Uwięziona
ocena: +10+x

Głośny, bardzo głośny alarm, krew przepływała przez szparę pod drzwiami, przy których świeciła się czerwona dioda — znak mojego zniewolenia. Głębokie oddechy, które miały mnie uspokoić. Siedziałam pod przeciwległą do drzwi ścianą, trzymając w dłoniach mój wczorajszy raport.

Do pomieszczenia zdążyłam wbiec, zanim moja szansa na przeżycie minęła. Jeden pracownik klasy D, a taki chaos, tyle trupów. Na wolności znajdowało się kilka obiektów klasy Keter i Euclid. Chorych, bezdusznych i zimnych anomalii, które w życiu nie powinny powstać.
Siedziałam w bezruchu, wsłuchując się w absolutną ciszę, której za nic nie chciałam przerwać ani najcichszym odgłosem. Od krwiożerczych stworów ratowały mnie jedynie cztery ściany tworzące pokoik techniczny. Nad głową widziałam przyczepiony do szarego tynku telefon. Służył on do kontaktu z osobą na parterze budynku. Niestety nie znałam żadnego numeru. Zrozpaczona skuliłam się i objęłam nogi rękoma. Czułam, jak nicość przeszywa mnie w formie ostrych dreszczy.

Po zaledwie kilku minutach usłyszałam, jak urządzenie nad moją głową zaczyna dzwonić. Zerwałam się na równe nogi i odebrałam, odwracając się zaniepokojona w stronę drzwi.

— H… halo? — wychrypiałam.

— Przedstaw się — rozkazał ze słuchawki kobiecy głos.

— Doktor Amalia. Moje obecne położenie to poziom minus dwa, skrzydło wschodnie — odparłam niemal jednym tchem.

Chciałam, jak najszybciej wyjść na świeże powietrze.

— Hmm… Witam doktor Amalio. Dziękuję za podanie położenia. Czy jeszcze ktoś jest z tobą?

— T… tak — odparłam szeptem i spojrzałam na drzwi.

Nadal żadnego ruchu świadczącego o możliwości istnienia anomalii stojącej nieopodal.

— Kto?

— Trup po drugiej stronie. Mam przyjemność podziwiać kolor jego krwi. — Roześmiałam się nerwowo.

Mój umysł pracował na największych obrotach, a mięśnie miałam tak spięte, że nie umiałam normalnie nimi poruszać.

— Rozumiem twoje zdenerwowanie, ale proszę o odpowiedź. Czy ktoś jeszcze…

— Jak się nazywasz? — przerwałam kobiecie.

Stwierdziłam, że skoro ona zna moje imię, to czemu ja mam nie poznać jej?

— Ja? — zapytała z konsternacją w głosie rozmówczyni. — Doktor Tamara. Próbuję ci pomóc. Jestem… to znaczy są ze mną ludzie, którzy po ciebie przyjdą. Już przygotowują sprzęt. Dlatego bardzo ważne jest, byś powiedziała mi, czy ktoś jeszcze jest z tobą w pokoju.

Sfrustrowana pokręciłam głową i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że moja rozmówczyni tego nie widzi.

— N… nie ma. Jestem sama. Mam wrażenie, że niektóre obiekty klasy Keter i Euclid nadal są niedaleko. Strasznie się boję — jęknęłam, a do oczu napłynęły mi łzy strachu. — Ja…

Zamilkłam, usłyszawszy kroki. Coś tu szło; coś wyraźnie zmierzało w kierunku pokoju technicznego.

— Kto… coś tu idzie — wyszeptałam spanikowana.

Poczułam, jak tętno mi przyśpiesza, a serce prawie wyskakuje z piersi.

— Spokojnie. Proszę zachować spokój — powiedziała doktor Tamara, po czym na chwilę zamilkła — i ciszę. Proszę być cicho.

Przestałam się odzywać i trzymając słuchawkę przy uchu, zaczęłam nasłuchiwać. Kroki były powolne i spokojne, jakby to coś postanowiło pójść sobie na spacer. Cała drżałam, gdy ucichły przed drzwiami. Po zaledwie kilku sekundach przestałam oddychać, bojąc się, iż tamten chory wybryk natury mnie usłyszał właśnie przez moje głośne dyszenie. Zaczęłam wpatrywać się w czerwoną diodę przyozdabiającą ścianę koło drzwi i myślałam o wszystkim, byle tylko odwrócić swoją uwagę od stojącej parę metrów dalej śmierci. Te kilka sekund wahania anomalii kosztowało mnie ogrom nerwów. Gdy tylko bezduszne dziwadło odeszło na tyle daleko, że jego kroki przestały być słyszalne, odezwałam się cicho do Tamary, lękając się mówić głośniej:

— J… już poszło.

— Jak wygląda sytuacja?

— Przecież powiedziałam, że już poszło — Pytanie mocno mnie zirytowało. Przecież nie mogłam wyjść na zewnątrz, jak miałam sprawdzić co dzieje się za drzwiami? — Skąd mam…

— Och! Przepraszam najmocniej. Pytanie było skierowane do ratownika — wytłumaczyła mi z lekkim rozbawieniem kobieta.

Jeszcze bardziej mnie to zdenerwowało. Na chwilę zapomniałam o niebezpieczeństwie.

— Przypominam, iż moje położenie jest raczej mało zabawne — warknęłam, chcąc upomnieć znajomą.

Kobieta odchrząknęła, tracąc humor:

— Przepraszam.

— Przeprosiny przyjęte. Jak dużo czasu potrzebujecie? — zapytałam, starając się zapanować nad nerwami.

— Jakieś dziesięć minut, góra piętnaście.

Zesztywniałam. Teraz liczyła się każda minuta; nie śpieszyło mi się do grobu.

— Wiem, że to długo. Zdaję sobie z tego sprawę. Gdyby nie możliwość, iż gdzieś nieopodal może znajdować się jakiś obiekt, już byśmy u ciebie byli.

Przez parę sekund panowała cisza, a w moich odczuciach była zbyt głośna. Przez stres czułam, że, pomimo ciszy, coś mogło zwrócić na mnie czyjąś uwagę.

— Doktor Amalio? — wyrwała mnie z zamyślenia doktor Tamara. — Jak masz na nazwisko?

— Co to za pytanie?

— Jeżeli wolisz milczeć i odchodzić od zmysłów, to możemy milczeć — zaśmiała się cicho kobieta.

— Levison. Doktor Amalia Rachel Levison — wyrecytowałam.

Ogarnęła mnie chwilowa ciekawość. Chciałam zapytać, jak ma na nazwisko i czy ma drugie imię. Jednak zaraz zrezygnowałam z pomysłu. Wtedy musiałabym siedzieć cicho i słuchać. Skupiałabym się jednym uchem na rozmówczyni, a drugim — na panującej ciszy. Ponownie rosłyby we mnie obawy, których starałam się wyzbyć.

— Ładnie. Miałam znajomą o imieniu Rachel. Była niesamowitą osobą.

— Aha — przytaknęłam cicho.

— No, dobrze. Wracając do tematu, jak długo pracujesz w Fundacji?

— Odkąd skończyłam dwadzieścia lat.

— Czyli? — Uśmiechnęłam się do siebie.

Właściwie nie wiedziałam, dlaczego to zrobiłam.

— Trzy lata.

Chciałam dodać coś jeszcze, jednak przerwało mi głośne trzaskanie drzwiami w słuchawce.

— Co to takiego?

Odpowiedź padła natychmiastowo i sprawiła, że stałam się jedną z najszczęśliwszych kobiet w tamtym momencie.

— Twoja ekipa ratownicza — pisnęła wręcz moja znajoma. — Już idą.

Drgawki strachu towarzyszące mi przez cały czas nagle minęły.

— Dobrze, jednak zanim przyjdą, postanowiłam jeszcze pomęczyć cię rozmową z moją osobą. Wracając do tematu, jak znalazłaś się w Fundacji?

Pytanie nieznacznie przygasiło mój entuzjazm.

— Niestety nie pamiętam. Nie pamiętam pierwszych trzech miesięcy. Podano mi środki amnezyjne. Podobno nie wytrzymywałam psychicznie przy jakiś eksperymentach, które prowadziłam wraz z jakimś innym doktorem. Nie powiedziano mi nawet, z kim ani nad czym. Może to i lepiej.

— Przykro mi.

Chciałam odpowiedzieć, że nic nie szkodzi. Jednak nie odpowiedziałam nic; jedyne, co zrobiłam, to przestałam się ruszać. Zza drzwi usłyszałam jęki i na pewno nie były one ludzkie.

— Doktor Tamaro, słyszysz to? Czy to tylko moja wyobraźnia?

Miałam nadzieję, iż to faktycznie tylko mój umysł płata mi figle.

— Cii! Proszę, bądź cicho — odparła uspokajająco kobieta.

Czyli jednak się nie przesłyszałam… szkoda. Serce podeszło mi do gardła, uświadamiając mi, że tamto coś usłyszałam dopiero przed chwilą. Co, jeśli ono usłyszało mnie pierwsze? Co, jeśli straciłam czujność, tym samym narażając się na stratę życia?

Do moich uszu dobiegł odgłos dziwnego, gardłowego warczenia i zażartej bijatyki. Byty drapały ściany, uderzały sobą nawzajem o moje i pobliskie drzwi. Biegały po całym korytarzu. Jednak to, czego bałam się najbardziej, było myślą, iż nagrodą dla wygranego jestem ja.

Ponownie strach brał górę nad radością, którą niedawno odczuwałam, i sprawiał, że popadałam w paranoję. Piekło skończyło się, dopiero gdy usłyszałam odgłos głuchego padania na ziemię. Po raz kolejny zapanowała cisza, a jedyne, co ją przerywało, było dźwiękiem ciągnięcia martwego ciała po mokrych od krwi kafelkach.

— A więc jednak nie chodziło o mnie — wyszeptałam z niedowierzaniem.

Wiedziałam, że Tamara usłyszała jedynie szmer, więc powtórzyłam głośno wypowiedź.

— To bardzo dobrze — powiedziała z wyraźną ulgą w głosie moja koleżanka. — Pomoc jest już w drodze. Właśnie zeszli z parteru na piętro minus jeden.

Pomyślałam wtedy, że zanim ktokolwiek tu przybędzie, oszaleję, a lekarz, zamiast badać mój stan, od razu będzie musiał podać mi środki amnezyjne. Jednak rozmowa, którą cały czas ciągnęła moja pocieszycielka, pomogła przetrwać mi kolejne minuty. Tym razem żadna anomalia nie przeszkodziła nam w rozmowie; nie musiałam po raz trzeci milknąć i czekać, aż wybryk natury pójdzie dalej. Jednak mimo wszystko, siedząc w małym pokoiku bez prawie żadnego zajęcia oprócz rozmowy telefonicznej, ciężko jest odmierzać czas, który dłużył mi się niesamowicie. Po kilku minutach, które dla mnie były ponad trzydziestoma, zaczęłam martwić się, że pomoc coś zatrzymało.

Dlatego, kiedy malutka dioda przy drzwiach zmieniła swoją barwę na zieloną, światło latarek mnie oślepiło, a mężczyzna w stroju ochroniarza podszedł do mnie, pytając mnie, czy wszystko w porządku, do oczu napłynęły mi łzy. Po prostu zaczęłam płakać.

— Doktor Tamaro. Czekaj na mnie i nie licz, że po tym, co dla mnie zrobiłaś, nie znajdę cię i nie podziękuję osobiście — powiedziałam, nim wstałam i obróciłam się w stronę wybawicieli oraz wolności.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported