Sprawozdanie wywiadowcze

WYMAGANE UPOWAŻNIENIE POZIOMU 3. LUB WYŻSZEGO ORAZ AUTORYZACJA TYPU "MUSI WIEDZIEĆ". WERYFIKACJA UŻYTKOWNIKA ZAKOŃCZONA POPRAWNIE. DOSTĘP UDZIELONY.

Wstęp


██.██.████ o godz. 18:50 do 3. posterunku obserwacyjnego zbliżył się jeden z wojowników, niosąc drewniany totem (2 [m] wysokości i 0,5 [m] średnicy) z wyrytą podobizną plut. ████-████████. Byt wbił totem w pas graniczny i gestykulując, zaprosił agenta ku sobie. Plutonowy uzyskawszy drogą telefoniczną autoryzację od kierownika badań, również podszedł do pasa granicznego bez broni. Byt zaprosił wtedy agenta jeszcze bliżej ku sobie, pozwalając mu w końcu wkroczyć na SCP-PL-048. Istota oddała wtedy hołd plutonowemu, podnosząc ręce do góry, po czym położyła jedną na jego ramieniu, a drugą wykonała gest zapraszający agenta do wioski. Plutonowy poprosił wtedy o pisemną autoryzację od przełożonego, a otrzymawszy ją, wraz z SCP-PL-048-1 tempem spacerowym skierował się w głąb terytorium istot.

Sprawozdanie Wywiadowcze (transkrypt)

Data: ██—██.██.████.
Miejsce: SCP-PL-048/-2.
Autor: plut. ████-██████.

19:06 — Dotarliśmy do wioski. Jest tu kilka tych istot i wszystkie na mnie patrzą jak na jakiegoś boga. Jeden z bytów stoi cały czas pośrodku takiego jakby placu i patrzy się na słońce, nawet nie mrugając. Kiedy inni go mijają, podnoszą ręce do góry — jak wtedy, kiedy wołał mnie ten, który przyniósł totem. Gość… to znaczy istota ta nie reaguje na nic, ale kiedy się zbliżyłem, na kilka sekund oderwała wzrok od słońca i spojrzała mi w oczy tak dogłębnie, że aż poczułem, jak włosy stają mi dęba, ale nie było to nic wrogiego. To się wie. Cały czas towarzyszy mi ten, który mnie zaprosił. Przed chwilą przyniósł mi kulę siana obwiązaną konopnym sznurem. Wręczył mi ją i wykonał gest kładzenia się spać. O! Zaprasza mnie do jakiejś chaty.

21:15[szept] Jestem w domu tego osobnika, który przedtem patrzył się na słońce. Przygotowali mi miejsce obok… okna. Cholera, te budynki są ogromne; im pewnie wydaje się, że śpią w normalnej chacie, a mi, że w jakiejś stodole dla mamutów. Jest wygodnie, ale to nieważne. Obok mnie i tamtego bytu, są tu jeszcze dwie istoty. Jedna bardzo podobna do reszty, ale zauważalnie niższa, i druga mojego wzrostu. Nie mam pojęcia, dlaczego zaprosili kogoś, kto zabił jednego z nich, ani dlaczego są względem mnie tacy gościnni. Czuję się naprawdę dobrze odbierany i obdarzony niezasłużonym szacunkiem. Istoty się do siebie przytuliły i zasnęły w pobliskiej kupce siana. Ja też nie mam wyboru. Mimo jednak że nie chce mi się spać, lepiej nie ryzykować niekorzystnej odmiany sytuacji. Kładę się spać.

07:00 — Najmniejsza z tych istot obudziła mnie przed chwilą. Potrząsnęła mną jak tornado. Chyba się ze mnie śmiała… z mojej przerażonej facjaty. Najwyższy z bytów wręczył mi do rąk kurę. Żywą, gdakającą… i czekał. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to jedzenie dla mnie. Ładnie podziękowałem, oddałem mu nielota i wyjąłem z kieszeni własną porcję suchego prowiantu. Ten jednak pomachał przecząco palcem, po czym wyrwał ptakowi głowę z jakimiś kośćmi i wsunął ją sobie do gardła. Wręczył mi do rąk krwawiące truchło. Pominę szczegóły jedzenia, ale chyba było to moje ostatnie na jakiś czas.

12:18 — Niedługo po śniadaniu, jedna z istot zabrała mnie do prowizorycznie urządzonej kopalni, na obrzeżach. W głąb prowadziły drewniane schody. Nie wiem… może przeszliśmy ze sto metrów w dół. W końcu znaleźliśmy się na niesamowitym chodniku. Ogromny tunel; idealnie okrągły. Ze ścian wypływała srebrzysta, świecąca się na biało woda. Kilka z istot rękami kopało w dalszej sekcji, pozyskując surowiec, którego nie jestem w stanie zidentyfikować. Niebiesko-biało-fioletowe kryształy wielkości mojej pięści, które wrzucały do drewnianych skrzyń. Kiedy doszliśmy do końca tunelu, ujrzałem kolejne schody prowadzące chyba z tysiąc metrów niżej. Tak, wszystko było oświetlone przez tę dziwaczną wodę. W momencie, jednak, kiedy postawiłem stopę na stopniu drugich schodów, towarzyszący mi byt gwałtownie złapał mnie za ramiona i wycofał. Przecząco pomachał ręką, dając mi do zrozumienia, że nie wolno mi tam iść. Nie mam pojęcia, dlaczego.

13:22 — Podczas wycofywania się na powierzchnię, ujrzałem straconego agenta ██████████████. Spojrzał na mnie zszokowany, czemu się nie dziwię, następnie podbiegł i krzyczał, żebym go zabrał. Zapytał się, czy udało nam się zaprzyjaźnić z potworami. Skłamałem, mówiąc, że uczestniczę w eksperymencie i nasze rasy nadal są skłócone. Agent spojrzał na mnie z odrazą i zaczął wrzeszczeć "zdrajca, zdrajca, kurewski zdrajca, żebyś spłonął w piekle!". Jeden z ichnich górników złapał wtedy agenta i jednym ruchem przysunął go do ściany, przy której miał pracować. Ten jednak nie poprzestał; rzucił się do mnie i uderzył mnie z pięści w brodę. Wtedy towarzyszący mi byt złapał go za nogę i wywlókł na powierzchnię po setkach drewnianych stopni. Poszliśmy na rynek. Osobnik złapał za jeden z palów, wbił go w ziemię i zarzucił nań agenta, poczynając od gardła. Pal wyszedł wkrótce jego ███████. Nie cierpiał długo.

18:35 — Otrzymałem od nich jeden z kryształów. Byt, który gapił się na słońce i kazał mi zjeść truchło kury, zaprowadził mnie do innej chaty. Najgorszy jest fakt, iż przed kilkoma godzinami tej chaty nie było. Wnioskuję, że zbudowali ją dla mnie. Nie wiem, czy są świadomi tego, iż nie mogę po prostu z nimi zamieszkać. Mam pracę, rodzinę, własne życie. Nie wiem, dlaczego JA, ale to nie ma znaczenia, bo nigdy się na to nie zdecyduję. To nie dla mnie, i tyle w temacie. O, szykują chyba jakiś rytuał.

[ZMIENIONO]

12:42 — Na szczęście zrozumieli. Pozwolili mi zatrzymać kryształ i prowadzą mnie do granicy. O ile dobrze wiem, mogę w końcu powiedzieć to wyczekiwane "koniec nagrania".

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported