Ukryci wrogowie
ocena: +7+x

***


Książka upadła na podłogę z łoskotem, otwierając się na pierwszej stronie. Po chwili zaczął formować się na niej tekst, pisany jakby niewidzialną ręką; pomimo atramentowych kleksów i zawrotnego tempa, w jakim pojawiały się litery, cały proces przebiegał w głuchej ciszy, bez skrzypienia nieistniejącego pióra o papier. W pewnym momencie tekst zatrzymał się gwałtownie, gdy zostało mu miejsca na niewiele ponad jedno słowo, by zapełnić całą stronę, zafalował lekko, jak gdyby miał torsje, po czym tomiszcze rzygnęło wodospadem atramentu. Rzeka ciemnogranatowej mazi wsiąknęła powoli w dywan, a gdy w nim zabrakło miejsca, w końcu równomiernie pokryła całą podłogę stosunkowo małego pokoiku. W bajorze z tuszu coś się kłębiło, sprawiając, że gdzieniegdzie unosiły się z niego bąbelki.
Ktoś głośno wciągnął powietrze przez usta, zachłysnął się nim i rozkaszlał się. Właściciel płuc, mężczyzna w średnim wieku (choć już z pierwszymi oznakami starości na twarzy), poderwał się z podniszczonej kanapy i rozbieganym wzrokiem ogarnął bałagan. On sam ochlapany był atramentem, choć tylko częściowo, bo na szczęście kanapa zapewniła mu nieco elewacji.
— Dobrze — mruknął do siebie. — I co dalej?… A, tak, tak, pamiętam. Muszę… Muszę wykonać ten taki gest… i zbić szklankę. Okej. Dasz radę, Fabian, już zaszedłeś tak daleko, to tylko… — przerwał na chwilę monolog, sięgając po uprzednio naszykowaną na stoliku szklankę z rżniętego szkła. — Dobra. To ten. To jedziemy.
Mężczyzna uspokoił oddech, patrząc z lekkim obrzydzeniem na ciemne bajoro w jego salonie. Wziął kolejny, tym razem kontrolowany, głęboki wdech i wykonał skomplikowany gest, na którego widok człowieka obdarzonego wyjątkową empatią rozbolałyby palce. Sięgnął drżącymi palcami po naczynie, zacisnął na nim dłoń tak mocno, że pobielały mu knykcie i rzucił nim o ścianę. Deszcz migoczących odprysków spadł do czarnej kałuży z ostrym, czystym dźwiękiem zbitego szkła. Przez chwilę nic się nie działo, po czym…
Atrament zabulgotał jak woda w czajniku, choć konsystencją po chwili zaczął przypominać raczej karmel. Wezbrał jakby na objętości i poruszając się samoczynnie po pokoju, zaczął przybierać rozmaite, kleksowate kształty. Kształty te po kilku sekundach przypominały już ludzi, w powykręcanych, bezwładnych pozycjach. Jeden z kształtów różnił się od innych. Stał wyprostowany na książce, z piersią wypięta naprzód, cały zesztywniały, z rozczapierzonymi palcami i napiętymi wszystkimi mięśniami. Po chwili atrament zaczął zmieniać kolor, a także teksturę i konsystencję, i kształt na środku przybrał wygląd ciemnowłosego mężczyzny w niemodnym od co najmniej trzydziestu paru lat garniturze. Mężczyzna wytrzeszczył oczy, otworzył usta i upadł na dywan, na którym nie została już ani kropla atramentu.
Fabian zamarł, po czym rzucił się w stronę człowieka na podłodze. Złapał go za ramiona i odgarnął mu włosy z czoła.
— Kurwa, Roland, nie wierzę… Udało mi się ciebie, znaczy… O kurwa, nic ci nie jest? Jak się czujesz? Słyszysz mnie w ogóle? Ja pierdolę, ile ja przeszedłem, żeby cię stamtąd wyciągnąć — przerwał, gdy mężczyzna odkaszlnął.
— Nie, nic mi, kurwa, nie jest, po prostu przesiedziałem trzydzieści lat w jakimś jebanym kieszonkowym wszechświecie, który działał jak świadomy koszmar, ale nie, czuję się, kurwa, znakomicie. A teraz pomóż mi wstać i pozbądźmy się z twojego salonu tych skorup, chyba że lubisz takie makabryczne dekoracje.
— Jakich… Och.
Oprócz Rolanda Szulca, byłego farmaceuty anomalnego, rytuał najwyraźniej wyciągnął z książkowego mikrokosmosu ponad trzydzieści martwych, wysuszonych ludzkich ciał. Piętrzyły się teraz na podłodze salonu Fabiana, a niektóre stały oparte o ściany.
— Chyba zwymiotuję.
— No już nie bądź taki żenujący. To i tak wygląda o niebo lepiej tutaj, niż wyglądało tam. — Mężczyzna w garniturze wstał z podłogi i otrzepał się eleganckim ruchem. — Najlepiej chyba będzie to spalić. To jest blok czy kamienica? Jak masz jakiś kominek czy piec kaflowy, to będzie łatwo, bo widzę, że za oknem jest zima. Jeśli nie, to musisz się stąd zabierać i puszczamy wszystko z dymem.
— Chyba nie sugerujesz, żebym…
— Tak, sugeruję. Inaczej albo będziesz musiał mieszkać z trzydziestoma mumiami, albo zostawisz niespalone mieszkanie z trzydziestoma mumiami i wyjdzie na jedno i to samo. Swoją drogą, z tego, co mi wiadomo, to ten jebany grat był przez jakiś czas w Fundacji, jak ty to w ogóle zdobyłeś?
— …To długa historia. Ale mam trochę długów do spłacenia… I ty, niestety, też.
Szulc westchnął głęboko.
— No dobrze, rozumiem. Opowiesz mi później. Ale ostrzegam, że nie bardzo miałem jak kontynuować jakiekolwiek badania, będąc tam, gdzie byłem. Jedyna wiedza, którą tam zdobyłem, to nieco taumaturgicznych trików, które nawet nie wiem, czy zadziałałyby w prawdziwym świecie. — Rozejrzał się po pokoju. — No nic, trzeba teraz coś ze sobą zrobić. Najlepiej zaczynając od odkręcenia gazu i zmycia się stąd.

***


Dwóch mężczyzn siedziało w rozklekotanym wagonie TLK. Pierwszy, odgrodzony od okna powieszonym na haczyku długim szalikiem, wyglądał na około 50, może 60 lat, sądząc po zmarszczkach okalających jego kwadratową twarz. Nieco przetłuszczone, nieuczesane blond włosy wpadały mu do oczu, gdy skulony w siedzisku próbował się rozluźnić mimo świadomości, że właśnie przeprowadził pierwszy od lat okultystyczny rytuał, po czym spowodował wybuch we własnym mieszkaniu. Jego mocno zaciśniętą, lekko wysuniętą do przodu szczękę pokrywał nierówny zarost, którego właściciela wyraźnie nie obchodziły jego walory estetyczne. Ubrany był w jaskrawy, czerwonopomarańczowy bezrękawnik i bury polar oraz wyświechtane, nadal poplamione atramentem dżinsy. Nie wyglądał na człowieka noszącego nazwisko tak dumne, jak Fabian Zamojski. Tak naprawdę, od dawna nawet nie czuł się sobą; dopiero gdy zdecydował się wreszcie na ruch w stronę salwacji przyjaciela, poczuł, że robi coś w swoim stylu.
Naprzeciw niego siedział mężczyzna o dużo młodszej twarzy; przypadkowy przechodzień nie dałby mu więcej niż 30 lat. On sam chłonął szybko zmieniające się widoki za oknem pociągu jak małe dziecko, mrużąc oczy za każdym razem, gdy słońce na chwilę wyjrzało zza jasnoszarych, zimowych chmur. Widział w szybie swoje odbicie — dość krótkie, czarne włosy, jasnoszare oczy z ciemną obwódką naokoło tęczówek, które mimo młodej twarzy zdradzały, że widziały więcej, niż przeciętny zjadacz chleba. Powiercił się przez chwilę, starając się znaleźć najwygodniejszą do patrzenia się przez okno pozycję, co jednak było pewnym wyzwaniem ze względu na niepasujące ubrania. Fabian pożyczył mu najmniej menelsko wyglądającą koszulę i spodnie, ale nie zmieniało to faktu, że jego przyjaciel był od niego niższy i nieco szerszy. Szulc pogładził się po policzku, wyczuwając palcami wyrastające włoski. Nareszcie będzie mógł zapuścić zarost. W tamtym świecie nic się nie zmieniało, nie zestarzał się nawet o jeden dzień od czasu, gdy tam trafił. Przynajmniej nie stracił tych trzydziestu lat doszczętnie.
— Co właściwie teraz się dzieje z Zimorodkiem? — spytał nagle. Zamojski drgnął i odchrząknął.
— W sumie, to robi to, co robił. Podejrzanie dobrze mu idzie, zważając na to, że te jego specyfiki robią więcej złego, niż dobrego, przynajmniej w mojej opinii. Ale stronę internetową ma, zbija kasę, więc jednak coś w tym musi być takiego, że ludzie to kupują.
— Stek bzdur i tyle — prychnął Szulc, przewracając oczami i zawieszając wzrok na szybko przemykającym, zasypanym śniegiem lesie za oknem.
— Parę lat temu nawet udzielił wywiadu w jednej gazetce. Znaczy, takiej anomalnej, ma się rozumieć. Chyba miałem gdzieś zapisany PDF, mogę poszukać, jak chcesz — dodał Zamojski, zaczesując palcami włosy do tyłu.
— Taa, możesz — odpowiedział Szulc przez zaciśnięte zęby. — A co ty robiłeś przez ten cały czas? — dodał już łagodniej. Fabian westchnął głęboko.
— Po tym, jak te mendy od Marshalla cię przymknęły, jeszcze przez parę lat współpracowałem z Jarkiem. Niestety, no zastraszyli mnie zwyczajnie. Dzikie rzeczy się działy w tym dziewięćdziesiątym pierwszym. W ogóle wiesz, że on w tym wywiadzie się kompletnie wyparł powiązań z nimi? Że niby ich “dwulicowość” — tutaj zakreślił cudzysłowy palcami w powietrzu — zainspirowała go do jego własnych, zupełnie niepodejrzanych interesów. No i rzeczywiście chyba ich nie lubi, ale jednak początki były, jakie były. Musiał się jakoś wybić, a Fundacyjni przecież by mu nie pomogli, zresztą sam wiesz.
— Szuja — skwitował ciemnowłosy mężczyzna, zaciskając pięść.
— No. Ale wracając do mnie — kontynuował ten starszy — po tych paru latach, jakoś w dziewięćdziesiątym dziewiątym bodajże, a może w dwutysięcznym? No, w każdym razie jakoś wtedy, razem z Achimem rzuciliśmy ten biznes. Na szczęście z Zimorodka nie jest żaden mafioso, po prostu wypowiedzieliśmy umowę i tyle. Jasne, było trochę przeszkód, ale nic, czego nie pokonalibyśmy z pomocą dobrego prawnika. — Zamojski urwał na chwilę. Szulc pokiwał głową i dopytał:
— Właśnie, a Achim?…
— Zaszył się gdzieś. Nie słyszałem od niego pojedynczego piśnięcia, odkąd skończyliśmy sprawę z Jarkiem.
— Hm. — Na dłuższą chwilę zapadła cisza.
— No. Także… Ja w międzyczasie to nawet się nawróciłem. Znaczy, wiesz, zacząłem dyrdać do kościółka w niedzielę i takie tam. Ale mi przeszło jakoś w piętnastym. No i jakoś tak… zrewidowałem sobie jeszcze raz światopogląd i stwierdziłem, że chyba wypadałoby cię wyciągnąć, jeśli to w ogóle możliwe. Przepraszam, że tak długo musiałeś czekać. Pewnie jestem słabym przyjacielem.
— Co ty. Jestem ci bardzo wdzięczny. Tam i tak czas działał chyba trochę inaczej… — młodszy mężczyzna zmarszczył brwi. — Nie przejmuj się, przecież wiem, że i tak sporo poświęciłeś i zaryzykowałeś, żeby mi pomóc.
— Miło mi to słyszeć. Wiesz, dużo miałem takich sytuacji, że myślałem, że mnie zaraz zapuszkują.
— Na takim poziomie taumaturgii, na którym jesteś, a przynajmniej zakładam, że jesteś, skoro zrobiłeś cały ten Sajgon u siebie w salonie, przecież mógłbyś po prostu wyjść z paki w dowolnym momencie.
— Nie, ja nie mówię o policji, co ty. Chodziło mi o Fundacyjnych.
Szulc uniósł jedną z brwi.
— Przecież ty nie jesteś anomalny.
— Niby nie, ale kto ich tam wie… Pewnie i tak mają mnie w bazie danych. Dopiero niedawno nauczyłem się… znikać z radaru. Ale, ale… Wiesz, że te tabletki, co ci zajumali, to teraz w Ameryce trzymają?
— No nieźle. Zgaduję, że zanim MC&D wymyślili, jak drogo powinni je sprzedać, to Fundacyjni wysłali komandosów, żeby im to zabrali.
— Coś w ten deseń, z tego, co wiem, tak.
— No ładnie.
Starszy mężczyzna nerwowo przesunął się na siedzisku.
— Wiesz co, przepraszam, ale strasznie dziwnie tak… no, rozmawiać z tobą. Po tylu latach… No i nie zestarzałeś się w ogóle…
Szulc tylko wzruszył ramionami.

***


Obaj mężczyźni siedzieli w średniawej kebabowni w Piątku, zaledwie parę kroków od słynnego geometrycznego środka Polski. Roland Szulc jadł frytki powoli i ostrożnie, kontemplując każdy kęs. Nie czuł się szczególnie głodny, ale z drugiej strony przez trzy dekady nie potrzebował jedzenia. Sam nie był pewien, w jakim stanie znajduje się jego organizm, więc na razie poprzestał na przypominaniu sobie, jak smakują przetworzone ziemniaki. Fabian za to pożerał kebaba z baraniną na cienkim w najlepsze, zgodnie ze świętą tradycją oblizując mieszany sos z palców. Roland spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta.
— Ta twoja dziewczyna od dokumentów powinna być za pięć minut, prawda?
— A co, już za pięć szósta? To tak, zaraz powinna być.
— Właśnie, zapomniałem zapytać… To ma jakieś znaczenie, że akurat tutaj się z nią umówiliśmy?
— Tylko takie, że tutaj mieszka. Ale — Zamojski przerwał, żeby przeżuć i przełknąć kęs jedzenia — nie można zaprzeczyć, że jakby coś tam zachachmęcić przy tym pomniku, to pewnie by można było jakieś czary-mary uskutecznić.
— Rozumiem. — Szulc zamoczył frytkę w keczupie. Reszta posiłku przebiegła im w ciszy, przerywanej mlaskaniem Fabiana. Dwie minuty po osiemnastej drzwi restauracji otworzyły się, wpuszczając do środka trochę śniegu oraz młodą, jasnowłosą, sympatycznie wyglądającą kobietę w czarnej, puchowej kurtce, prostej, również czarnej czapce bez dodatkowych zdobień oraz jasnoniebieskich dżinsach. Jej botki stukały o podłogę, gdy podchodziła do ich stolika. Zamaszystym ruchem przysunęła sobie krzesło i dosiadła się do dwóch mężczyzn z uśmiechem.
— Hej, jestem Anka — podała rękę Szulcowi. Ten wyciągnął swoją, zorientował się, że ma tłuste palce, szybko ją cofnął, wytarł w serwetkę i z przepraszającym uśmiechem wreszcie potrząsnął rękę kobiety.
— Cześć. Ja jestem… Roland. Roland Szulc.
— No to już nie jesteś. Papiery mam na nazwisko Nataniela Eberhartera — uniosła brew i, nie przestając się uśmiechać, pogmerała w torebce i wyciągnęła zestaw dokumentów — paszport, dowód osobisty i kartę kredytową oraz trochę zdezelowany, stary model iPhone’a i kilka zapisanych drobnym drukiem kartek. Chwyciła długopis i na czystej serwetce zapisała trzy numery różnej długości.
— Tutaj masz login i hasło do banku i PIN do karty. Zmień to na własne jak najszybciej, Fabian ci pomoże. Może i jest stary, ale i tak ogarnia współczesną technologię lepiej, niż ty.
— Ej, młoda damo! Nie pozwalaj sobie — zawołał Zamojski żartobliwym tonem i z chytrym uśmieszkiem pogroził jej palcem.
— Oj tam, cicho, wapniaku — wyszczerzyła zęby Anka. — Jeszcze co do banku, z paroma osobami przelaliśmy ci na konto jakieś dwa tysiące, ale to ci na długo nie wystarczy, więc będziesz musiał sobie znaleźć jakąś pracę. Fabian, on był tam od dziewięćdziesiątego pierwszego?
— Taa — mruknął starszy mężczyzna.
— Wiesz w ogóle, co to internet?
— Ogólnie to wiem, ale miałem z tym styczność może dwa czy trzy razy w życiu. Mam rozumieć, że się rozpowszechnił przez ten czas?…
— Oj, i to jak! Niektórzy uważają, że dostęp do niego powinien być wpisany w prawa człowieka. Będziesz miał sporo pracy domowej do nadrobienia, bo inaczej ludzie będą się na ciebie patrzeć, jakbyś był jakimś stuletnim wampirem.
— Trochę tak się czuję — odparł Roland-Nataniel ze słabym uśmiechem, choć w sercu poczuł nagle jakiś wielki ciężar.
— Dobra, czegoś jeszcze ode mnie potrzebujecie, czy mogę sobie wziąć gofra na wynos i wracać do domu? — zapytała blondynka, wstając z krzesła.
— Tak, właściwie, to… — zaczął Zamojski, lecz przerwał i zachmurzył się.
— Co jest? — Anka zmarszczyła brwi i ułożyła usta w dzióbek.
— Wynikły pewne… komplikacje — kontynuował Fabian. — Razem z Rolandem…
— Psst, Natanielem — poprawiła kobieta.
— No dobra, kurdebele, wszystko jedno. Razem z Natanielem z… wiesz co, nachyl się, wolę tego nie mówić za głośno.
— No wysłów się wreszcie — zirytowanym tonem pogoniła go, siadając jednak z powrotem. Fabian nachylił się do niej i wyszeptał:
— Oprócz… Nataniela… z tej książki wyleciało też tak z trzydzieści trupów. Musieliśmy zasymulować wybuch gazu u mnie w mieszkaniu i czym prędzej się stamtąd wynieść. — Zamojski odsunął się i odchrząknął. — Także… jakbyśmy może mogli u ciebie przenocować, tak dosłownie jeden-dwa dni… bylibyśmy bardzo wdzięczni. Ja ostatnio sobie wyrobiłem całkiem niezłą siatkę kontaktów, także zaraz coś wykombinuję, ale… no wiesz.
— O kurwa. — Anka wypuściła powietrze z płuc z długim świstem i spoważniała. — No chyba wiem. Szkoda, że nie przewidziałeś tego wcześniej, to tobie też bym załatwiła papiery. Dobra, na razie chodźcie do mnie, pomogę wam coś wymyślić.
— Dziękujemy — odezwał się Roland-Nataniel nieco speszonym głosem. Czekała go jeszcze długa droga, zanim ułoży sobie na nowo życie. Ta droga już z daleka wyglądała na najeżoną przeszkodami w postaci nieprzyjaciół z przeszłości, ale on już od dawna miał plan. Trzeba będzie go tylko dostosować do współczesnych realiów, ale na to też był przygotowany. Miał dużo czasu na rozmyślanie i nie zapomniał wziąć poprawki na fakt, że przez ten czas parę rzeczy mogło się pozmieniać. Poza tym wyglądało na to, że miał wsparcie.
Spojrzał za okno, oglądając wirujące pod latarnią płatki śniegu. Gdzieś z tyłu głowy pojawiło mu się stare porzekadło: "Zemsta najlepiej smakuje na zimno".

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported