To tylko sen
ocena: +9+x

Darek Kucharczyk szedł długim i białym korytarzem do swojego gabinetu. Skręcił w prawo w idealnie taki sam korytarz. Nad jego głową zamigało światło ze starej lampy, a z drzwi obok dało się usłyszeć rozmowę. Minął się z sekretarką, z którą grzecznie się przywitał:
— Dzień dobry, Pani Reniu.
— Dzień dobry — odpowiedziała z uśmiechem.
Spokojny dzień w Fundacji. W pewnym momencie zachciało mu się lodów. W tamtej chwili oddałby za nie wszystko. Szkoda, że w fundacyjnych korytarzach bez końca, nie montują maszyn do świderków. A jednak doktor dostrzegł po jego prawicy takową. Trochę się zdziwił. Rozejrzał się w jedną i drugą stronę, lecz nie dostrzegł niczego podejrzanego. Pierwsze co przyszło mu do głowy to przełamanie zabezpieczeń przez jakąś zabójczą świderkownice, ale z tego, co pamiętał w Ośrodku 3, jego miejscu pracy od lat, nie trzymają niebezpiecznych obiektów, a na pewno nie trzymają tutaj niebezpiecznych maszyn do lodów. Świadomie ryzykując swoją głupotą, kliknął duży czerwony przycisk umiejscowiony na samym środku. Usłyszał znany mu dźwięk, po czym z dozownika wyskoczył wafelek i powoli oblał się białą gęstą masą. Kucharczyk zadowolony z braku przedwczesnej śmierci wziął śmietankowego rożka i poszedł dalej, delektując się jego smakiem. Zastanowił się, czy czasem w tym tunelu nie trzymają jakiegoś Apollyona, czy czegoś podobnego. Po chwili intensywnego myślenia poczuł bijący od prawej strony chłód. Zatrzymał się. Spojrzał w bok i dostrzegł pancerne, grube drzwi. Usłyszał dudnienie. Stawało się ono coraz głośniejsze. Doktor nerwowo odsunął się od wejścia. Drzwi zostały wyrwane i z hukiem odbiły się od ściany. Z powstałego otworu wypełzła bestia o demonicznym wyglądzie. Od potwora biło dosyć przyjemne ciepło, a z jego przełyku wydobywało się światło. Z podłogi korytarza wysunął się czarny przedmiot podobny do łoża. Demon uderzył w Darka, który z impetem wpadł na niedawno powstały wytwór. Wydał cichy jęk. Poczuł, jakby wyparowały z niego wszystkie siły. Łoże było ciepłe i szorstkie w dotyku. Przechylił swoje prawie już nieposłuszne ciało w lewą stronę, chcąc zrzucić się na podłogę i schować za łożem, lecz było już za późno. Bestia podeszła do doktora i powiedziała basem:
— Twój czas niedługo dobiegnie końca śmiertelniku.
Przyjemne ciepło przestało być takie przyjemne. Zaczęło parzyć. Ze ścian wysunęły się czarne, śliskie macki, które owinęły się wokół jego kończyn i boleśnie rozciągnęły po prostokątnym tworze. Stwór zaczął ciąć brzuch badacza swoim zniekształconym pazurem. Darek zaczął krzyczeć. Nie krzyczeć po pomoc, tylko raczej dla zasady. Wiedział, że nikt mu nie pomoże. Całe jego wnętrzności wylały się na zewnątrz. Czuł przeraźliwy ból, palący, nie do wytrzymania. Bestia złapała go za klatkę piersiową i zaczęła ją wgniatać. Nie mógł złapać oddechu. Przed jego oczami pojawiły się mroczki. Umierał, po prostu umierał. Chciał krzyczeć, ale nie mógł. Po chwili przestał czuć ból. Nie czuł już nic, a przed oczami miał ciemność.


Obudził się, jadąc taksówką. Pojazd mijał samochody mokre od deszczu, a krople uderzały w dach, wydając charakterystyczny dźwięk.
— To był tylko sen — pomyślał.
Spytał się kierowcy, gdzie już są i czy daleko jeszcze do celu podróży. Sam nie pamiętał, dokąd jadą. Otrzymał odpowiedź, że dojadą za trzy minuty. Miał nadzieję, że kierowca się pospieszy, bo nie chciał spóźnić się na konferencję.
Po przyjeździe wszedł przez drzwi Ośrodka, kiwnął głową strażnikowi i pokazał swój identyfikator. Ten uśmiechnął się i przepuścił go bezproblemowo. Wszedł po schodach na drugie piętro i pomaszerował w kierunku swojego gabinetu. Otworzył drzwi i ujrzał swoje stare, dobre biurko. Usiadł na krześle. Dopiero teraz dostrzegł, że w jego biurze stoi odwrócona tyłem postać odziana na czarno.
— Kim jesteś? — spytał.
— W tej chwili nie jest to ważne — odpowiedział kobiecy głos.
— Aha, a możesz powiedzieć mi, co robisz w moim gabinecie?
— Aby na pewno jest twój? — zapytała postać.
— Tak, na pewno, a nawet jak nie, to nie jest twój — odpowiedział.
— Tak? To spójrz na tabliczkę, która jest na biurku.
Podniósł tabliczkę, informującą o tym do kogo należy dane biuro. Obrócił ją i przeczytał jej zawartość. "Tajemnicza osoba stojąca w gabinecie, dział rozmowy z dr. Darkiem"
— Co jest?! — krzyknął.
— Więc jak? Kogo to gabinet? — otrzymał pytanie.
— Mój! Nie wiem, co kombinujesz, ale muszę zgłosić to do ochrony — odpowiedział zdenerwowany.
Wstał z krzesła, które zostało mocno odsunięte w tył. Podszedł do drzwi. Miał już łapać za klamkę, ale nagle spostrzegł, że nie ma żadnej klamki. Spojrzał na drzwi, ale ich też nie było. Była za to blada, pusta ściana. Odwrócił się i powiedział:
— Nie mam pojęcia kim lub czym jesteś, ale wiedz, że Fundacja jest trudnym przeciwnikiem i zadzieranie z nią nie jest mądrym pomysłem.
— Jakbyś nie wiedział, to ja też pracuję dla Fundacji. Niedługo wszystko ci się rozjaśni — odpowiedziała.
— Czekaj, co…
W tym momencie doktor usłyszał strzał i poczuł ból w okolicach serca. Spojrzał w dół. Na ziemi znajdowała się kałuża krwi. Bezwładnie osunął się na podłogę.


Nagle znalazł się w jakimś głębokim rowie. Siedział na ziemi i bolała go głowa. Dotknął jej w okolicy skroni. Potem popatrzał na swoją rękę. Była umazana we krwi, co jednoznacznie mówiło, że krwawi. Zewsząd było słychać strzały, a dodatkowo Darek ubrany był w mundur i trzymał karabin.
— Świadomy sen w świadomym śnie w świadomym śnie? — powiedział. — To nie może być przypadek.
Wokół niego leżały trupy osób w takich samych mundurach jak jego. Usłyszał jęknięcie. Okazało się, że jeden z trupów żyje. Ledwo żyje. Był cały w krwi i dodatkowo się nią krztusił. Po lewej stronie jego klatki piersiowej widniała rana postrzałowa. Było jasne, że nie przeżyje, więc doktor przestał się nim interesować i ostrożnie wychylił głowę ponad poziom gruntu. Wszędzie wokół był kurz. Niczego nie zauważył. Wrócił do pozycji siedzącej i pomyślał:
— Co tu się kurwa dzieje?
Nagle usłyszał dźwięk przypominający połączenie syczenia z bzyczeniem. Znad niego wyskoczyła skolopendra wielkości autobusu i wbiła się w ziemię zaraz przy jego stopach. Szybko podkurczył nogi. Chwilę potem z nowopowstałej dziury na nowo wyłoniła się skolopendra i patrząc na badacza, zaczęła syczeć. Kucharczyk usłyszał pracę jakiegoś mechanizmu, jakby tłoków. Głowa skolopendry zbliżyła się do Darka. Odgłos tłoków stopniowo narastał. Znad głowy Darka wyskoczył mech wyrwany żywcem z filmu science-fiction. Złapał skolopendrę poniżej jej głowy, a potem sprawnym ruchem, używając ostrza przyczepionego do jego prawego przedramienia, uciął ją, kończąc żywot potwora i pobiegł dalej. Oszołomiony Darek nawet nie drgnął. Nagle po jego prawej stronie usłyszał klakson rowerowy. Odwrócił się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Zobaczył dostawcę pizzy z różową szybą pod pachą dumnie mknącego przez okopy. Młody chłopak zatrzymał się przed Darkiem i wręczył mu pudełko z pizzą.
— Hawajska, tak jak pan zamawiał — powiedział, po czym pojechał dalej.
Nie lubił hawajskiej. Otworzył pudełko. W środku zamiast pizzy był talerz. Nagle z nieba spadł spiderman z kotem, trzymającym ogonem banana, na ramieniu i powiedział:
— Hej ty, w końcu się obudziłeś.
Po czym wskazał palcem w górę. Doktor podniósł głowę. Przez niebo leciał meteoryt skierowany prosto w niego.
— Kurwa — zdążył powiedzieć, zanim znowu owiły go ciemności.


Miał zamknięte oczy. Czuł, że leży na miękkim, wyprofilowanym łóżku. Powoli podniósł powieki. Wisiała nad nim lampa. Z powodu mocnego światła zmrużył oczy. Po chwili przyzwyczaił się do niego i siadł na krawędzi legowiska. Znajdował się w pokoju ze śnieżnobiałymi ścianami. Zobaczył doktora Indygo, swojego kolegę, majstrującego coś przy jakimś dziwnym urządzeniu.
— Gdzie ja jestem, co się dzieje?
Indygo odwrócił się w jego stronę i powiedział:
— O, obudziłeś się wreszcie. Już wyjaśniam. Zostałeś wybrany do wzięcia udziału w pewnych eksperymentach. By się udały, nie mogłeś o niczym wiedzieć.
— Jakich eksperymentach? Nic nie rozumiem. Zostałem zabity we śnie przez jakiegoś demona, potem się obudziłem. Znowu zostałem zabity, tym razem przez jakąś kobietę, potem nawet nie wiem co i znowu się obudziłem.
— Widzę, że eksperyment się udał — powiedziała zabójczyni Darka, wchodząc do pokoju.
— Ty też tu jesteś? Teraz to już niczego nie rozumiem.
— Testujemy nową, mniej śmiertelną metodę przeprowadzania eksperymentów, wyciągania informacji i czegoś jeszcze. Nie pamiętam już — zastanowił się chwilę, po czym znowu zaczął. — A więc, dzięki tej maszynie wrzucamy kilka osób plus ciebie do tego samego snu. Jedna osoba, do której należy ten sen, ma możliwość jego modyfikacji, tak jak Kasia usunęła drzwi w tamtym gabinecie. Dodatkowo możemy w tym śnie wrzucić cię do kolejnego snu, którego ktoś inny może modyfikować, tak jak ty wyczarowałeś sobie świderki. Jedynym problemem jest to, że nie możemy mieć do tego snu wglądu, z powodu, że tam czas płynie kilka razy szybciej. Dlatego możemy polegać tylko na relacjach zaufanych osób, takich jak ty — wytłumaczył.
— Jeszcze jedno, właśnie dostałeś propozycje przydziału do MFO Delta-7 "Łowcy snów". Idź do dyrektora, on wyjaśni ci szczegóły — dodał.
— Aha, już kumam. A nie ma to przypadkiem złego wpływu na umysł? — spytał.
— Nie, wszystko było testowane.
— To dobrze, nie chcę zostać warzywkiem. A wytłumaczysz może, co to MFO będzie dokładniej robić? — spytał.
— Jak już mówiłem, szczegóły usłyszysz od dyrektora, ale trochę mogę ci skrócić. Jest to bezpieczna praca, w przeciwieństwie do poprzedniego projektu, w którym uczestniczyłeś. Praktycznie śpisz większość czasu i lwia część twojej pracy właśnie na tym polega. — powiedział Indygo
— No dobra, wydaje się nawet spoko. Pomyśle nad tym. Tylko chciałbym się zapytać kogo był trzeci sen?
— Mój, bardzo się postarałem, tworząc go. Podobał się? — poinformował dumnie Indygo.
— Emm… Był specyficzny.
— Taki miał być! — krzyknął z uśmiechem na ustach. — Dobra, idź już.
— Robi się — odpowiedział.
Wstał z łóżka i poszedł do gabinetu dyrektora.
— Teraz to mi się zachciało świderków bardziej niż kiedykolwiek — pomyślał, idąc korytarzem.
Nagle zobaczył maszynę do świderków, taką jak z jego snu.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported