Sprawa warta uranu
ocena: +5+x

FIUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU
Czajnik zaczął gwizdać alarmując młodego mężczyznę zagłębiającego się w swoich rozmyśleniach na rozłożonym tapczanie. Niechętnie podniósł się, by wyłączyć gaz w kuchence, która wciąż podgrzewała wrzącą wodę. Przekręcając pokrętło wyłączył jeden z trzech palników przenośnej kuchenki umieszczonej na aluminiowym blacie. Nalał parującej wody do kubka z wcześniej nasypaną kawą.
— Nie przesadzasz z tym wczuwaniem się w skorupę?
Dość wysoki łysiejący mężczyzna około pięćdziesiątki ubrany w kombinezon roboczy ozdobiony licznymi plamami od olejów i smarów wszedł przez materiałową kotarę zasłaniającą framugę prowadzącą do średniej wielkości pokoju, w którym obaj pomieszkiwali. W ręku trzymał kubek z wystającym ogonem torebki od herbaty.
— I kto to mówi?
— Ja delektuje się smakiem, w twoim przypadku to chemiczne procesy w skorupie motywują cię do picia.
— Nie pierdol.
— Dobra, ale mi też zalej, nie ma co marnować gazu, zwłaszcza że znowu musimy zacisnąć pasa.
Młodszy mężczyzna wlał resztę wody do podsuniętego niemal pod nos kubka. Kiedy tylko woda przestała lecieć kubek natychmiastowo się odsunął. Człowiek, który trzymał naczynie z naparem wyjął z wnętrza jednej z szafek opróżnioną do połowy cukiernicę z włożoną łyżeczką i zaczął powoli wsypywać krystaliczne drobiny do swojego napoju. W tym czasie facet z kawą otworzył niewielką opustoszałą lodówkę stojącą z boku, z której wyciągnął mały karton mleka, którego zawartość szybko wylądowała w kubku zmieniając zabarwienie kawy.
— Co masz na myśli zacisnąć pasa? Myślałem, że już to robimy.
— Ta, ale pojawiły się komplikacje przy takim małym projekcie.
— Małym wielkim czy małym małym?
— A czy to dla ciebie jakaś różnica?
— Nie, ale i tak już cienko przędziemy.
— Spokojnie, po następnym zleceniu się odbijemy.
— Słyszę to od pięciu zleceń.
— Teraz to się zmieni, oczywiście, jeśli twoja wycena jest właściwa.
— Wal się, wciąż się uczę systemu handlu tego miejsca.
— Tłumacz to w ten sposób. Wracając do zlecenia, sprawdzałem coś i te czujniki dymu, które kupiłeś nie nadają się.
— Jak to się kurwa nie nadają? Sam mówiłeś, że dobre jak kupiłem jeden na próbę.
— Ta, ale wtedy nie mogłem przeprowadzić testów. Teraz jak zrobiłem próbę to okazało się, że ameryk jest niewłaściwy.
— No i chuj, zmontuj te czujniki z powrotem, zamkniemy i wyślemy reklamację.
— Cóż…
— Co z nimi zrobiłeś?
— By pozyskać potrzebny składnik musiałem wymontować kilka części i żaden nie nadaje się już do użytku.
— Chcesz powiedzieć, że piętnaście tysięcy poszło się jebać bezpowrotnie i nie mamy jak się odkuć!?
— No niby tak, jednak mam pomysł, jak niemal za darmo pozyskać to, czego potrzebuje w zamian.
— Słucham.
— Za chwilę ci powiem, ale musimy jak najszybciej ruszać, bo inaczej możemy się nie wyrobić.
— Dopiero zrobiłem kawę, daj mi ją chociaż wypić.
— Niech ci będzie, masz dziesięć minut, ja w tym czasie przygotuje sprzęt i transport. No i przebierz się w coś bardziej roboczego, bo gwarantuje się, że tam, gdzie jedziemy na pewno nie jest czysto.
Starszy mężczyzna szybkim, energicznym krokiem wyszedł z pomieszczenia. Stojąc przez chwilę w zadumie nad kubkiem aromatycznego napoju wziął łyk, który niemal poparzył mu przełyk. Następnie odstawił kubek i podszedł do komody z dębowego drewna. Ściągnął z siebie ciemnogranatowe poprzecierane dżinsy, czarną skórzaną kurtkę oraz czarny podkoszulek. Złożył swoje ubrania i włożył je do jednej z szuflad, następnie z innej szuflady wyciągnął długie dresowe spodnie, które najlepsze lata mają za sobą, poplamiony polar w szarym kolorze oraz białą koszulkę, która dawno temu zaczęła żółknąć. Po założeniu na siebie nowego stroju rozplótł brunatne włosy i ponownie spiął je w kucyk.
— Długo jeszcze będziesz picował tę skorupę?
— Już kończę, a ty jesteś gotów?
— Jak przed pierwszą fuzją, tylko musisz mi pomóc przytargać sprzęt do wozu.
— Spokojnie nie piekl się tak, bo zaczniesz przeciekać.
— Ja ci dam przeciekać! Kiedy ty nie istniałeś ja już umiałem uwalniać się w paśmie o szerokości tych ich elektronów!
— To był żart staruszku.
Po ubraniu się podszedł do kubka ze wciąż gorącą kawą i wypił ją duszkiem. Wstawił kubek do zlewu i przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Był to duży warsztat, w którym roiło się od części samochodowych, narzędzi, urządzeń oraz specyfików służących do wielorakich celów. Na środku tego wszystkiego znajdowały się dwa stanowiska z podnośnikami samochodowymi gdzie pod plandekami czekały ich niedokończone dzieła. Natychmiast zobaczył stojącą w rogu metalową skrzynię z czterema uchwytami, przy której stał jego współlokator.
— No nareszcie. Resztę rzeczy już zapakowałem, ale tego nie mogę ruszyć.
— W takim razie ty bierz z tyłu, a ja z przodu.
Obaj chwycili za uchwyty i z wysiłkiem podnieśli skrzynię.
— O kurwa, co w tym jest.
— Nic, ale skrzynia jest z ołowiu, więc waży w cholerę.
Nie czekając, aż ich ciała puszczą ładunek przeszli przez drzwi obok bramy warsztatu. Na zewnątrz było już ciemno, mimo że było dopiero popołudnie. Z niczym niewyróżniającego się budynku z betonu na kompletnym zadupiu, gdzie nawet nie oświetla się dróg wyszło dwóch mężczyzn.
— Wsadzamy to do wozu i jedziemy.
Młodszy z mężczyzn obrócił głowę, by zobaczyć gdzie ma się kierować.
— No to jest chyba kurwa jakiś żart?!


— Nie wierzę, że zmusiłeś mi do prowadzenia tego rzęcha staruszku.
Mężczyzna z kucykiem z trudem wrzucił wyższy bieg w topornej skrzyni biegów i sprawił, iż ciemnozielony Żuk niezauważalnie przyspieszył.
— Nie narzekaj, maszyna spełnia swoją powinność i udało mi się ją wcisnąć w budżet, jaki mi dałeś.
— Ta, ale pewnie nawet nie dojedziemy tam, gdzie mamy jechać. W sumie to może mi w końcu powiesz. Gdzie do jasnej cholery mam jechać?
— Dojedziemy, serwisowałem tę furę. Jakby miała wystarczająco paliwa to i na ten ich księżyc by dojechała. A jeśli chodzi o drogę to kieruj się na Dolny Śląsk, a jak będziemy blisko to cię pokieruję.
— A mogę, chociaż przerzucić się na benzynę? Ten pojazd nawet jak na standardy tego świata się wlecze.
— Nie!
— No dobrze, nie będę odpalał. Straszna z ciebie sknera, jeśli już próbujemy domknąć budżet.
— Nie o to chodzi.
— Dodałeś jakieś usprawnienia?
— A jaki myślisz?
— Czemu chociaż raz nie możesz zacząć grzebać w aucie i nie dorobić mu czegoś?
— Bo taki jestem, ta ich mechanika to coś, co nawet ty mógłbyś ogarnąć w minutę jakbyś temu poświęcił uwagę, ja jestem artystą w swojej sztuce.
— Artysta ze spalonego teatru się znalazł.
— Te, nie pozwalaj sobie. Pamiętaj czyja wina, że tu tkwimy i kto tu może nas uratować.
— Ehh, przepraszam mój wybawicielu i zbawco tego świata. Po prostu stresuje się, wszystko idzie tak powoli. Ten ich system handlowy nas dobija, a teraz jeszcze mamy tę drugą grupę na ogonie.
— Bo upierałeś się, by sprzedać temu pijakowi.
— Przyznaje, mogła to być zła decyzja biznesowa, ale mieliśmy zastój.
— Teraz i tak nie ma co się o to spierać, najważniejsze to trzymać się planu i nie dopuścić do wpadki.
— Jeśli już mówimy o "wpadce" to może wyjaśnisz mi czemu jedziemy do tej przemysłowej krainy.
— Chcesz wersję ze szczegółami technicznymi czy bez?
— Bez.
— Otóż potrzebowałem pierwiastków radioaktywnych do projektu. Myślałem, że ameryk będzie odpowiedni, po to potrzebowałem czujników dymu. Ale by móc coś zrobić potrzebowałem ich co najmniej stu.
— To stało się w warsztacie, ale po co w takim razie jedziemy do miejsca, gdzie zajmują się stalą i węglem.
— Otóż, gdy nie poszło z amerykiem dokonałem dokładnych obliczeń na podstawie tego, co było nie tak i wywnioskowałem, że będzie nam potrzebny uran. Ten jest o wiele trudniejszy do zdobycia, a potrzebujemy go dużo. Dlatego wyszukałem odpowiednie informacje i dowiedziałem się o wydobywaniu uranu w tym kraju.
— Kontynuuj.
— Na pace mam sprzęt potrzebny do wydobycia i transportu uranu. Jednak sam nie mógłbym tego zrobić, bo ta skorupa ma spore ograniczenia. W każdym razie stworzyłem już odpowiedni kontrakt, jednak nie chroni nas przed prawem tego rejonu.
— Czyli po prostu chcesz wejść do napromieniowanej strefy, wydobyć skałę, która jest ci potrzebna i tyle?
— W sumie tak.
— A czy przypadkiem nie zniszczy to naszych skorup?
— Nie będziemy tam długo, ale jeśli się o to martwisz to przeprowadź interferencje fal elektromagnetycznych dostosowaną do promieniowania gamma.
— Co?
— Czekaj, nie wiesz jak się robi interferencję fal elektromagnetycznych?
— Nie?
— Co do chuja?! Jakim cudem dostałeś pozwolenia na prowadzenie pojazdów, jeśli nie znasz takich rzeczy. Bez tego, gdybyśmy wylądowali w złym miejscu, to zostałaby z ciebie chwilowa fluktuacja promieniowania tła.
— To nie ja ustalałem zasady. Poza tym nic się nie stało.
— Miałeś szczęście i to dwa razy.
— Znowu chcesz wypominać mi, jakie mam szczęście, że miałem taką awarię z mechanikiem na pokładzie?
— Tak, to jedna z moich największych przyjemności, jakie tu mam.
— Nie mam na to dziś ochoty, więc opowiedz mi o tej interferencji. Tylko daj mi wjechać na autostradę, wtedy będziesz mógł się wymądrzać.
Przyjrzeli się słabo oświetlonej drodze, z której boku stał zielony znak informujący o wjeździe na autostradę. Kiedy powolny pojazd dowlókł się do wjazdu na autostradę facet z kucykiem zaczął kręcić kierownicą, w której czuł wielkie luzy. Ledwo wykręcił samochodem dostawczym na nowoczesną drogę i starszy z mężczyzn zaczął kilkugodzinny wykład zdolny wypełnić całą trasę pojazdem wlekącym się żółwim tempem.
— W takim mogę zaczynać, najpierw opowiem ci, czym dokładnie jest ta interferencja.
— To będzie długa droga.
— Otóż…


— Teraz zjedź w lewo.
— Na tę polną drogę? Przecież zawieszenie nie wytrzyma.
— Znowu nie ufasz moim umiejętnościom.
— Do twoich umiejętności mam zaufanie, jakieś. Ale nie ufam temu.
— Dobra, nie pierdziel tylko zjeżdżaj. No, chyba że chcesz taszczyć tę skrzynię przez kilkadziesiąt razy większy dystans.
— Jak tak to przedstawiasz.
Żuk zjechał z eleganckiej asfaltowej drogi w środku lasu. Niemal natychmiast po zjechaniu na nierówną drogę z ubitej ziemi reflektory oświetliły wysokie ogrodzenie z siatki drucianej. Podjechali do zamkniętej za pomocą łańcucha i kłódki bramy. Na jednym ze skrzydeł bramy wisiał żółty, trójkątny znak ostrzegający przed skażeniem radioaktywnym. Starszy z mężczyzn wziął nożyce do prętów leżące z tyłu i wysiadł. Szybko podszedł do bramy i z cichym brzękiem przeciął jedno z ogniw łańcucha otwierając żukowi drogę. Starszy mężczyzna wrócił do auta, które natychmiast wjechało na skażony teren. Po chwili nastąpiła zmiana scenerii, spomiędzy drzew wyłoniły się liczne budynki przemysłowe poważnie nadgryzione zębem czasu.
— Co to za miejsce?
— Zakłady Przemysłowe R-1. Kilkadziesiąt lat temu przeprowadzona tu przeróbkę rudy uranu wydobywanej w okolicznych sztolniach.

— Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że tu wylicza się czas na podstawie obrotu skały wokoło gwiazdy.
— Dla nich to dobry system.
— W sumie racja, ale dla mnie to cholerna głupota.
— Dobra, moglibyśmy dyskutować o sposobach mierzenia czasu przez kilka godzin, ale promieniowanie wokoło nie służy sprzętowi i skorupom, dlatego wyłączaj silnik i bierzemy sprzęt.
Kiedy silnik zgasł obaj wysiedli i poszli na tył pojazdu. Poza skrzynią, którą wcześniej wnieśli do pojazdu znajdowały się tam kilofy, latarki czołowe oraz rękawice i buty ochronne. Obaj bezzwłocznie wyekwipowali sprzęt.
— No to gdzie teraz?
— Nie jestem pewien, nie mogłem znaleźć dokładnych obrazów tego miejsca.
— Mówisz, że jechaliśmy taki kawał, a ty nawet nie wiesz, gdzie mamy szukać?
— Spokojnie, mam przeczucie.
— Ja też mam przeczucie, ale lepiej byś nie wiedział jakie.
— Nie wkurzaj się tak, bo się rozproszysz i tyle będzie z ochrony skorupy.
— Sam mówiłeś, że to niegroźne, ale niech ci będzie.
— A teraz nie marudź, im dłużej stoimy, tym mniej mamy czasu na robotę.
— Powiedzmy, że znajdziemy tę sztolnię i czego konkretnego mamy tam szukać.
— Jeśli znajdziemy dobry tunel to w środku powinny być takie czarna żyły biegnące wzdłuż skały. Wtedy rozkładamy płachtę i łupiemy.
— I ile tego musimy wykopać?
— Jeśli trafimy na dobrą żyłę to dziesięć kilogramów to minimum.
— Aż tyle?
— Tak. Nie marudź tak, jak raz sobie pobrudzisz ręce to ci korona nie spadnie.
Obaj ruszyli w głąb zakładu przemysłowego oświetlając sobie drogę tanim, acz przyzwoitymi czołówkami w poszukiwaniu potrzebnego kruszcu.


Kiedy pierwsze przebłyski słońca objawiające się tuż przed świtem zaczęły wyłaniać się spomiędzy drzew dwóch ubrudzonych i ewidentnie zmęczonych mężczyzn taszczących czarną skrzynię zaczęło zbliżać się do samochodu dostawczego. Ciężko dysząc donieśli ładunek do pojazdu, następnie osunęli się na ziemię ze zmęczenia, jedyne co wydobywało się z ich ust to głośne dyszenie spowodowane kilkugodzinnym wysiłkiem.
Niestety upragniony odpoczynek nie potrwał długo. Podczas gdy obaj mężczyźni cieszyli się świeżym powietrzem nieopodal zaczęła wyć syrena wozu policyjnego. Zerwali się na równe nogi i wsiedli do załadowanego pojazdu, niezwłocznie wykonali nawrót, by opuścić teren zakładu. W momencie, gdy opuszczali teren zakładu zobaczyli radiowóz blokujący drogę, który oświetlał okolicę błękitnym światłem.
— Kurwa! Za długo tam siedzieliśmy.
— Nie czas by o tym myśleć. Oby twoje zawieszenie faktycznie wytrzymało. Trzymaj się!
Bez zwalniania częściowo zjechał na zarośnięte pobocze wypełnione korzeniami. Koła podskakiwały na nierównym podłożu testując wytrzymałość podwozia. Zjazd z drogi pozwolił zaoszczędzić wystarczająco miejsca, by przecisnąć się, koło którego radiowozu zaskoczony kierowca nie zareagował w pierwszej chwili. Natychmiast ruszył w pościg za starym żukiem, który właśnie ich minął i wjechał na asfaltową drogę.
— Co teraz? Tym gruchotem im nie uciekniemy.
— Pamiętasz jak zabroniłem ci odpalać benzynę?
— Tak.
— Teraz czas by przełączyć. Tylko uważaj, osiągniemy prędkość jednej milionowej promila prędkości, z jaką tu wlecieliśmy.
— Dam radę, ale nie wiem, czy wytrzyma.
— Nie czas na twoją niewiedzę.
Klik
Nagle wskazówki wszystkich wskaźników zaczęły opadać, pojazd zaczął tracić prędkość, a radiowóz, który już wcześniej skracał dystans teraz zbliżał się jak szalony.
— Co jest?
— Nie wiem, powinno działać.
— Przełącz z powrotem, wymyślę coś.
Ponownie przełączył przełącznik. Gaz wypełnił silnik nadając mu trochę mocy która ponownie zaczęła napędzać koła, jednak to w żaden sposób nie spowolniło prędkości, z jaką zbliżał się radiowóz. Starszy z mężczyzn otworzył schowek na rękawiczki, w którym znajdowały się różnokolorowe kable oraz układy elektryczne. Zaczął przeglądać elementy w poszukiwaniu usterki.
— Daj mi chwilę, zaraz to naprawię.
— Nie wiem, czy mamy twoją chwilę.
— Nic więcej nie zrobię.
— Ja mam pomysł.
— To dawaj, bo czas się kończy.
— Poświęć skorupę.
— No chyba cię powaliło!
— To jedyna opcja.
— Ja ci dam jedyną opcję. Patrz teraz.
Wziął do rąk dwa żółte przewody, następnie skręcił je palcami. Coś w głębi schowka wystrzeliło kilka iskier.
— Teraz spróbuj.
— No dobra.
Klik


— " I to tyle w tym wydaniu Wiadomości, życzymy dobrego wieczoru"
— Miałeś rację, nic nie mówią o naszym wyczynie.
— A nie mówiłem. Gdybym posłuchał cię to pewnie tamci dowiedzieliby się o tym, co robimy, a na to sobie nie możemy pozwolić.
— Wiem, a teraz nie smuć i podaj piwo, mecz się zaraz zacznie.
Starszy mężczyzna otworzył lodówkę, z której wyciągnął czteropak piwa. Podszedł do złożonego tapczanu, na którym siedział facet z kucykiem zmieniający program w starym telewizorze LCD. Usiadł obok, wyjął jedno z piw i je podał.
— Dzięki.
— Spoko, ale musisz częściej zastanawiać się nad tym, co robisz. Nie możesz tak lekkomyślnie planować zmiany skorupy. Pamiętaj, te skorupy mają relacje z innymi, jeśli jakąś zabierzesz to pojawią się pytania. A odpowiedź jest zawarta w pytaniu, czyli im więcej pytani, tym więcej odpowiedzi, a co za tym idzie większa szansa na znalezienie tej odpowiedzi.
— Wybacz, że to wszystko jest dla mnie nowe. Nigdy nie byłem na takich wakacjach.
— Nie dziwię się, ja też na swoich pierwszych straciłem głowę, no i ja mogłem się ewakuować w każdej chwili.
— Jestem dobrej myśli, liczę, że my też niedługo będziemy mogli.
— Więc wznieśmy toast. Za "Szwagier&Szwagier Motorized".
— I za przymusowe wakacje.
Mężczyźni zderzyli się puszkami i wypili gorzkawą zawartość, w tym czasie na ekranie pojawił się obraz murawy, na którą wbiegają dwie drużyny w różnokolorowych koszulkach, a komentator zaczyna półtoragodzinny wywód o tym, co się wydarzyło, dzieje lub będzie mogło się wydarzyć.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported