SCP-PL-206
ocena: +22+x
Identyfikator podmiotu
> SCP-PL-206
Klasyfikacja
> Poz. 4 ID: 0206
Klasa podmiotu
> Aether
Poziom zagrożenia
> Nieokreślony [?]

Informacje wstępne, część I: Raport zaginięcia samolotu transportowego F-253

Pełny raport znajduje się w posiadaniu Wydziały Śledczego Fundacji (Raport numer 72-525-F253)

23 kwietnia 2019 roku Fundacyjny samolot transportowy F-253 (Używany przez Fundację samolot Boeing C-17 Globemaster III, wykorzystywany w działaniach koordynowanych przez Departament Logistyki) podczas kursu z Ośrodka Magazynowego PL-11 do Strefy PL-74 znikł z radaru o godzinie 17:11 w miejscu o współrzędnych geograficznych ██º██'█.███" N ██º██'██.███" E. Ostatnie minuty nagranej rozmowy załogi dotyczyły pogorszenia warunków atmosferycznych i usterki wysokościomierzu. Poniżej znajduje się fragment logu rozmowy:

Maciej Tyreńczyk (drugi pilot): Zaczyna padać.

Dariusz Kubaczko (pierwszy pilot): Mówiłem, żeby ominąć tę chmurę.

Maciej Tyreńczyk: I tak mamy kilka godzin opóźnienia. Powinniśmy być w Strefie już po piętnastej. Walimy przez nią.

Marek Greń (pomocniczy członek techniczny): Najwyżej walnie w nas piorun.

Dariusz Kubaczko: Nie widzę błyskawic, ale w chuj ciemno. Dziwna pogoda.

Maciej Tyreńczyk: I już nie pada. Postraszyło tylko.

Marek Greń: Coś się nie zgadza, instrumenty pokazują, że lecimy ledwie kilometr nad ziemią.

Dariusz Kubaczko: Rzeczywiście. Może się coś zepsuło? Dopiero co był przegląd. Mogli coś spartolić.

Maciej Tyreńczyk: Zobacz na konsolę, (szum akustyczny) jakbyśmy lecieli za nisko.

Dariusz Kubaczko: Wieża, F-253. Mamy problem z wysokościomierzem. (szum akustyczny)

Marek Greń: Wysokościomierz nagle podskoczył i opadł, oscyluje (szum akustyczny), powoli spada.

Operator wieży: F-253, mamy zakłócenia na łączności z wami.

(szum akustyczny)

Maciej Tyreńczyk: Przelatujemy przez cholernie gęstą chmurę. (szum akustyczny)

Dariusz Kubaczko: Teraz cały czas utrzymujemy stały kurs i wysokość.

Marek Greń: Wróciło do normy, znowu mamy jedenaście kilometrów.

Dariusz Kubaczko: Mówiłem, że usterka.

(szum akustyczny)

Operator wieży: Postarajcie się dolecieć w jednym kawałku

Maciej Tyreńczyk: Przejaśnia się.

Marek Greń: Wysokość dziewięćset metrów. Co do kurwy?

(szum akustyczny)

Dariusz Kubaczko: No co jest?

(szum akustyczny)

Operator wieży: F-253, co się dzieje? Znikacie nam z radaru.

(szum akustyczny)

Maciej Tyreńczyk: Boże, tu jest pełno gór…

(Połączenie zostało utracone, maszyna znikła z radaru.)

206-1.jpg

F-253 na pasie startowym Ośrodka PL-33.

Tego samego dnia rozpoczęto poszukiwania F-253. Po dokonaniu dogłębnych oględzin lokacji zaginięcia nie odnaleziono wraku, jego fragmentów, poszlak wskazujących na ewakuację załogi — praktycznie nie stwierdzono istnienia jakichkolwiek śladów świadczących o katastrofie jednostki. Dalsze śledztwo wykluczyło również scenariusz porwania maszyny przez wrogie Organizacje, między innymi z racji braku strategicznej ważności przewożonego ładunku.

Śledztwo związane ze zniknięciem F-253 kontynuowano przez następne siedem miesięcy.


Informacje wstępne, część II: Odnalezienie zaginionego członka załogi F-253

26 listopada 2019 roku grupa lokalnych mieszkańców zaalarmowała jednostkę policji odnośnie odnalezienia podczas polowania w lesie ciało mężczyzny. Według relacji, mężczyzna „pokryty był w całości śluzowatą substancją”, ponadto znajdował się w stanie głębokiego snu lub innego rodzaju letargu. Wysłany patrol zastał mężczyznę w stanie, w jakim znaleźli go myśliwi, po czym zaalarmowawszy pozostałe służby miejsce zostało zabezpieczone. Fundacja zareagowała w wyniku doniesień o „niecodzienności” znaleziska oraz ulokowaniu go w pobliżu miejsca zaginięcia F-253. Dogłębne oględziny pozwoliły ustalić, iż śluz koloru beżowo-błękitnego, pokrywający ciało odnalezionego mężczyzny tworzy pewien rodzaj kokonu, który po rozszczelnieniu zaczął się samoistnie rozkładać. Mężczyzna został zidentyfikowany jako Marek Greń, technik mechanik samolotu F-253.

206-2.png

inż Marek Greń

Załogant odziany był w przepaskę wykonaną z liści nieznanej, bladozielonej rośliny, nosił ślady zabliźnionych ran i oparzeń oraz znacznie świeższe drobne urazy skórne.

Po przetransportowaniu do najbliższej fundacyjnej placówki medycznej mężczyzna został poddany badaniom i hospitalizacji. Odzyskawszy przytomność po szesnastu godzinach od pozyskania, wykazywał oznaki dezorientacji. Oprócz niewielkich defektów zdrowotnych jego stan nie wskazywał na niedożywienie i odwodnienie.

Mężczyzna został poddany przesłuchaniu. Zeznał, iż F-253 uległ katastrofie której nie przeżył pierwszy pilot, Dariusz Kubaczko, w wyniku rozbicia o masyw skalny, który miał niespodziewanie pojawić się przed maszyną w odległości uniemożliwiającej jakikolwiek manewr wymijający. Za śmierć pilota miała odpowiadać usterka systemu ewakuacyjnego (personel techniczny otrzymał reprymendę za niedopatrzenie podczas przeglądu maszyny).

Niezwykle cennym zeznaniem załoganta jest określenie miejsca pobytu ocalałej załogi. Personel miał przebywać wówczas w miejscu określanym przez nich samych jako „niebo”. Ze względu na specyfikę tego miejsca, dzięki posiadaniu podstawowej wiedzy przetrwania zdołali przeżyć w owym miejscu, poznając i dostosowując się do jego warunków naturalnych.

206-3.jpg

Pozostałości śluzu, którym pokryty był odnaleziony załogant.

Przeprowadzone badania wykluczyły możliwość oszustwa w zeznaniach załoganta, otrzymane opisy są spójne i wskazują na istnienie nieznanej lokalizacji bądź wymiaru, do którego załoga nieznanym sposobem zdołała się przedostać. Ponadto, Fundacja dysponuje materiałem pozyskanym podczas przechwycenia członka załogi: liście tworzące przepaskę, mające podłużny kształt, faliste brzegi i charakterystyczny bladozielony kolor zostały zebrane z rośliny nie podobnej genetycznie do żadnego znanego ziemskiego gatunku. W przypadku pozyskanego śluzu odkryto, iż składa się on w 98% z wody, natomiast pozostałe składniki stanowią nierozpoznane związki organiczne o cechach zbliżonych do [ZMIENIONO], co może umożliwić krótkotrwałe [ZMIENIONO] dzięki któremu odnaleziona osoba przeżyła w stanie braku przytomności. Sugeruje się, że mogła być to swego rodzaju forma nietrwałego organizmu. W związku z powyższymi wytycznymi utworzono dokumentację zawierającą wszystkie pozyskane dotąd informacje, natomiast zgodnie z zebraniem Rady O5 nadano numer klasyfikacyjny SCP-PL-206 oraz zarządzono utworzenie i nadanie nowej klasy Ezoterycznej SCP-13-07-Q „Aether” odnoszącej się do obiektów, których istnienie nie zostało pewnie potwierdzone, a wszelkie informacje dotyczące podmiotów są pozyskiwane od świadków ich manifestacji. Sformułowane Specjalne Czynności Przechowawcze odgórnie nie są wiążące i mają stanowić podstawę dla przyszłego postępowania w przypadku potwierdzonego odkrycia anomalii.

Los drugiego pilota, Macieja Tyreńczyka, jest nieznany. Pozyskany pracownik zeznał, iż w wyniku nagłego incydentu mężczyźni zostali rozdzieleni, po czym wszelki kontakt z drugim załogantem został urwany.


Informacje główne: Dokumentacja podmiotu SCP-PL-206

Specjalne Czynności Przechowawcze: Należy utrzymać bezpieczny środek podróżowania dwustronnego do SCP-PL-206. Wszelka ingerencja w istniejący ekosystem musi być przeprowadzana z jak najmniej szkodliwym możliwym wpływem. W przypadku degeneracji ekosystemu należy doprowadzić do jego regeneracji.

Personel znajdujący się w SCP-PL-206 musi zachować szczególną ostrożność w interakcji z bytującymi w wymiarze istotami. Wszelkie oznaki wrogości ze strony organizmów należy natychmiastowo zgłaszać. W przypadku bezpośredniego zagrożenia życia zezwala się na użycie środków samoobrony mogących spowodować śmierć wrogiego organizmu.

W przypadku odnotowania nagłego spadku obserwacji organizmów zwierzęcych należy podjąć się ewakuacji personelu. Odpowiednio wyposażony personel taktyczny musi podjąć się zabezpieczenia bazy wypadowej Fundacji i wypatrywać wszelkich oznak zagrożenia zewnętrznego.

Całkowicie zabrania się wszelkich interakcji z formacjami kryształowymi odnalezionymi w SCP-PL-206, jeżeli działanie to nie jest zlecone przez kierownika projektu bądź osobę przez nią wydelegowaną.

Opis: SCP-PL-206 jest nierozpoznaną dokładnie lokacją bądź obcym wymiarem. Bez względu na naturę egzystencji, miejsce to posiada inne niż znane zasady rzeczywistości umożliwiające zwyczajne dla tego wymiaru istnienie form lądowych jedynie w postaci zawieszonych w powietrzu masywów skalno-glebowych, tworzących obiekty w postaci odseparowanych od siebie wysp.

Istniejący w wymiarze obieg wody wydaje się być pełen nieścisłości, lecz najwyraźniej jest on całkowicie normalny dla tej lokacji. Wiele z wysp posiada cieki i zbiorniki wodne, które zasilane są ze źródeł znajdujących się wewnątrz wzgórz charakterystycznych dla rzeźby terenu. Ujścia cieków znajdują się na krańcach wysp, gdzie tworzące się wodospady zanikają w znajdującej się daleko pod poziomem wysp warstwie gęstych, białych chmur. Z racji tego niebo jest zawsze idealnie czyste, gdyż chmury wydają się nie tworzyć ponad wyspami — wywołuje to brak opadów atmosferycznych. Widoczne w nocy położenie gwiazdozbiorów i konkretne ciała niebieskie wskazują na podobieństwo wymiaru do naszej rzeczywistości, jednakowoż odpowiednik Księżyca jest znacznie większy, ponadto jego widoczny teren różni się znacznie od ziemskiego satelity.

Wyspy posiadają rozwinięty i funkcjonalny ekosystem. Stanowią miejsce bytowania złożonych organizmów żywych identycznych do królestwa roślin, natomiast odpowiednio większe wyspy są siedliskiem zamieszkanym przez liczne gatunki zwierząt. Żadne z poznanych gatunków nie występują w znanym świecie, ponadto wydają się żyć w ścisłej zależności międzygatunkowej. Poszczególne gatunki organizmów posiadają wyjątkowe, wyróżniające je cechy; niektóre z nich mogą stanowić zagrożenie. Uzależnienie od dostępu do wody nie stanowi problemu, gdyż sposób nawodnienia wysp i dostępu do jej zasobu najwyraźniej całkowicie zaspokaja potrzeby organizmów.

Potwierdzono istnienie kilku gatunków roślin i zwierząt mogących zostać bezpiecznie spożytymi. Tak samo picie wody z cieków nie stanowi zagrożenia dla zdrowia.

Istnienie istot rozumnych nie zostało jednoznacznie potwierdzone. Ze względu na naturę lokacji, dokładniejsze zbadanie odnalezionego obiektu mogącego uchodzić za dzieło istot rozumnych nie może zostać przeprowadzone.

Jeżeli nastąpi udokumentowane odkrycie SCP-PL-206 wraz z poznaniem bezpiecznej metody podróżowania do lokacji, rozpoczęcie eksploracji badawczej jest priorytetem.


Informacje dodatkowe: Dokumentacja logów przesłuchań.

Informacja: Zamieszczone poniżej logi przesłuchań stanowią jedyne znane źródło wiedzy na temat SCP-PL-206. Na ich podstawie został sformułowany ogólny opis lokacji, pomijając fragmenty powtarzające się. Zachowano oryginalne zeznania wraz ze specyfikacją opisów przedstawianych przez Przesłuchiwanego, którym jest ocalały z katastrofy F-253 Marek Greń. Przesłuchania podjął się mgr Dawid Jabłoński. Kierownikiem prac był dr Bogdan Przybyłowski.


Przesłuchanie Pierwsze

Informacja: Przesłuchanie odbyło się godzinę po stwierdzeniu braku defektów zdrowotnych i wypisaniu pracownika z fundacyjnej placówki medycznej.

D. J.: Dobrze, chyba nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy zaczęli. Wszystko w porządku?

M. G.: Jasne. Miło być w końcu wśród swoich, na stałym gruncie.

D. J.: Otrzymał Pan jakieś specjalne zalecenia przy wypisie, które mogą wpłynąć na liniowość przesłuchań?

M. G.: Nie, mam jedynie uważać na rękę. (Unosi prawą rękę, pokazując opatrunek) Poharatałem się odrobinę, ale to nic poważnego. Wyczyścili, zaszyli i tyle.

D. J.: W porządku. Ponad siedem miesięcy temu wasz samolot zaginął w nieznanych okolicznościach. Mówił Pan, że doszło do katastrofy i przez cały ten czas przebywaliście w innym wymiarze, że tak pozwalam sparafrazować sobie wstępne zeznania, jakie Pan złożył.

M. G.: Tak. To miejsce było dziwne, ale piękne w swej niecodzienności. Niech Pan sobie wyobrazi, że pół roku spędził na podniebnych wyspach. Coś niesamowitego, stanąć na skraju jednej z nich i obserwować wielkie wyspy, unoszące się wszędzie dookoła i spływające z nich rzeki, prosto w białe, gęste chmury. Niezwykłe. Nie sądziłem, że coś takiego naprawdę może istnieć.

D. J.: Dużo Pan pamięta z chwili katastrofy?

M. G.: Było to pół roku temu, ale mniej więcej kojarzę fakty. Oczywiście nie powiem wszystkiego toczka w toczkę (śmiech), ale skleroza jeszcze mnie nie dopadła. Najpierw mieliśmy problem z wysokościomierzem, jak wlecieliśmy w chmury burzowe. Na szczęście nie było błyskawic, więc nic w nas nie walnęło… (Zamyśla się) Chyba właśnie coś podobnego wtedy powiedziałem. Ale dobra, dalej. Jak wysokościomierz zwariował, traciliśmy łączność z wieżą. Niby lecieliśmy prawie nad ziemią, gdy powinniśmy być na wysokości ponad jedenaście kilometrów. Żadne góry takie wysokie nie są, ani nie kończą się nagle, ani nie zaczynają. No i po chwili zobaczyliśmy, że jednak są góry. Mnóstwo. Rozumie Pan, co czuje załoga samolotu myśląc, że leci nad nizinami, a nagle na swoim kursie widzi góry? I to na wysokości jedenastu kilometrów?! A potem było z górki. Chłopcy nie dali rady w żaden sposób wymanewrować, stwierdziliśmy, że pierdolimy ładunek i wyskakujemy. Wie Pan, co jest najgorsze? Darkowi zacięły się pasy. Powiedział, żebyśmy skakali. Maciek chciał mu pomóc, ale ten się upierał, zaczął je ciąć. Ech… (chwila przerwy, przesłuchiwany spuścił głowę) Wyskoczyliśmy, a samolot razem z Darkiem rozpieprzył się o zbocze góry. Huk, kula ognia i my na spadochronach.

D. J.: (Po chwili milczenia) Chce Pan zrobić przerwę?

M. G.: Nie, jakoś już przeboleliśmy Darka. Mieliśmy na to szmat czasu. Szkoda, że nie widział tego miejsca. Ale w sumie nie wyobrażaliśmy sobie, że kiedykolwiek opowiemy, co widzieliśmy. Jak jest okazja, to trzeba korzystać, prawda?

D. J.: W takim razie co zrobiliście następnie?

M. G.: Już w powietrzu widzieliśmy, że coś jest nie tak. Drzewa były nie takie, jak powinny… znaczy bardziej niż drzewa przypominały wielkie krzewy w rozmiarach drzew, albo pionowe wieże, wielkie jak choinki na placach miast w święta. Nie były jedynie zielone, a czerwone, niebieskawe, żółte. Widzieliśmy cały masyw górski, na którym nie było śniegu. No i to, czego się nikt nie spodziewał. Zamiast równiny, gór czy czegokolwiek, bezkresna biała przepaść, nad którą wisiały wyspy z górami i lasami. Jak wylądowaliśmy, a zrobiliśmy to na jakiejś polanie blisko centrum naszej wyspy, od razu zaczęliśmy robić rozeznanie terenu. W zasadzie było to bardziej podziwianie i niedowierzanie okolicy. Jakieś ptako-podobne coś skakało po trawie, która też była jakby jaśniejsza, bardziej świeża i zdrowa. Ptakocosie uciekły na nasz widok, a my po sprawdzeniu, co mamy ze sobą, postanowiliśmy zrobić plan dalszego działania.

D. J.: Na czym się opierał?

M. G.: Dowiedzieć się, gdzie my do jasnej cholery jesteśmy. Potem iść do wraku i zobaczyć, co ocalało, co może się przydać, spróbować wydobyć Darka i go godnie pochować. No i wypadało jakoś zapewnić sobie byt, co byśmy po kilku dniach nie zamienili się w wygłodzone truchła, które pożera… wilków tam nie było, raczej coś dziwniejszego.

D. J.: To może opowie Pan przy okazji. Skąd mieliście podstawowe narzędzia, jakiś sprzęt?

M. G.: A właśnie. Wyobraża Pan sobie, że Ci geniusze, to nie żart, geniusze z Departamentu Logistyki przygotowują zawsze na pokładzie plecak survivalowca? To niby jest przygotowane na moment, gdyby komuś zechciało się nas zestrzelić, no, po prostu wylądowali nie tam, gdzie ktokolwiek powinien. Przydało się idealnie. Jakieś sucharki, coś do odkażania wody, kuchenka, nóż…

D. J.: Czy gdybyście tego nie posiadali, dalibyście radę przetrwać?

M. G.: Mogłoby być krucho.

D. J.: Kiedy doszliście do wraku?

M. G.: Mniej więcej tego samego dnia, jak wylądowaliśmy. Samolot rozbił się wyżej, ale wiele jego części spadło po zboczu na podnóże góry. Mieliśmy do dyspozycji fragmenty metalu i ładunku, który przewoziliśmy. Kokpit został wyżej, więc postanowiliśmy rozbić się przy tej części wraku i przeczekać do jutra. Odpocząć, zebrać myśli. Zapomniałbym! Kompas, który mieliśmy, nie wskazywał północy, ale jedno stałe miejsce, więc początkowo się tym nie przejmowaliśmy.

D. J.: Póki co trzymajmy się jednego, wszystko jest nagrywane i notowane, wrócimy do wszystkiego, czego będzie trzeba. A co przewoziliście?

M. G.: Sprzęt budowalny i elektryczny. Były potrzebne do remontu.

D. J.: Coś się przydało?

M. G.: To, czego nie zjadł ogień, wykorzystaliśmy. Z blach i resztek materiału zrobiliśmy sobie mały szałas. Dużo rzeczy poszło w pizdu, ale mieliśmy kable, z których dało się zrobić liny. Potem radziliśmy sobie inaczej. Po prostu na chwilę. Ponieważ się ściemniało, zrobiliśmy małe ognisko. Był problem, bo z pierwszych lepszych patyków ni cholera, nie dało się nic zrobić. Znaczy, drzewo było ładne, całkiem bujne, ale całe oblepione jakimś żółtym paskudztwem, bardziej klejącym od żywicy. Drewno palone śmierdziało jak spalona opona. Coś, co przypominało karłowatą brzozę z igłami, już normalnie dało się palić. Ogień zrobiliśmy z krzesiwa i odrobiny paliwa z kuchenki, które były w plecaku. Naprawdę, podziękujcie tym na górze. Według mnie szczęśliwe zrządzenia losu zadecydowały, że przetrwaliśmy. Przed lotem dobrze podjedliśmy, więc jedynie przekąsiliśmy sucharki i coś zmielonego z puszki, podgrzane ładnie nad ogniem.

D. J.: Jak wyglądała pierwsza noc?

M. G.: Czasem przebiegały jakieś stworzenia, ale było widać, że się boją. Bardziej ognia niż nas. Jakby nigdy nie miały z nim do czynienia. Były bardzo… oryginalne. Znaczy, nigdy by Pan nie przypuszczał, że takie coś może istnieć. Noc była mroczna, ale światło księżyca dawało trochę poświaty. Sam księżyc wyglądał normalnie. No, prawie. Większy i inaczej jakby miał ten, no, teren ułożony. Ale był biały. Gwiazdy też były, ale nie udało się nam rozpoznać żadnego z gwiazdozbiorów. Było ładnie, dopóki coś zimnego nie złapało Maćka za nogę. Nie wiem, czy bardziej wystraszyłem się, że coś pełna obok nas, czy jego krzyku. Postanowiliśmy zabarykadować się i przeczekać do rana.

D. J.: Wiecie, co to było?

M. G.: Na drugi dzień, jak się obudziliśmy, widzieliśmy ślad zaschniętego śluzu, jakby coś ciężkiego przepełzało obok szałasu. Słońce ładnie świeciło, też było większe, ale nie było gorąco. Mieliśmy jeszcze zapas wody pitnej, ale postanowiliśmy poszukać czegoś na stałe, bo przed nami była mała wspinaczka. Nieopodal nas płynęła mała rzeczka, wytryskiwała prosto z pod skał. Woda była chłodna, rześka, jakby słodkawa. Na początku ją filtrowaliśmy i odkażaliśmy tabletkami z chlorem, ale gdy się skończyły, chłeptaliśmy prosto z koryta, że tak powiem. Mając wodę, poszliśmy w góry. Jakieś… czterysta metrów wspinaczki. Robiliśmy częste przerwy, to niezbyt się zmęczyliśmy. Gdy doszliśmy do kokpitu, mieliśmy nieco lepszy widok na okolicę. Ale najważniejsze było wydobyć Darka. Ech…

D. J.: Coś się dzieje?

M. G.: Nie nie, wspomnienia po prostu. Niech spróbuje Pan, albo nie, wyobrazić spalone ciało, zmiażdżone impetem samolotu. Lekko dotknęliśmy fotel, to ten odleciał nieco w dół, a zwłoki Darka pozostały… wbite na wolancie…

D. J.: Może zrobimy przerwę?

M. G.: Opowiem do końca, a potem skończymy… Ściągnęliśmy go na dół, wcześniej robiąc rozeznanie okolicy z góry. Byliśmy nieco na boku wyspy, trochę w centrum były inne wzniesienia. Nie wiem, ile na oko mogła mieć nasza wyspa, ale była spora. Akurat my mieliśmy z… 2 kilometry? Około, do granicy. Dookoła nie było nic, poza innymi wyspami i wodospadami z nich wypływającymi. Widać było latające w powietrzu stworzenia, niektóre w stadach, niektóre samotnie. Pamiętam jak dziś, jak obserwowałem niewielką chmurę, która nagle zaczęła przemieszczać się jak meduza pod wodą. Było widać naszą rzeczkę, która wpadała do innej, a ta z kolei do innej, aż do granicy wyspy. Pochowaliśmy Darka nieopodal naszego obozowiska. Wykopaliśmy grób saperką, zasypaliśmy. Ziemia była zwyczajna, ale pachniała nieco inaczej. Na to nanieśliśmy kamieni, wbiliśmy pal i nałożyliśmy to, co zostało z czapki. Teraz możemy kończyć.

D. J.: Kiedy możemy się znowu spotkać?

M. G.: Za godzinę, może dwie. Muszę do kibelka. I jeśli by się dało, zjadłbym smażonego kurczaka w panierce. Mam dość diety z tego, co złapaliśmy.

Notatka: Informacje, które nam przedstawił, są niezwykle interesujące. Wygląda na to, że przypadkiem odkryli coś, o czym dotychczas nie wiedzieliśmy. Niestety mam pewne obawy i uważam za słuszne użycie drobnej pomocy, aby się upewnić, że to, co słyszymy, nie jest jedynie kolorową bajką. — Dr Przybyłowski


Przesłuchanie Drugie

Informacja: Przesłuchanie odbyło się półtorej godziny po zakończeniu pierwszego. Zgodnie z rozkazem Doktora Przybyłowskiego zaaplikowano niewielką dawkę preparatu utrudniającego składanie zeznań niezgodnych z prawdą, dodanego do napoju podanego Przesłuchiwanemu podczas posiłku. Przesłuchiwany nie został poinformowany o zastosowaniu preparatu.

D. J.: (wykonując uścisk dłoni z Przesłuchiwanym) Witam ponownie, możemy kontynuować, jak rozumiem?

M. G.: Jasne, takie opowiadanie jest naprawdę wyczerpujące.

D. J.: Rozumiem, że wszystko, co powiedział Pan do tej pory, zdarzyło się naprawdę?

M. G.: No, a dlaczego miałbym kłamać?

D. J.: Po prostu wszystko, czego się dowiadujemy obecnie, jest fenomenem. Prawdopodobnie odkryliście nieświadomie nieznany jeszcze wymiar.

M. G.: (śmiech) To nieźle. Widzicie, nawet szary personel może dokonać czegoś niezwykłego!

D. J.: W tej robocie każdy dokonuje rzeczy niezwykłych… wracając, skończyliśmy na… (dźwięk myszki i klawiatury) chwileczkę, laptop się wiesza…

M. G.: W porządku.

D. J.: Jest, pochówek waszego kolegi. Dobrze, co było dalej?

M. G.: Gdy pochowaliśmy Darka, ogień już dogasał, najwyraźniej większość paliwa spaliła się podczas wybuchu. Bez dymu było widać, jak resztki samolotu walały się na całym zboczu, z oderwanym kokpitem na górze. Myślę, że Maciek mógł próbować jeszcze coś zdziałać i podniósł maszynę, więc przed rozwaleniem po prostu ślizgnęła na skałach i oderwało kokpit, a reszta poszła w pizdu. Dalej leżał fragment skrzydła, tylny statecznik. No, nie byłoby czego zbierać…

D. J.: Może skupmy się bardziej na terenie, a kwestię samolotu już zostawmy.

M. G.: No dobra. Więc mieliśmy szałas, wodę, ale jedzenie się kończyło. Postanowiliśmy poszukać jakichś owoców, bo cudactwa, które chodziły dookoła, raczej nas unikały, a nie mieliśmy póki co siły, żeby na nie zapolować. W sumie nie wiadomo, czy byłyby jadalne. Więc poszliśmy trochę w las. No, nie do końca las, bo drzewa nie były zbyt gęsto ułożone, ale było ich sporo. Dużo pagórków, wysokiej trawy. Maćka zaintrygowało niewielkie drzewo. Było szkarłatnej barwy, z niemal czarnymi liśćmi. Na gałęziach rosły owoce, wyglądające jak brązowe wiśnie wielkości pięści. Ładne, soczyste, co szkodzi spróbować?

D. J.: Jak smakowało?

M. G.: Jezus Maria. Maciek przekroił je na pół, w środku miało nerkowate, czarne pestki. Przypominało marakuję. Wziąłem gryza, ale pożałowałem. Tak ostrej rzeczy w życiu nie jadłem, Matko Boska!

D. J.: Czyli można powiedzieć, że zaliczyliście falstart?

M. G.: Tak, ale wie Pan, co było najlepsze? Jak wyrzuciliśmy w pizdu ten owoc i chcieliśmy już iść, pojawił się jakiś stwór, wielkości psa. Miał sierść, chyba trzy nogi…

D. J.: Chyba?

M. G.: Wyglądał, jakby opierał się jeszcze na ogonie. Najdziwniejszy był jego… pysk, dziób? Miał chyba z metr długości! Podszedł do owocu i jakby nigdy nic wziął i go zjadł. Wyglądało to tak, jakby przez chwilę trzymał go w dziobie, żeby dopiero potem połknąć. Tak czy siak, zjadł jeszcze kilka z drzewa, na które wszedł bez problemu, używając ogona do podpierania się, po czym zeskoczył i poszedł w krzaki.

D. J.: Możliwe, że ten gatunek przystosował się do konsumpcji owoców tego konkretnego drzewa, takie coś ma miejsce w naturze.

M. G.: Może być. Nie pamiętam w sumie, jak było dalej, ale wiem, że w końcu znaleźliśmy trochę niewielkich cosi, przypominających ogórki, albo arbuzy. Smakowało trochę jak ryba, a trochę jak melon. W każdym razie, nikt z nas przez to nie umarł i nawet dało się jeść.

D. J.: Może krócej. Ile w zasadzie roślin udało wam się wykorzystać, a ile unikać?

M. G.: Jedliśmy owoce z jednego krzewu, który rodził jakby orzechy w niebieskim kolorze. Oprócz tego te ogórkoarbuzy, które rosły przy ziemi, a potem odkryliśmy, że najwięcej pod ziemią, więc je wykopywaliśmy, bo wyglądało na to, że dojrzewały w ziemi a dopiero przejrzałe wydostawały się na nią. Tego szkarłatnego drzewa już nie tykaliśmy, ale odkryliśmy za to, że można jeść te stworzenia, które lubiły piekielne wiśnie, jak je nazwaliśmy. Smakowały jak nieco pikantna wieprzowina. Były jeszcze jakieś palczaste pnącza, które w zasadzie można było ugotować i stawały się miękkie. Generalnie wiele roślin nie sprawiało na nas większego wrażenia, jak tylko wyglądem, więc je olewaliśmy. Jedna roślina dosłownie zaczęła na nas warczeć, wysuwając cienkie nici prosto z głębokiego kwiatu. Robiła to nawet chwilę po tym, jak obrzuciliśmy ją kamieniami. Wiem, że to głupie, ale cholera wie, co to jeszcze potrafiło?

D. J.: Co ze zwierzętami?

M. G.: Wiele było zdolnych do krótkiego latania bądź szybowania. Pewnie to dlatego, że poruszały się między bliższymi wyspami. Akurat dzikodziób tego nie robił. Tak nazwaliśmy to coś, co jadło piekielne wiśnie. Kilka razy widzieliśmy jeszcze te chmuromeduzy, jakieś ptaki, raz w powietrzu leciało coś, co przypominało wielki pręt z wiciami na końcu. Pamiętam, jakie zdziwienie mieliśmy, gdy po kilku dniach odkryliśmy co nas zaatakowało pierwszej nocy. Poszliśmy wtedy po wodę, a nieopodal była jama zalana wodą. Gdy Maciek zaczął czerpać, na rękę skoczyła mu jakaś pełna żył i kropek galareta. Gdy ją zrzucił, zaczęła pełzać po ziemi, zostawiając za sobą szlak śluzu. Po chwili, gdy zaczęła się kurczyć, wróciła do jamy. Wygląda na to, że to coś było mocno uzależnione od wody i z jakiejś przyczyny wychodziło tylko w nocy. Ale się go i tak musieliśmy pozbyć, bo cholera wie. Mogło skoczyć komuś w nocy na twarz i go udusić.

D. J.: Co z nim zrobiliście?

M. G.: Zaczailiśmy się z kawałkiem mięsa z owcokrólika…

D. J.: Owcokrólika?

M. G.: Było ich dużo, dosłownie mnożyły się jak króliki. Zabiłeś jednego, wróciły dwa. Ale nie były zagrożeniem. Jak się złapało, można było ogolić, bo miały sierść podobną do wełny. No i całkiem dobre mięsko (śmiech). No ale co dalej. Glut złapał przynętę i ją zaatakował. Widzieliśmy, jak owinął się wokół niej, a mięso zaczęło… się rozpuszczać. To mogło zdarzyć się z każdym z nas. Wzięliśmy zrobioną przez nas łopatę, z kawałka blachy i konara, i zmiażdżyliśmy tałatajstwo. Zamieniło się w morką papkę. W żyłach pulsowała jakaś ciecz, one same zaczęły się rozpadać, a ze środka wypłynął gęsty żel. Zasypaliśmy to piachem. Okropne.

D. J.: Uhm… Ile w sumie było zwierząt na wyspie?

M. G.: Nie wiem… z… (wpatruje się w blat stołu) nie wiem dokładnie, kilkanaście. Bądź co bądź, tylko niektóre były wobec nas bezpośrednio wrogie. Te galarety żyły na drugim końcu wyspy i żerowały na zwierzęta przy wodopojach. Było jeszcze takie płaskie coś, co normalnie leżało w bezruchu, a gdy podchodziłeś, zamykało się jak pułapka. Wyglądało jak skalp ze skóry pokryty włosami. Tylko każdy z tych włosów był kolcem. Maciek miał tydzień problem z nogą, gdy się wydostał. Mówił, że kłuło jak pokrzywa, a potem stracił czucie. Wracało powoli.

D. J.: Hmm. Niech mi Pan powie, kiedy postanowiliście dojść do granicy wyspy?

M. G.: Trzeciego dnia, gdy bardziej rozbudowaliśmy obóz. Blachy samolotu i miękkie drewno było idealnym budulcem. Większy szałas, mała palisada. Żywica z oponiaka, to ta żółta roślina, o której mówiłem, paliła się bardzo długo. Używaliśmy jej samej jako podpałki, rozpałki, no ogólnie do ognia. Bez używania samego żółtego drewna była znakomita. Paliwo do kuchenki skończyło się nam po miesiącu, bo używaliśmy go jedynie w sytuacjach awaryjnych. Ale tak, trzeciego dnia poszliśmy na skraj wyspy. Podążaliśmy strumykiem. W sumie były tam ryby, ale nie wykorzystywaliśmy ich. Zauważyliśmy, że im więcej ich zabierzemy, tym bardziej gluty były zdenerwowane. Do krańca wyspy szliśmy pół godziny około. Miałem swój zegarek, elektroniczny Maćka zamókł i szlag go trafił. Gdy stanęliśmy na krańcu, ujrzeliśmy całą wspaniałość tego świata. Po prostu zapierało dech w piersiach oglądanie latających nad chmurami wysp.

D. J.: Skąd mieliście narzędzia?

M. G.: Mieliśmy tylko nóż i saperkę, z samolotu udało się jeszcze uratować śrubokręt, to można nim było ciosać w drewnie. Ale tak to używaliśmy kamieni i kości zwierząt, dawały radę.

D. J.: Pod wyspami były chmury, jak Pan ciągle zeznaje. Proszę je opisać.

M. G.: Bardzo gęste i zbite. Widać czasem było, że coś w nich lata. Do nich spływały te wodne potoki, natomiast same wyspy swoimi… spodami? Tak to nazwę, wchodziły już w ich warstwę. Zastanawiało mnie, skąd się bierze ta cała woda, skoro nie pada. Wszystko rosło w zasadzie dobrze. Maciek odkrył, że to ma związek z trawą, która wszędzie rosła. Jakoś nawadniała cały teren.

D. J.: Ile wysp byliście w stanie dostrzec?

M. G.: Około dziesięć większych, dwie duże, większe od naszej i kilkadziesiąt takich malutkich, z zaledwie jednym krzakiem albo w ogóle niczym nie porośnięte. Mówię teraz o wszystkich, jakie widzieliśmy, bo jeszcze raz weszliśmy na najwyższą górę na wyspie, czyli tę, w którą walnęliśmy.

D. J.: Ziemia nie spadała w przepaść?

M. G.: Normalnie kruszyła się i spadała. Wyglądało na to, że wyspy były po prostu całością. Albo te skały na samym dnie jakoś na to wpływały, że wszystko lewitowało, albo nie wiem. Raczej nikomu z nas nie widziało się schodzić tam, w dół. No dobra, zrobiliśmy to. Ale tylko raz i raczej długo po naszym rozbiciu.

D. J.: Jak wyglądała wasza codzienność?

M. G.: O mało co nie zwariowalibyśmy. Próbowaliśmy robić sobie rozrywki, skonstruowaliśmy kurwa talię kart, stół do bilarda! Graliśmy takimi dziwnymi orzechami, co to twarde jak kamień było. Rozbudowaliśmy obóz w małą wieś, bo co mieliśmy robić? Wycięliśmy trochę okolicznej roślinności. Często płakaliśmy wtuleni w siebie, czasem dawaliśmy sobie po pysku, nie raz chcieliśmy się zabić nawzajem, żeby potem znowu płakać jak dziewczynki. Nasze ubrania były po czasie do niczego w tych warunkach, to chodziliśmy w przepaskach jak dzikusy. O pomocy mogliśmy zapomnieć, bo skąd? To nie wyspa na środku oceanu, gdzie można wypatrywać statku i samolotu. To pierdolona wyspa w chmurach! Nie wiem, jak się tam dostaliśmy, więc nie mam pojęcia tak samo, jak ktoś mógłby nas uratować.

D. J.: Panu się udało.

M. G.: Niestety.

D. J.: Dlaczego niestety?

M. G.: Bo Maciek tam został.

D. J.: Co spowodowało taki rozwój sytuacji?

M. G.: Musieliśmy uciekać.

D. J.: Przed czym?

M. G.: Nie wiem. To… długa historia. Rany boskie, Pan to wszystko zapisuje, nie bolą Pana palce?

D. J.: Notatki, wszystko się nagrywa. Proszę opowiedzieć, co skłoniło was do ucieczki.

M. G.: Może jutro. Która godzina? (spogląda w stronę zegara)

D. J.: Późno już, ale i tak dużo Pan powiedział. Możemy skończyć na dzisiaj. Proszę się pokazać jutro o dziesiątej. (dźwięk przesuwanych krzeseł) Jeszcze jedno szybkie pytanie. Nie boli Pana głowa?

M. G.: Nie, a co?

D. J.: Coś Pan zmarnowany, ale to chyba zmęczenie.

M. G.: Tak. Prosiłbym jeszcze o baterie do pilota od telewizora, bo się zużyły. (śmiech)

Notatka: Preparat nie miał okazji do zadziałania, inaczej Przesłuchiwany odczułby fizyczne skutki. Czyli to co mówi, jest prawdą. Musimy się dowiedzieć, w jaki sposób udało mu się wrócić, i przede wszystkim oczywiście, przed czym uciekali. — Dr Przybyłowski


Przesłuchanie Trzecie

Informacja: Przesłuchanie odbyło się w dzień następny po Przesłuchaniu Drugim. Przesłuchiwany otrzymał identyczną dawkę preparatu, zaaplikowaną w napoju podanym mu do śniadania.

D. J.: Zaczynamy?

M. G.: Pewnie.

D. J.: Na początek chcę zadać dość istotne pytanie. Wykorzystywaliście zasoby naturalne wyspy przez pół roku. Nie obawialiście się ich wyczerpania?

M. G.: Człowiek na początku nie myśli o tym. W zasadzie jeżeli już, to bardzo powoli. Z czasem staraliśmy się ograniczyć nieco polowania. Drzew i tak było dużo a używaliśmy ich mało. Jednak jakby patrzeć na to długoterminowo, moglibyśmy wyczerpać wszystko z naszej wyspy. No i niestety miało to pewne skutki.

D. J.: Jakie?

M. G.: Z czasem zauważyliśmy, że nasza obecność była niezbyt przyjazna temu ekosystemowi. Wszystko, co tam żyło, było sztywnie zależne od siebie. Coś rosło, żeby coś mogło to zjeść, aby być zjedzonym przez coś innego. Z tym, że odbywało się to niemal na kilku-kilkunastu kilometrach kwadratowych. Gdy pojawiliśmy się my, jedynie biorący, zauważyliśmy, że drzewa owocowały zbyt mocno, a coraz więcej zwierząt padało martwych z głodu.

D. J.: Postanowiliście coś z tym zrobić?

M. G.: To miejsce było piękne, dlatego przynajmniej trochę chcieliśmy coś naprawić. Zaczęliśmy sadzić rośliny i, jak mówiłem, ograniczyliśmy polowania. Nieco to pomogło, ale to i tak było niewystarczające. Poniekąd byliśmy odpowiedzialni za niszczenie ekosystemu dla własnego przeżycia. Ten świat nie przewidział nas w swoich zasadach. Ale i tak wszystko się rypło, gdy znaleźliśmy grotę.

D. J.: Jaką grotę?

M. G.: Pewnego razu postanowiliśmy udać się za kompasem. Wiem, że to głupie, ale człowiek w takich warunkach naprawdę traci logiczne myślenie. Mogliśmy równie dobrze wylądować na krańcu wyspy. Ale tak się nie stało. Kompas wskazywał jedno, konkretne miejsce. Było to wzgórze o stromych, kamienistych zboczach po drugiej stronie wyspy. Nieco dalej żyły gluty. W tym wzgórzu było coś, czego się nie spodziewaliśmy tam zobaczyć.

D. J.: A co to było?

M. G.: Proszę sobie wyobrazić wyrzeźbione w skale, trapezowe wrota, gdzieś wysokie jak dwóch ludzi. Były wykute w skale i nosiły na sobie freski, składające się z samych falowanych linii i okręgów. Kompas wskazywał właśnie na coś za nimi. A były zasypane skałami.

D. J.: Sądzi Pan, że to dzieło istot rozumnych?

M. G.: No chyba nie tego, co tu widzieliśmy dotychczas. Bądź co bądź, to jedyna ludzka rzecz, jaką widzieliśmy tam do tej pory. Postanowiliśmy odkopać wrota. Zajęło nam to niecałe dwa dni pracy. Za nimi był korytarz, tez wykuty w skale, ale nie rzeźbiony ani nic. Zwykła ciosana skała. Poszliśmy w głąb, wcześniej zapalając sobie pochodnię, bo w środku było ciemno. Po chwili okazało się, że niepotrzebnie. Ze skał wyrastały wielkie, może nieco ponad metrowe, kryształy o różnych kolorach. Świeciły tak jasno, że nie trzeba było żadnego innego źródła światła. Gdy poszliśmy w głąb, doszliśmy do wielkiej groty. Boże, to było niesamowite. Cała grota była porośnięta kryształami, a po środku było okrągłe, płytkie jeziorko, do którego wpływała woda z małych strumyczków ze ścian. Na środku stała jakaś budowla, wyglądała jak… Czytał Pan Asteriksa?

D. J.: Dawno temu.

M. G.: Wie Pan, jak wyglądały te dolmeny, czy jakoś tak. To wyglądało jak taki dolmen, z wielkich kryształów. Dwa się zawaliły, dwa stały. Na nich położony był wielki, pojedynczy, płaski kryształ, wyglądało to trochę jak kryształowy stół z blatem przewróconym na jedną stronę. Pozwiedzaliśmy trochę jaskinię. Kryształy były chłodne, gładkie jak szkło. Wyglądało to tak, jakby świeciły całą swoją objętością. Chcieliśmy odłupać kawałek z wyrastającego pod ścianą, ale gdy to zrobiliśmy, część którą mieliśmy od razu zaczęła tracić barwę i wyglądała jak szare szkło. Po chwili cały kryształ na ścianie pękł i zaczął gasnąć.

D. J.: Co zrobiliście dalej?

M. G.: Wzięliśmy ten kawałek na pamiątkę i wróciliśmy do obozu. Nie wiedzieliśmy, co mamy myśleć. Dodam jeszcze, że kompas wskazywał centralnie na dolmen. A potem się zaczęło.

D. J.: Co takiego?

M. G.: Wróciliśmy do groty po dwóch dniach, ale zastaliśmy ją niemal w połowie zdewastowaną. Jak gdyby coś zniszczyło połowę kryształów. Dolmen był popękany, ale nadal świecił. Trochę się wystraszyliśmy i wróciliśmy szybciej do obozu.

D. J.: Proszę opowiadać dalej.

M. G.: W ciągu tygodnia… nie wiem. Nagle przestaliśmy spotykać jakiekolwiek stworzenia. Tak jakby wszystkie rozpłynęły się w powietrzu. Może się schowały? Tylko przed czym? Znikły? Jak? Widzieliśmy, że wszystko, co latało, nadal było, ale na pobliskich wyspach i nie zapuszczało się do nas. Potem zauważyliśmy, że kompas nagle przestał działać. Dosłownie, na moich oczach igła przestała wskazywać punkt i biernie poruszała się pod szkłem.

D. J.: Wróciliście do groty?

M. G.: Baliśmy się. Naprawdę, zaczęliśmy się bać. Potem było gorzej. Trawa zaczęła jakby marnieć, a drzewa wydawały się suche. Woda nie była już smaczna jak dawniej. Trwało to z trzy dni, aż pewnej nocy obudził nas krzyk.

D. J.: Jak brzmiał?

M. G.: Nieludzko. Wysoki, przeraźliwy, jakby coś nagle krzyknęło całą siłą swojego gardła. Zabarykadowaliśmy obóz. Przez chwilę nie było nic, potem słyszeliśmy, jakby coś chodziło między drzewami. Sądziłem, że to gluty wróciły, ale ich też nie spotykaliśmy już. Maciek wziął pochodnię i poszedł kawałek od obozu, ja szukałem czegoś do obrony. Mieliśmy kilka włóczni i łuk, reszta była tępa. No i potem się zaczęło.

D. J.: Proszę nie przerywać.

M. G.: Maciek wybiegł z lasu jak opętany, krzycząc, abym uciekał. Spytałem go, co się dzieje, a on ze strachem w oczach, dosłownie, nigdy nie widziałem, żeby ktoś się tak bał, kazał zostawić wszystko i uciekać. Wyskoczyliśmy drugim wejściem i pobiegliśmy w las. Było ciemno, kilka razy się potykaliśmy, a ten krzyk znowu się powtórzył, tym razem jakby był tuż za nami.

D. J.: Mieliście jakieś schronienie awaryjne?

M. G.: Nie, bo nigdy byśmy nie przypuszczali, że się przyda. Biegliśmy na ślepo przed siebie, aż nie zauważyłem, że Maciek gdzieś zniknął. Zatrzymałem się, aby go odszukać, ale na próżno. Albo był już daleko, albo… nie wiem. Krzyk znowu się powtórzył, jakby to, co go wydało, było kilka drzew za mną. Znowu rzuciłem się do ucieczki. Gdy po chwili się obejrzałem, zobaczyłem za drzewami lekko błyskające się świetlne punkty. Nic co dotychczas znaliśmy nie świeciło w nocy. Biegłem ile sił w nogach przed siebie, zapominając, że teren jest ograniczony. I po chwili wypadłem z wyspy. Nie wiem, ile leciałem. Pamiętam, jak wpadłem w warstwę chmur. Była jak mgła, tylko bardzo gęsta, nie widziałem nawet swojej ręki wyciągniętej. Leciałem przez chwilę, poczułem na sobie coś wilgotnego i urwał mi się film, bo po chwili leżałem na stole otoczony przez medyków.

D. J.: Odnaleziono Pana w organicznym kokonie. Jeżeli spadł pan z wysokości ponad 11 kilometrów, to uratował on Panu życie. Niestety nie wiemy jak. Jednakże wygląda na to, że upadek z wyspy wystarczył, aby wrócił Pan do nas.

M. G.: Czyli przez cały ten czas wystarczyło, żebyśmy tylko… skoczyli?

D. J.: Na to wygląda.

M. G.: (przeciera twarz dłońmi) Kurwa mać… I na co na to było… Maciek żyje?

D. J.: Nie znaleziono go żywego, ani jego ciała.

M. G.: Czyli naprawdę został tam, na górze. Kurwa… Może to zabrzmi bardzo źle, ale chciałbym, aby spotkała go łagodna śmierć, bo cholera wie, co mogło mu się przydarzyć… Nie wiem, co nas goniło, ale jak przypomnę sobie Maćka, wolałbym tego nie widzieć.

D. J.: Czy ten incydent może mieć związek z odkrytą przez was grotą?

M. G.: Możliwe, bo wcześniej wszystko było ok.

D. J.: Wygląda Pan na bardzo zmarnowanego. Chce Pan skończyć?

M. G.: Tak, prosiłbym… za dużo wspomnień… szkoda mi teraz tej wyspy, bo wygląda na to, że zniszczyliśmy ją. To nasza wina. Odpowiedzialność za to wszystko spływa na nas. Może to przez to Maciek zaginął… Chociaż ostatecznie… to wszystko, grota, krzyki… Chciałbym wiedzieć, co tak właściwie zrobiliśmy?

Notatka: Mamy kolejne informacje na temat tego świata. Niestety zaczęły się schody, gdyż najwyraźniej zachwiali obecny tam ekosystem. Odkrycie groty i ingerencja w nią najwyraźniej doprowadziła do czegoś, czego nie możemy obecnie jednoznacznie zrozumieć i wyjaśnić. Jeżeli kiedykolwiek uda się ponownie dostać do tego miejsca, musimy zachować szczególną ostrożność. I jeżeli ekosystem sam się nie unormuje, spróbować go naprawić. — Dr Przybyłowski


Podsumowanie: W przeciągu następnych dwóch miesięcy przeprowadzono kilka innych przesłuchań mających na celu dogłębniejsze poznanie poszczególnych aspektów odkrytego wymiaru (Dostępne w Dokumencie #206-DHcfA, klauzula Poziomu 4). Marek Greń przez okres sześciu miesięcy pozostawał pod obserwacją psychologiczną, po czym został ponownie oddelegowany do służby w Departamencie Logistyki na innym stanowisku, czego dokonał na własne żądanie. Przez okres dwóch miesięcy od pozyskania pracownik skarżył się na nieczęste, ale powtarzające się koszmary senne, w których widział dużą ilość pękających kryształów i bliżej nieokreślonego bytu, którego nie mógł dostrzec, a wywoływał w pracowniku paniczny strach. Czuwająca nad pracownikiem psycholog porównała koszmary do przeżytych wcześniej zdarzeń wskazując je jako przyczynę ich powstawania.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported