieci, dzieci i ich dzieci będą jedynie tacy jak my. Jeśli mamy być autorytetem, nie będziemy autorytetem, który niszczy oryginalność. Będziemy "cool".

Nie możemy im przeszkadzać.

Kulturowy Kolektyw Artystów głosuje na Nie.

2 - 3

Lokalizacja: "Nous sommes devenus Magnifiques", Gwinea Bissau, Afryka Zachodnia.


Muzeum było cudem samo w sobie - choć cokolwiek mniejszego raczej by mnie rozczarowało. Z daleka wydawało się pięcioma kolumnami z omszałych kamieni - gładkich rzecznych głazów ustawionych przez jakiegoś niesamowitego olbrzyma. Jednak każdy "kamień" był ogromną, samodzielną strukturą wykonaną z cienkiego metalu i białej ceramiki, ustawione jeden na drugim, bez fizycznej możliwości przemieszczania się pomiędzy nimi. Tak już najwyraźniej jest w świecie post-teleportacyjnym. Wewnątrz każdego zaokrąglonego kompleksu znajdowała się pojedyncza ekspozycja, a ja z Primrose na ręce, biegałem pomiędzy nimi jak dziecko pozostawione bez nadzoru. Mógłbym spędzić cały dzień w tym muzeum. Mógłbym tutaj spędzić nawet całe swoje życie.

Chodziłem wokół dużego akwarium wypełnionego mętną, pozbawioną życia wodą. W jego centralnej części stał pomnik mężczyzny, który unosił swoje ręce ku górze. Po chwili dostrzegłem w zbiorniku dzieci, dryfujące z pustym wyrazem oczu. Ruszyłem szybko w ich kierunku, przepełniony obawami. Wtem trójka tych samych dzieci wychyliła swoje głowy znad krawędzi akwenu i opluła mnie wodą. Zachichotały i zniknęły. Primrose niczym mędrczyni wskazała mi podłogę i okazało się, że stoję w wyraźnie zaznaczonej "strefie chlapania".

Do tej pory uważałem ten wszechświat za nadzwyczaj czysty i sterylny. Jednak wizyta w galerii poświęconej Robertowi "Bobo" Blythe całkiem doraźnie zmyła ze mnie to wrażenie. Rzędy obrazów, rzeźb i dziwnych, multimedialnych hologramów przedstawiały akty obscenicznej przemocy i perwersji; hedonistycznych orgii, które wykorzystywały jedzenie, seks, narkotyki i narcyzm na sposoby, których nigdy bym sobie nie wyobraził w swoich najgorszych (bądź najlepszych) snach. Przy wyjściu spoglądałem na zestarzały olejny portret przedstawiający artystę. Wyglądał na szczęśliwego człowieka.

Oczywiście nic tak mnie nie zaszokowało, jak ostatnia wystawa.

W najwyżej położonym "kamieniu" muzeum był amfiteatr pełen drewnianych listw ułożonych w stopnie oraz mający szeroki sufit ze szkła i krat. W jego centrum znajdowała się pojedyncza rzecz, zabezpieczona jedynie przez czerwony sznur z aksamitu. Wokół gromadził się tłum ludzi większy niż przy Mona Lisie, wielu wyginało się, by mieć jak najlepszy widok. Primrose i ja weszliśmy do tego pomieszczenia i w tym samym momencie stanąłem, nie będąc w stanie mrugnąć.

Rzeźba. Ta Rzeźba.

Chciałem krzyczeć - ostrzec setki gapiów… zanim zdałem sobie sprawę z nieprawdopodobnej głupoty moich zamiarów. Wzdrygnąłem się, kiedy Primrose wskoczyła mi na ramię. Uśmiechnęła się i moje nerwy się uspokoiły.

To nie był ten sam koszmar betonu i zbrojeniowych prętów, jaki zagnieździł się w mojej pamięci. Ospowate, przypominające obcego ciało, które znałem, zostało zastąpione przez gładkie kontury steatytu; coś pomiędzy rzeźbami rdzennych Kanadyjczyków a szczytem antycznej sztuki rrymskiej. Nie było bardziej "ludzkie", ale na pewno mniej niepokojące. Brąz i czerwień na tego "twarzy" były teraz żywe, nieomal luminescencyjne, rozłożone w płynny wzór Rorschacha. Najbardziej uderzająca różnicą był kształt tego. Ciało wyginało się w tył, aż klatka piersiowa uformowała piękny łuk, a tego głowa niemal dotykała ziemi. Jej ręce były zgięte, a tysiące cienkich jak pasmo włosa metalowych drucików, zwijało się i jakby rozkwitało ku górze. Owe żelazne pędy paproci tworzyły wielki abstrakcyjny stożek, który sięgał sufitu i rozpraszał światło w dziwne, geometryczne wzory.

To było przerażające, ale nawet ja nie mogłem zaprzeczyć, że to było-

Primrose: Piękne, nieprawdaż?

Caspian: Zapytaj mnie, kiedy żołądek przestanie podchodzić mi pod gardło.

Primrose: Ha! Widzisz, to jest nieobserwowane tylko przez jedną sekundę w ciągu 24 godzin, dokładnie o północy. W tym czasie zmienia swoją formę w coś zupełnie nowego, codziennie. Ludzie przybywają z całego świata, by to ujrzeć - choć teraz dzięki "Krzesłu Wszędobylskim" nie jest to już taki wyczyn. Mimo to nadal jest dzień, a to pokazuj-

Caspian: Nie martwisz się, że to może… wiesz?

Primrose: Co może? Skrzywdzić kogoś? Zabić kogoś? Och mogłoby, jeśli tylko bylibyśmy tak impertynency, by zamknąć to pod kluczem i pozostawić niewidzianym, pozwalając taplać się we własnych brudach. Każda osoba zrobiłaby to samo. To jest rzeźba, Davidzie. To jest sztuka! Ona się zatrzymuje, kiedy jest widziana, ponieważ chce być oglądana!

Caspian: Jak zgaduję, to wam o tym powiedziało. Wspominałaś wcześniej coś o "rozmawianiu" z anom- fenomenami. Jak udało wam się to osiągnąć?

Primrose: PACT-5. Udało nam się poskładać razem osobliwe radio, sok telepatycznej rośliny achlorofilowej i przejętą po uwolnieniu tysięcy dzieci porwanych przez demona z rosyjskiego folkloru, panglobalną, fenomenową częstotliwość radiową. To były 3 z 197 kroków, i więcej nie mogę ci podać. Jeśli chodzi o Rzeźbę, nie ma co tutaj za dużo do opowiadania. Rozgryźliśmy to w stary, sprawdzony sposób: metodą prób, błędów i cierpliwości. Och, no i z nadzieją, że to nie może po prostu być betonowa maszyna do zabijania.

Caspian: Nie… sądzę bym kiedykolwiek mógł zebrać się na takie nadzieje. Nie po tym, jak widziałem do czego… ta rzecz jest zdolna.

Primrose uśmiechnęła się do mnie pieszczotliwie i nieco protekcjonalnie.

Primrose: Chyba wiem, gdzie zabiorę cię tym razem.


Kompendium rozpoznaje Stronę Nieobecną.


Ostrzegałem ich. Nie posłuchali.

Nie możemy dać im odkupienia.

Nie.

2 - 4

Lokalizacja: Punkt Zero(?), Australia.


Primrose powiedziała "Punkt Zero, Australia" i podejrzewam, że właśnie tam powędrowaliśmy. Po prostu nie mogłem tego stwierdzić na pewno, poprzez zwykłą obserwację otoczenia.

Znaleźliśmy się wewnątrz szklanej kopuły - takiej o grubej na pół metra ścianie z polimeru, jakie widziałem w 1000 komór przechowawczych. Kopuła była ogromna - ale nie masywna - bardziej przypominała mały terminal na lotnisku. Na zewnątrz świat był bujny i tropikalny, z drzewami sięgającymi wysoko ponad kopułę i kwitnącymi nad naszą szklaną muszelką, winoroślami. Nie jestem botanikiem, ale surrealistycznym jest nie być w stanie rozpoznać żadnej rośliny. Każda z nich była czymś nowym dla mnie; drzewa z korą ułożoną jak pancerne płyty, cebulki kwiatowe zwisające z cienkich włókien, opadające ze sztywnych, zielonych łodyg - niczym żyłka z przynętą.

Wszystko to było tak spektakularne, że prawie przegapiłem stojącego przede mną 20-metrowego gada.

Zabrakło mi tchu w piersiach. Instynktownie obróciłem się do ucieczki, potykając się o własne stopy. Cofnąłem się, a moje ciało naczelnego wypełniło się pierwotnym strachem, spoglądałem w oczy tego - tego szczytowego drapieżnika; niemożliwego do zabicia potwora. Jakaś część mnie nadal była świadoma ściany z odpornego na zniszczenia szkła, która była między nami. Jednak reszta wiedziała, że to nie wystarczy, by powstrzymać to. Ruszyło do przodu. Ponownie wycofałem się. W tej chwili Primrose spokojnie weszła pomiędzy nas. Usiadła.

To się zatrzymało.

Primrose: Tylko zwiedza.

Jaszczur jeszcze chwilę stał w miejscu, jego szeroko rozstawione, niezliczone, czarne, paciorkowate oczy spoglądały na mnie. Po czym się odwrócił. Wszystkie osiem jego nóg uderzało z grzmotem w ziemię wraz z każdym krokiem. Pot spływał z mojego czoła. Primrose patrzyła jak kreatura znika za linią drzew, po czym zwróciła swoją twarz ku mnie.

Primrose: Przepraszam za to; musiałam to zobaczyć. Instynkt zabójczy Immortigona jest legendarny.

Caspian: Oo mój- słodki Chryste, daliście temu czemuś imię!?

Primrose: Imię? To jest nazwa rodzaju, do jakiego przynależy, geniuszu. Tak nazywamy wszystkich spośród nich.

Na polanach na zachodzie, na wzgórzach na wschodzie i wędrujące przez gąszcz lasów tropikalnych, przed nami znajdowały się smoki. Setki smoków. Kolosalne, ciężkie ciała i szkieletowe, rekinie paszcze - tak bardzo podobne do koszmaru z mojego świata. A jednak wszystkie one wyglądały… zdrowo. Ich kończyny były pokryte bladymi wzorami z łusek o barwie niebieskiej, zielonej i żółtej. Ich ciała pokrywało kudłate futro, a każdy kosmyk włosia był tak gruby, by stanowić warkocz; wszystkie zwisające jak witki wierzby.

Caspian: Te… one…

Primrose: Tak to one. Drugie najbardziej zabójcze zwierzęta na planecie. Były trzecie do czasu, aż pozbyliśmy się komarów. Ludzie oczywiście nadal są na szczycie rankingu. Niesamowite stworzenia, Immortigony. Nieśmiertelne, jednak nie wobec samych siebie. Zachowują się trochę jak mieszanka lwów z homarami. Jak tylko jakiś z nich stanie się zbyt duży, stary i powolny, reszta go pożera. Były… to byłoby trochę lekceważące, by nazwać je niuansem, ale dopóki utrzymywaliśmy mur pomiędzy nimi i nami, trzymaliśmy się z dala od ich wzroku, zabijały jedynie intruzów idiotów i kłusowników. Wiedzieliśmy, że są inteligentne. Próbowaliśmy nawiązać kontakt, ale zabijały każdego posłańca.

Caspian: Aż co? Jaki cholerny fenomenowy-anomalny-voodoo-cud uczyniliście by doszło do tego?

Primrose: Nic.

Caspian: Nic!?

Primrose: Tak właściwie to nic jawnego. Nic bezpośredniego. Musieliśmy coś zrobić, ponieważ pewnego dnia one po prostu… przestały. Podczas rutynowych badań naukowych jeden z naszych badaczy rozbił się w gnieździe Immortigonów - a był ich tam tuziny. Tyle że one go nie zabiły. Tak po prostu sobie stamtąd wyszedł. Chcieliśmy wysłać drona ratunkowego, ale on odmówił! Jak jakiś szalony naukowiec szedł spokojnie przez cały obszar wypełniony nimi i to podczas ich sezonu godowego! Wszyscy myśleliśmy, że to będzie koniec Badacza Clefa. Możesz jedynie wyobrazić sobie nasze zadziwienie, kiedy pokazał się cały nietknięty.

Caspian: Czemu? Jak!?

Primrose: Jak powiedziałam, nie do końca wiemy jak. Zapytaliśmy je dlaczego - a one odpowiedziały! Pierwszą i jedyną rzeczą, jakie te istoty nam powiedziały, było stwierdzenie, że jesteśmy "już nieobrzydliwi." To… miłe, jak sądzę.

Wpatrywałem się w te dziwne puszcze(?) Australii. Primrose siedziała ze mną i tak przez chwilę pozostaliśmy. Widziałem niezliczone ilości innych kreatur; niektóre mi obce, niektóre przerażająco znajome. Wydziwnione psy-raptory biegały w stadach, szczekając na siebie z użyciem dowolnych, angielskich fraz. Nad naszymi głowami szybował klucz karłowatych ptaków-samolotów, które Primrose nakazała mi ignorować. Raz przeszła też procesja ludzi, ubranych w splecione liście i rzeźbione kości. Kierowali się w kierunku wybrzeża, trzymając ogromny szkielet węgorza jak podczas parady z okazji chińskiego nowego roku. Młoda dziewczyna pomachała do mnie. Odmachałem. Nie ważne jak bardzo próbuję, nie jestem w stanie przypomnieć sobie jej twarzy.

Caspian: Macie tutaj dziwny i piękny, mały świat, Primrose.

Primrose: To jak nazwanie czajnika czarnym przez kota. Jednak nie powtarzaj tego po mnie. To kocia metafora. Tylko koty mogą jej używać.

Wybuchnąłem śmiechem. Primrose również. Zapytała, czy jestem głodny. Byłem i to tak bardzo, jak ktoś na progu śmierci.

Zjedliśmy późny lunch.


Kompendium rozpoznaje Manufakturę.


Nie przepadam za sprawami typu "los świata". Jestem tutaj tylko dlatego, że wyciągnąłem krótszy patyczek. Zachowuję swoją głowę schyloną i moje ręce są wiecznie zajęte pracą, a całą tę zabawę w politykę zostawiam wam. Wy wysyłacie nam fenomeny, my oddajemy wam PACT-y i poza tym nie wchodzimy sobie w paradę. Taka jest umowa.

A więc chcecie wiedzieć co myślimy o A6K? Dobrze. To są ofermy.

Wiecie, kiedy pracujesz z ogniem Prometeusza czasami się sparzysz! Czasami tworzysz czarną dziurę, kiedy wsadzisz samoulepszającą się maszynę wewnątrz niej samej! Może zdarzyć się, że stworzysz armię super-zombie cyborgów! Możliwe nawet, że przypadkiem przeniesiesz gdzieś całą populację Massachusetts! To nie znaczy, że powinieneś przestać! Sprzątasz ten bajzel, którego narobiłeś i wracasz do pracy. Inaczej jak świat miałby stać się lepszy.

Więc! Partnerstwo w dużej mierze ma rację. A6K nie ma nic, czego my już nie mamy, a jedyny zasób, który nas by interesował to innowatorzy. Tyle że tam innowatorzy są nazywani czubkami, wariatami i erudytystycznymi idiotami! Niech spróbują stworzyć lepszy kręgosłup. Do tego czasu…

Nie możemy z nimi pracować.

Unia Manufaktury głosuje na Nie.

2 - 5

Lokalizacja: "Muzeum Niesamowitości Hermana Fullera", i inne, Nashville, Tennessee.


Opuściliśmy plastikowo-białe UFO w kształcie muszli małży, które Primrose nazwała "kapsułą transportową", zajadając się pizzą kupioną w Detroit. Najwyraźniej to tam obecnie rezydowali królowie pizzy tego wszechświata. No proszę. Trudno mi było uwierzyć, że to wszystko wyhodowano w labolatorium - mięso, ser, a nawet drożdże. To było fantastyczne. Zjadłem ostatni gryz skórki ciasta, wytarłem dłonie w dżinsy i wskazałem na kapsułę.

Caspian: Dlaczego nadal używacie takich pojazdów? Przecież możecie się teleportować.

Primrose: Nadal musimy przenosić kanapy, Davidzie, a proszenie krzesła o pomoc w przeniesieniu kanapy byłoby bardzo nietaktowne.

Przeszliśmy przez pawilon wybudowany wokół wspaniałej, trzypoziomowej fontanny. Czysta woda ściekała z niej, tworząc tysiące maleńkich rzeczek, płynących drobnymi fugami. Bogaty w zieleń mech rósł wzdłuż nich, niczym linie na płytce drukowanej. Dookoła nas wznosiły się półkoliste budynki, wypiętrzone i rozłożone w taki sposób, że można było każdy z nich wyraźnie widzieć, jeśli tylko stanęło się w centrum pawilonu. Ich ogromne, koliste, wewnętrzne okna sprawiały, że czułem się, jakby obserwował mnie tłum gigantów.

Kiedy Primrose zasugerowała odwiedzenie "większej ilości muzeów" byłem zaskoczony. To było dokładnie to, co chciałbym zrobić. Nie narzekałem, ale przez cały wieczór towarzyszyło mi nieprzyjemne uczucie. To było zbyt idealne. Zwiedzanie tej rzeczywistości było jak spacer przez dom rodzeństwa, które odniosło sukces, spoglądając na ich wspaniałe osiągnięcia i nagrody. To było uczucie gorzkiej zazdrości - potępiania kogoś za sukces.

Kiedy szliśmy marmurowymi korytarzami muzeum Historii Naturalnej zatrzymałem się przy wielkim, ptasim szkielecie, umocowanym na mosiężnych słupach. Miał on wzdęty brzuch, bocianią szyję i potwornie ostry dziób. Spoglądałem przez żebra, próbując odkryć przeznaczenia dziwnej masy kości. Wyglądały prawie jak wnętrze zegarka kieszonkowego. Primrose podeszła do mnie.

Caspian: Czy to się dzieje z fenomenami, które nie pasują do waszej małej utopii?

Primrose: To biedne stworzenie wygasło samo z siebie, Davidzie. Kiedy fenomen nie "pasuje", znajdujemy odpowiednie dla niego miejsce. Zazwyczaj inną rzeczywistość.

Caspian: Więc zrzucacie swoje problemy na kogoś innego.

Primrose: (…) Och, naprawdę chcesz dać nam łatkę złoczyńców, czyż nie? Nie, Davidzie, po prostu znajdujemy rozwiązania. Pewien fotofobiczny fenomen będzie czuł się szczęśliwszy w świecie bez światła. Inne, bardziej brutalne stworzenia, preferują surowe środowisko; mniej ucywilizowane miejsca. Jeśli nie możemy tego zrobić tutaj, dopasowujemy rzeczywistość do fenomenu i vice versa.

Caspian: Wydaje się to być sprawiedliwym, drobnym systemem.

Oddaliłem się nim Primrose zdążyła odpowiedzieć. Bezsłownie przeszliśmy do Muzeum Technologii. Primrose ostrożnie dreptała kilka kroków za mną. Szybko mijałem ekspozycje, które uznałbym za fascynujące, ale byłem skupiony na pewnej rzeczy. Musiałem znaleźć to, czego tutaj brakowało.

Znalazłem to w głębi tego muzeum.

W tym słabo oświetlonym pomieszczeniu stała duża, rdzewiejąca aparatura; coś pomiędzy haubicą a cewką Tesli. Rozebrana, wybebeszona, ale zdecydowanie będąca produktem wojny. Była to tylko jedna z wielu paradoksalnych broni z ery kosmicznej, wiszących na ścianach i wypełniających szklane gabloty. Westchnąłem w ciemnościach, usatysfakcjonowany.

Caspian: Więc. Powiedz mi. Czemu tak pokojowy świat potrzebowałby maszyny takie, jak te?

Primrose usiadła wokół moich pięt, ilustrując sobą, jak wygląda zakłopotany kot. Widać to było po jej uszach.

Primrose: O to ci chodziło? Och, Davidzie-

Caspian: Nie "och, Daviduj" mnie. Skończ z tym.

Primrose: (…) Oczywiście, że mieliśmy wojnę. Nigdy nie twierdziłam, że takiej nie było. W większości były to zimne konflikty, ale nie były całkowicie bezkrwawe. Nie ma imperium zbudowanego bez choć kilku ciał u jego fundamentów.

Primrose poprowadziła mnie przez wystawę bez zawahania się, czy wstydu.

Primrose: Około wiek temu Wędrowcy bezpośrednio stanęli przeciwko Fundacji. Dowiedzieli się o… cóż, czymś, co Fundacja uważała za zło konieczne, a oni nazywali niewybaczalnym grzechem. Ja nazwałabym to co spotkało tą dziewczynę piekielną tragedią… ale niezależnie od tego, ta sprawa wywołała ostry konflikt pomiędzy tymi dwiema potęgami. Niektóre z pierwszych sojuszy Kompendium zostały zawarte w tamtych dniach, z powodu czystej konieczności. Fundacja sprzymierzyła się z Inicjatywą Sił Pokojowych i razem wznieśli Manufakturę nad przeklętą fabryką. Wędrowcy sprzymierzyli się z grupami marginesowymi, Czerwonymi Dłońmi i wyznawcami Wężowego Króla. Stworzyli stosy przerażających, niemożliwych broni, wznoszące się nad obiema stronami niewidzialnego frontu. Stamtąd pochodzi PACT-5, jeśli mam być szczera. To była broń na wojnę. Trzeba było być w stanie porozumieć się z fenomenami, by wydawać im rozkazy.

Caspian: Więc… co się stało?

Primrose: Rozejrzy się, Davidzie! Sądzisz, że ktokolwiek z nas stałby tutaj, gdyby tamta wojna się zaogniła? Nie, w końcu stosy urosły tak duże, a broń stała się tak niewyobrażalnie monstrualna, że żadna ze stron nie była w stanie wyobrazić sobie możliwości jej użycia. Więc zaczęli prowadzić rozmowy. Po trochu i powoli. Zaczęli oferować sobie wzajemnie ustępstwa i sugestie, nowe sposoby rozwiązywania ich wspólnych problemów. W końcu, zjednoczeni, zwrócili swoją broń przeciwko wspólnym wrogom - antycznym, nienawistnym nieśmiertelnym, których wcześniej nikt z nich nie mógł wymazać na własną rękę. Wspólnie uwolnili dziewczynę. Po tym dołączyły do nich inne grupy działające z nieziemskim, a potem, cóż, reszta jest historią.

Wpatrywałem się w jedną z ekspozycji. Wyglądało to, jak prawdziwy pistolet nerf, pomazany farbą w spreju. Zaśmiałem się słabo.

Primrose: Skończyłeś już rysować mnie czartem?

Caspian: W porządku, w porządku. Już nie będę.

Primrose: Świetnie. Więc mając to za nami, możesz spróbować się trochę zabawić?

Caspian: Wybacz. Ja się świetnie bawię Primrose, naprawdę. Po prostu ciężko nie być sceptycznym po zobaczeniu tych wszystkich rzeczy. Ja-… zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem najlepszą osobą do "bawienia się", więc naprawdę doceniam to wszystko. Wybrałaś naprawdę wyborne miejsca, by polepszyć mój nastrój. Kocham muzea.

Primrose: Wiem.

Zwróciłem swój wzrok na nią.

Caspian: Skąd dokładnie to wiesz?

Primrose lekko się wzdrygnęła.

Primrose: Jesteś naukowcem, Davidzie. Jesteś nerdem. Oczywiste jest to, że kochasz muzea.

Nim zdążyłem odpowiedzieć, Primrose przeszła do kolejnej sekcji. Miała rację. Jestem naukowcem. Studiuję, robię notatki, teoretyzuję… i zaczynałem rozwijać całkiem niezłą hipotezę o Kotce Primrose.


Kompendium rozpoznaje Szczytowych.


Ponad sto lat temu, na początku istnienia Kompendium, czterech mężczyzn spotkało się w otwartym polu. Podali sobie ręce jak równi, choć trzech miało garnitury, a jeden nosił poplamiony od odchodów kombinezon. Ten ostatni mężczyzna nazywał się Wilson.

Kiedy poprosili go o pomoc w stworzeniu lepszego świata, miał on tylko jedną prośbę. Ta prośba ziściła się w postaci PACT-15 i dzięki temu moja 45. Wielka Matka Gniazda otrzymała dar wyższej myśli. Siedzę tutaj dziś z powodu tego mężczyzny oraz chęci Kompendium do otworzenia się na nowe umysły, nowe idee i nowe perspektywy.

Drżę, kiedy wyobrażam sobie świat bez takiej różnorodności myśli – świat małp i tylko małp. Na Otwarty Nieboskłon, chcę powiedzieć, że nawet nie prowadzilibyśmy tutaj tej dyskusji, gdyby nie praca znamienitej dr Primrose i jej Kociego Zastępu Badawczego. Nie mielibyśmy nawet pojęcia, że A6K istnieje! To, co widzimy przez tę drobną dziurkę od klucza, to świat taki, jakim nasz kiedyś był – planetą zdominowaną przez pojedynczy gatunek i pojedyncza perspektywę. Nie możemy być hipokrytami, moi drodzy współ-Ziemianie.

Musimy wyciągnąć do nich dłoń.

Wspólnota Wstąpienia Szczytowego głosuje na Tak.

3 - 5

Lokalizacja: Tacna, Peru.


Wieczorem pojechaliśmy nad wybrzeże - dokładnie, pojechaliśmy. W erze Krzeseł Wszędobylskich i kapsuł transportowych samochody przetrwały jako niszowe hobby. Wypożyczyliśmy Porsche 483 rocznik 1968, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, ale które było niezaprzeczalnie przecudowne. Primrose pozwoliła mi prowadzić, stwierdzając, że inaczej umarłbym przez złamane serce. Pędziliśmy starą, rozpadającą się autostradą, wijącą się wzdłuż krawędzi klifu. Robiło się późno. Po mojej lewej góra jarzyła się bladym bursztynem. Po mojej prawej ocean był pomalowany złotym paskiem sięgającym od naszego auta, aż po zachodzące słońce.

Zjechaliśmy w pobliżu punktu widokowego. Primrose usiadła na poręczy, a ja się o nią oparłem. Wraz z zapadającym zmrokiem przestawałem ufać swojemu wzrokowi. Czy ja widziałem miraże? Z całą pewnością na niebie było tylko kilka gwiazd, ale odbić widocznych w morzu było o wiele więcej. Im ciemniej było, tym więcej widziałem i podziwiałem.

To nie były odbicia. Tam na dnie było miasto. Ogromne, świetliste miasto, rozciągające się od granicy szelfu, aż po horyzont. Białe światło rozpraszało się na wielkich, szklanych kopułach, połączonych rurowatymi przewodami, które przypominały czułki. Bezkształtne, błyszczące satelity przemieszczały się wzdłuż oceanicznego dna w rzędach; jak pasy szybko poruszającego się ruchu ulicznego.

Caspian: Primrose… czemu jesteśmy tutaj, a nie tam? Nie mówiłaś, że macie podwodne miasta!

Primrose: Bo nie mamy.

Caspian: C-… więc… czym jest to wszystko?

Primrose: Miasto. Tylko nie nasze. Atlantyckie Supermiasto należy do Głowonogów. Oktopodów, głównie. Nie kontaktują się z nami.

Caspian: Och. W ogóle?

Primrose: Mm-mm. Od około pięćdziesięciu lat. Byli z Kompendium w sumie przez sześć tygodni, zanim zażądali niezależności. Po prostu nie dogadywali się najlepiej z resztą Ziemian; coś w rodzaju wpływu wyższej myśli na stworzenie, którego neurony rozciągają się przez całe ciało. Być może, kiedy twoje ręce- nogi- cokolwiek, jest w stanie myśleć samodzielnie, nie potrzebujesz większej ilości towarzyszy. Więc zwróciliśmy je do oceanu.

Caspian: Tak po prostu daliście grupie Ośmior-

Primrose: Oktopodów.

Caspian: Racja. Daliście im zaawansowaną inteligencję, a potem wyrzuciliście z powrotem do wody, jak jakiś zły narybek? A potem oni zbudowali- przepraszam, ale czy ty powiedziałaś Supermiasto?

Primrose: Od Anchorage na Alasce, aż po Nową Zelandię.

Caspian: I to wszystko nie… niepokoi cię? Ci tam na dole wyglądają na całkiem zaawansowanych! Co, jeśli zdecydują się przejąć także powierzchnię?

Primrose: Jak bardzo A6K z twojej strony, Davidzie. Co, jeśli tak nie postąpią? To, że z nami nie rozmawiają nie znaczy, że są wobec nas wrodzy. Nie każdy się dogaduje, ale też nie każdy próbuje cię zabić. Jeśli mamy poddać porażki PACT-15 rankingowi pod względem agresji, Oktopody są gdzieś pomiędzy meduzami a mszycami… a te owady prawie wywołały piekło na ziemi.

Caspian: Co się stało z meduzami?

Primrose: Moment świadomości, a następnie bardzo grzeczne "nie, dziękujemy."

Roześmialiśmy się, a następnie cieszyliśmy chwilą ciszy. Przypomniało mi to o czymś sprzed bardzo, bardzo dawna.

Caspian: Lisa pokochałaby to.

Primrose: Lisa?

Caspian: Moja stara przyjaciółka. Była biologiem morskim. Badała anomalną substancję z koralowca kiedy-… po mojej stronie rzeczywistości bywa trochę niebezpiecznie.

Primrose: Przykro mi.

Kiwnąłem głową. Oglądaliśmy morskie fale.

Primrose: Tez kogoś straciłam, raz.

Caspian: Naprawdę? Znaczy - nie chcę wyjść na nieczułego - ale po tym wszystkim, co dzisiaj widziałem, spodziewałem się, że udało wam się osiągnąć nieśmiertelność.

Primrose: Nie. Znaczy się, technicznie tak. Wiemy jak zakończyć śmierć. Nawet spróbowaliśmy, na chwilkę. Nauczyło nas to dosadnie, czemu życie musi się kończyć.

Caspian: Chciałabyś to rozwinąć?

Primrose: Wiesz, że nie mogę.

Caspian: Więc, wracając do tamtej osoby. Jaka ona była?

Primrose: (…) Była nerdem.

Chciałem zapytać o więcej detali, ale Primrose uniosła łapę, wpatrując się w niebo.

Primrose: Powinniśmy wracać do środka. Już prawie całkowicie zapadła noc.

Caspian: Czekaj, poważnie? Nie możesz widzieć w nocy? Czy co? Nadchodzą jakieś straszydła jak boogeymen?

Primrose nie odpowiedziała.

Caspian: O Boże, naprawdę nadchodzą boogeymeni?

Primrose: Nie, oni są aktualnie w Tasmanii. Po prostu nie chcę, żebyś mnie zawstydzał, Davidzie. Nie znasz wszystkich tutejszych zwyczajów - a noc nie należy do nas.

Primrose wskazała podbródkiem na niebo. Podążałem wzrokiem we wskazanym kierunku i moja szczęka uderzyła o podłoże.

Ogarnęły nas wielkie, srebrzyste chmury, choć jeszcze kilka sekund wcześniej niebo było zupełnie czyste. Przynajmniej na pierwszy rzut oka były to chmury - a ta nad nami prawie dotykała szczytu niedalekiej góry. To były pióra. Miliony piór, trzepoczących razem na nitkach białego jedwabiu, wiążących się w wielką, zniekształconą kulę. W krótkich przebłyskach widziałem tytaniczną muskulaturę zanurzającą się i wynurzającą z "chmury", pozbawioną skóry i szarą, nieludzką w swej segmentacji, służącą jako niewyobrażalna żywa maszyneria napędowa wewnątrz masy.

Miasta pod powierzchnią morza były całe wypełnione kulistym szkłem i jasnym, sztucznym światłem. Miasta znajdujące się na szczytach tych chmur były perfekcyjnie kwadratowe, zrobione jakby z kościście białej ceramiki i wydzielały księżycową poświatę bez niebiańskiej pomocy.

Primrose: Wszystko w ramach dzielenia się światem. Masz ochotę na kolację?


Kompendium rozpoznaje Nocnych.


Nie wpuszczali nas.

Wy nas wpuściliście.

Nie odwrócimy się od nich.

Przymierze Krainy Nocy głosuje na Tak.

4 - 5


Lokalizacja: Dotonbori, Osaka, Japonia.


Primrose zabrała mnie gdzieś, gdzie wyrządziłbym "minimalne szkody". Bar, w którym jedliśmy, mógł pomieścić tylko trzy osoby; wąska dziura w ścianie bez żadnego szyldu na zewnątrz. Primrose twierdziła, że to najlepszy ramen na świecie. Biorąc pod uwagę, że to nie był mój świat, trzymałem ją za słowo.

Zamówiliśmy i w czasie trzech minut zostaliśmy obsłużeni. Choć moja zupa wyglądała smakowicie, bardziej skupiłem swoją uwagę na kucharzu. Było to stworzenie pozbawione twarzy, unosząca się w powietrzu, wyglądająca jak syrena zaprojektowana przez H. R. Gigera. Jej ogon kończył się jakby szeroką, zaostrzoną łopatą, która była upaćkana mąką i kawałkami makaronu. Primrose schyliła swoją głowę, gdy ją obsługiwano. Postąpiłem tak samo. Zupa była wysublimowana, choć posmak czosnku wydawał się odrobinę ciężki.

W połowie jedzenia Primrose poderwała się, jakby doznała objawienia. Widać to było po jej wąsach. Przeprosiła i wybiegła za drzwi. Cieszyłem się, że zapłaciliśmy z góry. Chwilę potem do baru wszedł nowy klient, który musiał się mocno schylić, by się zmieścić. Z mojego punktu położenia widziałem, że był on bardzo, bardzo owłosiony.

Zerkałem na niego podczas jedzenia. Stworzenie- czy jak sądzę, fenomen - miało co najmniej dwa metry wzrostu. Stołek naprężył się pod jego wagą. Pokrywało go ciężkie, kasztanowo-brązowe futro, delikatne jak włosy na mojej głowie i, co mnie zawstydzało, o wiele lepiej zadbane. Jego płaska twarz miała trzy, bezwłose okręgi w miejscu ust i oczu, błyszczące i czarne. Niosło za sobą woń suchego, górskiego powietrza.

Raz zorientowało się, że się gapiłem. Gdy nasze oczy się spotkały, poczułem jak po moim kręgosłupie przebiega nerwowy dreszcz.

Kiwnęło mi powoli głową i wróciło do jedzenia makaronu.

Nie chcąc wystawiać mojego szczęścia na dalszą próbę, postawiłem miskę na blacie i wybyłem w noc. Tam znalazłem Primrose, która czekała na mnie, trzymając w swoich metalowo-igłowato-kołnierzowych-palcach dużą butelkę. Miała ona na etykiecie namalowany pojedynczy symbol Kanji.

Caspian: Primrose, co to jest?

Primrose: To jest, Davidzie, bardzo mocny likier.

Caspian: I co robisz z tym bardzo mocnym likierem, Primrose?

Primrose: Zamierzam go wypić, Davidzie, a ty mi w tym pomożesz.

Caspian: Czy przypadkiem nie miałem wyróżniać się jak najmniej?

Primrose: Taki był pierwotny plan, owszem, ale jest on nudny. Mój nowy zamiar to zrzucić każdą twoją pomyłkę i każdy błąd na fakt, że jesteś pijany! A to pójdzie o wiele łatwiej, jeśli naprawdę będziesz pijany.

Caspian: Myślałem, że miałem prowadzić obserwacje i badania.

Primrose: A ja myślałam, że jesteś na wakacjach! No weź! Słońce już zaszło, jesteś gościem w dziwnym świecie i nie masz nikogo, by złożyć raport… wyluzuj! Poddaj się miejscowym zwyczajom! Zaufaj swojemu przewodnikowi! Po prostu-… napij się ze mną, Davidzie.

Westchnąłem.

Caspian: Dobrze, jeden kieliszek - i to tylko z grzeczności.


Kompendium rozpoznaje Obserwatorów.


Możemy na moment przestać smarować wszystko filozoficznym pierdoleniem brachy? Nie rozmawiamy o uderzeniu pięścią w ich wymiarową dziurę – rozmawiamy o przejrzystości. Pamiętacie? Dawno, dawno temu w magicznych czasach? Kiedy utrzymywaliście nas w ciemnościach? Pamiętacie, kiedy wy odwalaliście powalone wygibasy na wzgórzu z kości słoniowej, a my plebejusze siedzieliśmy na dnie ciemnej doliny czy coś?

To nie działało. Nigdy nie działało. Zawsze was widzieliśmy – nawet jeśli widoczność była nieco zamglona. Nie możecie ukryć prawdy ani trzymać ludzi na dystans. W końcu i tak wejdziemy na scenę, a kiedy to robimy, jesteśmy wkurzeni. Zbieramy wszystkie ukrywane przez was sekrety i przerabiamy je w niepraktyczne, niemożliwe żarty. Kolektyw twierdzi, że sztuka to deklaracja? Więc oto nasza deklaracja. Wy. Nie. Jesteście. Bogami. Poza tym dajcie spokój. A6K jest pełen bezsensownie antagonistycznych wersji was samych. Naprawdę chcecie oznaczyć ich czerwoną flagą?

Krótko mówiąc, zgadzam się z live tweet i księżycową małpą. Zaczynacie rysować pomiędzy nimi a nami linie graniczne, a w ten sposób wszyscy staniecie się jedynie Strażnikami Wrót. My potrzebujemy tylko takiego jednego, a nie widzę by ktokolwiek z was trzymał płonący miecz. Nie jesteśmy ponad nimi. Nie zasługujemy na więcej niż oni.

My jesteśmy nimi.

Forum Obserwatorów głosuje na Tak.

5 - 5

Lokalizacja: Nadal Japonia? Prawdopodobnie?


Caspian: Prime (hic!) Teoria Wymiarowa to pieprzony, komiksowy nonsens, ty szalona kulo futra!

Primrose: To-! To mówi facet wciąż mierzący fluktuacje rzeczywistości w pur- purdolonych hume'ach! Co ty wiesz, ty ty półmałpo!?

Sądzę, że przed tą rozmową śpiewaliśmy karaoke. Wspomnienie kilku kolejnych godzin siedzi mi w głowie jak rozsypane puzzle; pamiętam fragmenty, ale nie to jak do siebie pasują. Na swoją obronę muszę powiedzieć, że wypiłem więcej, niż jeden kieliszek.

Primrose: Jasno zdefiniowane uni- unifikujące właściwości pomiędzy rzeczywistościami nie mogą wyjaśniać losowego prawda- prawdopodobieństwa-

Caspian: Atomy mogą układać się tylko na tyle cholernych (hic!) sposobów! Biologia podąża za innymi uniwersalnymi procesami! Masz grawitację, otrzymujesz szkielet. Masz fotony, oto są oczy. Ty-

Primrose: Nie mówię o prolifer- profil- prolif-acji życia bazującego na węglu w quasi-niekompatybilnej ekologii! Mam na myśli powtarzalność kulturową i religijną! Samo Zielone Kamienne Zwierciadło-

Caspian: Hierarchie społeczne! Mózgi marszczące się, by pojąć nieznane! Kon -(hic!) kurenc-

Yeti, Jak Sądzę: A co z teorią Henlowa o Międzywymiarowym Zasiewie Subatomowym?

Primrose: Och- pft! Henlow! Obalam Henlowa na śniadanie! Ten drżący kwaka-

Caspian: Nie mów do niego w taki sposób! I jeszcze jedna rzecz, mała pani stylowa! Drobna panienko marynarki i kokardy! Pomarańcz. I fiolet. Nie mieszaj!

Primrose: Aaa, podrapię cię.

Caspian: One kolidują!

Primrose: Chcesz być podrapany!?

Duży Lewitujący Orb: ❄︎♋︎ ♎︎⍓︎⬧︎&︎◆︎⬧︎&︎♋︎ ■︎♓︎♏︎ ❍︎♋︎ ⬧︎♏︎■︎⬧︎◆︎ ♓︎ ■︎♓︎♏︎■︎♋︎⬥︎♓︎♎︎⌘︎♏︎ 📖︎♋︎ ♋︎❒︎♍︎♒︎♓︎⬥︎♓︎⌘︎□︎⬥︎♋︎♍︎📬

Caspian: Tak! Tak! Widzisz!? Ten gościu- (hic!) to łapie!

Primrose: Och oczy- oczywriście, że zgodziłbyś się z Orbem!

Stamtąd, w pewnej chwili, wypłynęliśmy z powrotem na ulice mając przy sobie co najmniej pięciu nowych kompanów. Straciliśmy ich równie szybko, co mi nie przeszkadzało, biorąc pod uwagę, że byli oni małymi, ekstremalnie głośnymi ptakami. Zgubiłem Primrose za rogiem, co oznaczało, że sam się bardzo zgubiłem.

Nawet ośmielony przez duchy, byłem zbyt nerwowy, by zapytać o drogę, do momentu aż spotkałem innego człowieka, co zajęło mi zaskakująco dużo czasu. Był to mężczyzna w czarnym garniturze, stojący pod lampą uliczną, na zewnątrz szpitala. Nie odpowiedział na żadne z moich pytań, ale zaproponował mi papierosa. "Zazwyczaj bym tak nie postąpił," powiedział do mnie "ale to twój ostatni dzień w tym świecie. Więc powiedzmy, że się liczy." Nie mam pojęcia skąd wiedział o mojej umowie z Primrose, albo co się liczyło, ale zdecydowanie był miłym facetem.

Nie wiedząc, co dalej zrobić, zacząłem potykać się w kierunki stojącej na środku drogi, elektronicznej budki. Oznaczona była holograficznym symbolem identycznym z tym na broszce Primrose - oko w konturze globusa. Kiedy podszedłem na odległość kilku kroków pojawiła się druga projekcja - androgyniczny człowiek, będący w całości zrobionym z niebieskiego światła.

Caspian: Uch-… cze-cześć?

Budka(?): Dobry wieczór! Jak mogę ci pomóc?

Caspian: Ja-… uch, szukam kota-

Budka(?): Chciałbyś otrzymać listę schronisk dla zwierząt? Czy może chcesz się skontaktować z Rejestrem Kociego Społeczeństwa-

Caspian: Nie- nie, ja- słuchaj, wybacz, nie jestem stąd. Jestem z tamtego miejsca- ona nazwała je A6K-

Budka(?) Czy chciałbyś dołączyć do obserwacji trwającego obecnie Osądu Kompendium nad Jednością z A6K?

Caspian: (…) Tak?

Wtedy budka pokazała mi wszystko. Trochę otrzeźwiałem przez to.


Kompendium rozpoznaje Bezimiennych.


Nie ma żadnych granic. Jest tylko ścieżka.

Wielkość, skala i okoliczności są po prostu percepcyjne; normatywne; subiektywne.
Oni nie są nimi, my nie jesteśmy nami, nie bardziej niż wy jesteście wami, a my jesteśmy nami.
Główka szpilki może być szeroka jak każda droga, tak długo, jak jest sens, by podróżować.
Jeśli może a może, to powinno, więc będzie.
Nie ma tak i nie, nie ma stop i idź.
Jest tylko ścieżka, a jej rozstaje zawsze się zbiegają - ostatecznie; całkowicie; trwale.

Dwie ścieżki rozeszły się w lesie, a my?
Wybieramy ścieżkę odwagi.
Gdyż tylko głupiec walczy z entropią.

Będziemy podróżować tą ścieżką z nimi.

Z miasta w lesie gdzie wszystkie drogi się spotykają, idzie głos na Tak.

6 - 5

Lokalizacja: Szczyt wzgórza, gdzieś.


O tylko tyle poprosiłem krzesło: szczyt wzgórza gdzieś. Byłem niedaleko jakiegoś małego miasteczka - tego typu, jakie mogłeś znaleźć gdziekolwiek, ale jakoś wiedziałem, że jestem w Ameryce. Na tym wzgórzu był duży dąb, a ja siedziałem pod nim już dłuższą chwilę.

W końcu Primrose mnie znalazła. Przyniosła ze sobą butelkę.

Primrose: David! Dzięki Bogu! Skakałam po najróżniejszych dachach w poszukiwaniu ciebie, ty chytry, drugi kuzynie bonobo!

Caspian: Witaj Primrose.

Primrose: Whoa-hoh! Czy ty przez ten cały czas byłeś jakimś wielo-wątrobowym fenomenem, Davidzie? Wyglądasz na w pełni przytomnego!

Caspian: Mm. Gdzieś tam znalazłem automat. Był cały czarny, miał klawiaturę oraz zapytał mnie co chciałbym nabyć. Więc poprosiłem o coś na otrzeźwienie. Smakowało jak te ohydne, cynamonowe serduszka cukrowe… ale podziałało.

Primrose: Och! Więc…. dobra twoja! Teraz masz całkiem sporo miejsca na resztę zawartości butelki!

Caspian: Czemu tutaj jestem, Primrose?

Primrose zamilkła. Jej ogon opadł.

Primrose: Nie powinieneś o to pytać.

Caspian: Ale pytam. Czemu tutaj jestem?

Primrose: David, no weź. Mieliśmy taką zabawną noc-

Caspian: Powiedz mi, czemu tutaj jestem, Primrose.

Primrose: Słuchaj, po prostu- Jestem teraz o wiele, wiele za pijana na tę rozmowę-

Caspian: Do cholery Primrose, powiedz mi czemu tutaj jestem!

Primrose: Ponieważ chciałam spędzić chociaż jeden dzień więcej z moim najlepszym przyjacielem, okej!?

Po tym krzyku zapadła cisza. Kilka czarno uskrzydlonych ptaków poderwało się z pobliskiego drzewa, ale po tym, wszystko trwało w bolesnym zamarciu.

Caspian: David Caspian tego wymiaru.

Primrose: (…) Tak.

Caspian: Coś się mu stało.

Primrose: (…) Po tej stronie rzeczywistości też bywa niebezpiecznie, czasami. Nie każda osobliwość prowadzi do… miłych miejsc.

Oparłem się plecami o drzewo i spojrzałem w ciemny baldachim nade mną.

Caspian: Przykro mi. Miałem swoje podejrzenia, ale… przykro mi, Primrose.

Primrose: Tak, cóż… powinno ci być. Wesołe picie to jedno, ale teraz będziemy musieli zamienić to na posępne picie, więc-

Caspian: Nadal muszę się dowiedzieć czemu tutaj jestem.

Primrose: C-!? Co dopiero ci powiedziałam-!

Caspian: Nie chodzi o powód osobisty, tylko czasowy. Primrose, nad czym Kompendium głosuje w tej chwili? Co się stanie z moją rzeczywistością, jeśli zagłosują na "Tak"?

Primrose spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Odłożyła na bok butelkę.

Primrose: Jedność.

Caspian: I co to znaczy?

Primrose: To znaczy, że Kompendium zrobi to, co tutaj… ale tam. Uczyni wszystko lepszym. Przejmie kontrolę.

Caspian: (…) A… jeśli zagłosują na nie?

Primrose: Osobliwość nie może być zamknięta, Davidzie. Wiesz o tym. Wycięcie w rzeczywistość, w samej swojej definicji, musi być silniejsze od samej rzeczywistości. Jest tam na zawsze. Więc… albo twoja rzeczywistość jest zdatna, albo jest problemem. Kompendium albo zjednoczy się z A6K… albo wymaże je.


Kompendium rozpoznaje Siły Pokojowe.


Dużo się dzisiaj mówiło o tym co wykładamy na stół - czemu każdy z nas jest tutaj. Cóż, my, Siły Pokojowe, wiemy czemu tutaj jesteśmy. Potrzebujecie złoczyńcy. Potrzebujecie jakiegoś skurwysyna, by zrzucić na niego winę za wszystkie trudne decyzje. Potrzebujecie kogoś, kto tu usiądzie i powie "wyciągnijcie ich" albo "zamknijcie to", byście mogli wrócić do domu tej nocy i poczuć, że naprawdę próbowaliście podjąć właściwą decyzję, ale och, gdyby tylko te dranie z Sił Pokojowych wam pozwoliły.

Jesteśmy też tymi, których wysyłacie, kiedy dyplomacja zawodzi. Jesteśmy żołdakami, których teleportujecie do kultów, krwawych rzek i jakichś dziwacznych, odwróconych do góry nogami miast, pełnych nieśmiertelnych, popijających herbatkę kurew, ponieważ - nie zgadniecie - czasami coś po prostu chce was zabić. Nie możecie ich zostawić samych sobie, nie możecie ich relokować, ani namówić ich na bycie dobrymi. Oni po prostu chcą was zabić. Więc my zabijamy ich. Nie zapomnajcie, kto zajmuje się szlifowaniem waszego perfekcyjnego świata, kiedy jego elementy nie chcą do kurwy nędzy pasować do siebie.

Skoro już zadowoliłam swojego terapeutę, przejdę do rzeczy.

Wszyscy chcemy tego samego: bezpiecznego, stabilnego świata. Jesteśmy gotowi przedłożyć kompromis nad nasze metody, jeśli macie lepszą opcję. To tak nie działa w A6K. Przekonaliśmy się o tym. Oni idą na kompromis, tylko kiedy trzeba coś zrobić lub umrzeć. Wybierają skróty. Próbują złamać fenomeny, tak jakby to kiedykolwiek był dobry pomysł. A6K jest problematyczne i szczerze mówiąc, powinniśmy potraktować ich tak, jak każdy inny problematyczny wymiar.

Nie możemy im zaufać.

Globalna Inicjatywa Sił Pokojowych głosuje na Nie.

6 - 6

Lokalizacja: Szczyt wzgórza, gdzieś.


Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, w wyniku jakiejś dziwnej, międzywymiarowej kurtuazji, zaleciłem Primrose sparaliżowanie mnie. 22 godziny później to właśnie zrobiła.

Siedziałem zamarły na tym wzgórzu, trzymając kolana podciągnięte do klatki piersiowej. Nie mogłem mrugać. Nie mogłem oddychać. Krew zamarzła mi w żyłach, odmawiając przejścia przez serce. Mechanizmy mojego umysłu zatrzymały się ze skrzypnięciem i trzaskiem.

"Jedność",

Albo wymazanie.

Kiedy wznoszący się niepokój zaczął słabnąć o odrobinę, mój umysł zalała erupcja wariantów. Rozpościerały się przede mną niczym strome, poszarpane ścieżki. Mógłbym pobiec z powrotem do krzesła. Mógłbym poprosić je by zabrało mnie z powrotem na tamten dach. Mógłbym znaleźć jakiś sposób na powrót do swojej rzeczywistości, by ich ostrzec.

Powinienem ich ostrzec? Będzie to miało jakiekolwiek znaczenie? Uwierzyliby mi? Czy byliby w stanie powstrzymać Kompendium? Czy uderzyliby jako pierwsi? Czy ja mam decydować, która rzeczywistość ma zostać zniszczona, ta lub moja? Jak mógłbym zaufać ludziom, których znam krócej niż dzień? Jak mógłbym zaufać administracji, której nawet nigdy nie widziałem? Jak mógłbym zaufać własnej rzeczywistości? Nawet nigdy nie spotkałem Rady!

Odwróciłem się, by spojrzeć na Primrose i… miała ona taki wyraz, którego nie byłem w stanie opisać. Wyglądała jakby wstrzymywała bardzo duży wydech.

Zaraz potem zaczęła się śmiać.

Przewróciła się na swój grzbiet i roześmiana, turlała się w wilgotnej trawie.

Caspian: (…) Nie ma żadnej inwazji, prawda.

Primrose: Na Strażnika Wrót nie! O łaskawa Matko w Niebie, o Panteonie Stary i Nowy jesteś najbardziej łatwowiernym człowiekiem, jakiego spotkałam!

Caspian: Jestem tutaj od niedawna, Primrose! Oczywiście, że jestem łatwowierny! Chryste! Więc co tak właściwie oznacza ta "Jedność"!?

Primrose złapała oddech i uśmiechnęła się do mnie.

Primrose: Kontakt. Jedność oznacza wyciągnięcie ręki do twojej rzeczywistości i zaoferowanie rozmowy. To wszystko, tylko tyle!

Caspian: Więc niech nazywają to kontaktem!

Primrose: Kompendium to instytucja naukowa, Davidzie. Lubią używać wymyślnych sformułowań.

W końcu odetchnąłem. Opadłem na trawę z rozłożonymi rękoma i spoglądałem w gwiazdy.

Caspian: Wal się, Primrose.

Primrose: Zasłużyłeś sobie na to. Mówiłam, że masz nie pytać.

Caspian: (…) Więc oni po prostu chcą z nami porozmawiać.

Primrose: Na początek. Po pewnym czasie, jak już się do siebie przyzwyczaimy, zaczniemy wysyłać pomoc humanitarną… może jakąś prostą technologię, jeśli zechcecie. Nadal jest to inwazja, na swój sposób - po prostu bardzo powolna i całkowicie dobrowolna inwazja. W chwili, w której powiecie "przepadnijcie!" Odejdziemy.

Caspian: A co jeśli nie będzie jednolitej opinii w tej kwestii? Co, jeśli jedna część świata będzie chciała waszej pomocy, a inna przeciwnie?

Primrose: Nie ma znaczenia; musicie działać jednogłośnie. Jak tylko dojdziecie do jakiegoś konsensusu albo jakiegoś zjednoczenia - wspólnej władzy w postaci rady naukowej działającej dla dobra świata, jeśli tylko osiągniecie coś takiego - możecie śmiało do nas oddzwonić.

Caspian: Zdarza wam się to… często?

Primrose: Wystarczająco! Mamy tego typu głosowania za każdym razem, gdy natkniemy się na nowy wymiar. Jednak nieczęsto zwoływana jest całość Kompendium. Zazwyczaj, jeśli poruszymy temat Jedności, sprawa jest jasna i prosta. A odpowiedź zwykle brzmi nie. To może i jest tylko "gadanina", ale zdajemy sobie sprawę z tego jak szkodliwe i destabilizujące efekty mogą iść za Jednością. W końcu, jak sam powiedziałeś, co jeśli niektórzy chcą byśmy zostali, a pozostali na odwrót? Kontakt może spowodować zjednoczenie - albo wojnę światową.

Caspian: I… nie niszczycie rzeczywistości, kiedy zagłosują na "nie."

Primrose: Nie, Davidzie, oczywiście, że tak nie robimy. Ironicznie, wyrwy wymiarowe są jedynymi fenomenami, które faktycznie zabezpieczamy. Pieczętujemy je, osłaniamy i monitorujemy. Zniszczenie całej rzeczywistości… wątpię by nawet Kompendium posiadało taką potęgę! Raczej. Zdarzały się rzadkie momenty, kiedy oferowaliśmy… "miłosierdzie", jak sądzę, ale to były wymiary gdzie wszystko szło prosto w diabły i ogień piekielny. Twoja rzeczywistość nie jest w takim punkcie i zdecydowanie nie jesteście zagrożeniem. Jesteście po prostu… cóż, zdecydowanie jesteście bardzo szarym polem.

Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Prawie czułem się źle z tym, że nie było żadnej zagłady na horyzoncie, jakiejś okropnej puenty tej przygody. Po prostu leżałem tam, spokojny niczym podczas zen, całkowicie pozbawiony wiary we wszechświat(y).

Primrose westchnęła i ułożyła się obok mnie.

Primrose: Davidzie, wiem o rzeczywistościach alternatywnych więcej niż ktokolwiek w moim świecie. Zdecydowanie wiem więcej niż ty - bez obrazy. Siedzę w tej dziedzinie 60 lat dłużej niż ty. Po prawdzie nie mam pojęcia czemu nasze światy są tak różne i jednocześnie tak podobne. Nie wiem, czy to kurczak, czy jajko z wami ludźmi i waszym fenomenem. Czy to wasza rzeczywistość jest złowroga i czyni was agresywnymi i pozbawionym zaufania? Czy to wasz brak zaufania i agresja czynią waszą rzeczywistość złowrogą? To wy? Czy to okoliczności? Czy A6K jest po prostu jedną wielką burzą w filiżance, wirującą bez kontroli? A patrząc na naszą część, czy my jesteśmy po prostu fundamentalnie różni od was, czy po prostu jesteśmy produktem jakiegoś zamglonego efektu domina sprzed tysięcy lat, kiedy jeden człowiek podjął decyzję być miłym dla drugiego?

Primrose wzruszyła ramionami.

Primrose: To delikatny kłębek sznurka, nasza dziedzina naukowa. Tak na boku, to też kocia metafora. Nie możesz jej używać.

Zerknąłem na chwilę na Primrose.

Caspian: 60 lat, huh?

Primrose przytaknęła.

Caspian: Ile masz lat?

Primrose uderzyła mnie w twarz, całkiem mocno, po czym odeszła w stronę krzesła.

Słońce zaczęło wschodzić.


Kompendium rozpoznaje Fundację.


Zawsze kończy się na nas i naszym głosie, prawda? Jest to sprawiedliwe. To my to wszystko zaczęliśmy.

Widzieliśmy wydrążone światy, służące za karmę dla wyjącego księżyca z kutego żelaza. Widzieliśmy planety pochłonięte przez śmierć, nieumarłość i odrażające życie. Oglądaliśmy potworność, obejmującą wszystko pod ponurym, czerwonym słońcem. Nigdy nie kategoryzowałbym rzeczywistości pod kątem makabryczności katastrof, jak na jakimś perwersyjnym konkursie, lecz mogę powiedzieć, że najbardziej bolesnym dla mnie było… zobaczyć piękny, nieskazitelny świat szczęśliwych ludzi… tylko po to, by przybyć na miejsce, gdy wszystkie kwiaty już zakwitły. Nie mogliśmy nawet im przekazać co nadchodzi… tak mało czasu mieliśmy…

Wybaczcie. Nie chciałem pogrążać się w przeszłości. Potrzebujecie nas jako tych racjonalnych, prawda?

Wszyscy musimy się zgodzić z okrutną prawdą: A6K jest najbliżej określenia prawdziwą rzeczywistością równoległą, spośród wszystkich odkrytych. Możemy siedzieć tutaj i potępiać ich działania oraz to, kim są, ale faktem pozostaje, że nigdy wcześniej nie znaleźliśmy nikogo tak bardzo podobnego do nas. Wznieśliśmy się z ciemności, razem, sliniejsi dzięki wielu trudom; kto powiedział, że im nie uda się to samo? Mogą stać się równi nam. Możliwe nawet, że pewnego dnia nas przerosną, pewnego dnia, ale ten triumf nie może pochodzić od nas.

To musi wyjść z nich samych.

Fundacja głosuje na Nie.

6 - 7

Z zastrzeżeniem:

Pieczętujemy wrota, ale nie całkowicie.

Będziemy mieć oko na A6K i pozwolimy im nas znaleźć. Kiedy to zrobią, przywitamy ich bez zabezpieczeń, przechowywań i ochrony.

Kiedy będą gotowi wkroczyć w światło, my tam będziemy.

Czy mamy to poddać głosowaniu?

Lokalizacja: Tokio


Wróciliśmy na ten dach. Mój płaszcz laboratoryjny pojawił się wraz ze mną, zwisając z oparcia krzesła. Podziękowałem mu dwukrotnie i powiedziałem, że wykonało dzisiaj wspaniałą pracę. Wydało przyjemne, ciche terkotanie.

Primrose usiadła tam, gdzie zobaczyłem ją po raz pierwszy - ale tym razem była odwrócona tyłem. Podszedłem i stanąłem obok niej, oglądając wschód słońca po raz drugi; tym razem nad rozległym baldachimem niesamowitej architektury, żywej zieleni i polerowanej bieli. Nigdy nie zapytałem jak zdołali wyhodować tak ogromny bluszcz. Zdecydowałem się tego nie robić. Nie musiałem wiedzieć. Było spektakularne i tyle wystarczyło.

Primrose: Nie sądziłam, że byłoby tak blisko.

Spojrzałem na Primrose.

Primrose: Chodzi mi o głosowanie. Wiedziałam, że Altruiści będą gotowi wyruszyć. Oni kochają pomagać bezradnym, a twój świat jest dobrą definicją bezradności.

Caspian: Primrose-

Primrose: Szczytowi też, być może. Mój głos musiał się na coś przydać. Plus, Psie Kolegium zawsze było za inkluzywnością - ale Płazie Siedlisko potrafi być takim zbiorowiskiem kijów w błocie!

Caspian: Primrose…

Primrose: I każdy mógł zgadnąć jak zagłosują mieszkańcy tego lasu. Zawsze tak jest. Nocni byli niespodzianką, patrząc po tym co im zrobiliście… ale co do jasnej cholery Kolektyw wygadywał!? Zrozumiałeś cokolwie-

Caspian: Hej, Primrose?

Przestała mówić, ale nie spojrzała na mnie. Mimo tego ile nauczyłem się o kotach, podczas całego pobytu w tym świecie, nie byłem w stanie jej przejrzeć. Jednak domyślałem się, co teraz czuła.

Caspian: Dziękuję za dzisiaj.

Nie odpowiedziała.

Caspian: I, uch… wybacz, że zmusiłem cię do wypuszczenia kota z worka o tym- ach, wybacz, to metafora tylko dla kotów?

Primrose: Możesz jej użyć…

Caspian: (…) Masz tutaj dziwny, bardzo piękny świat, Primrose.

Primrose: To mógłby być też twój świat, wiesz?

Tym razem była moja kolej, by milczeć. Patrzyłem, jak niebo zmienia się z przytłumionego pomarańczu, w blady, obiecujący błękit.

Primrose: Znaczy- nie będę mogła cię ponownie wyrwać z A6K, kiedy już będzie zapieczętowane, ale nie ma powodu, by ciebie tam odsyłać! Jestem pewna, że znalazłabym jakąś wymówkę dla Kompendium; jakąś długo terminową międzykulturową trans-wymiarowo-… kwantowo-kwarkową- Gah! Coś wymyślę! A jeśli martwią cię ludzie z tego twojego SCP, możemy wysłać z powrotem klona lub androida - Albo! Niedawno odkryliśmy w Nepalu te bazujące na soczewicy formy życia, imitujące ludzi! One potrafią jedynie ślinić się i potykać co chwilę, ale wątpię, że ktoś w twojej głupiej rzeczywistości się zorientuje!

Jedynie uśmiechnąłem się, słabo. Słowa Primrose w końcu zmieniły się w cichy bełkot, a w chwili kiedy odwróciłem się, by na nią spojrzeć, jej głowa zwisała pochylona.

Caspian: To był naprawdę wspaniały dzień.

Primrose: (…) Nie masz zamiaru im powiedzieć, prawda? Mam na myśli twoich szefów.

Caspian: Fundacji SCP? Dobry Boże, nie. Coś zmyślę dla nich … ale tak właściwie to mam na myśli kogoś, kto doceniłby to. Oni zawsze są chętni na dobrą historię i potrafią dotrzymać tajemnic.

Primrose przytaknęła. Wsadziłem swoje dłonie w płaszcz laboratoryjny. Bez żadnych wspaniałych fanfarów czy pożegnań, wiedziałem, że czas wracać.

Zanim tak się stało, poprosiłem Primrose o jedno.

Mruczała coś, ale się zgodziła.

Pogłaskałem ją po głowie,

i zniknąłem.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported