Za garść świec zapłonowych


ocena: +5+x

Reflektory transportowca oświetlały gładką asfaltową drogę prowadzącą przez las. W szoferce siedziało dwóch pracowników Fundacji, jeden z nich kierował zaś drugi odpoczywał we w pełni odchylonym fotelu.
— Roman, za 15 minut powinna być stacja, tam się zamieniamy.
— Wiem.
— Tylko bez żadnej przerwy, chciałbym wskoczyć do łóżka przed wschodem słońca, a twoje hot-dogi, siku i inne pierdoły na pewno mi tego nie zapewnią.
— Spoko, ja mogę prowadzić przez 6 godzin bez przerwy. Ale co z naszym ładunkiem? Co jeśli pani doktor zachce się sikać? Każesz jej sikać do butelki po wodzie w rogu? Znaczy, jeśli cię to kręci to spoko, nie oceniam, ale wiesz…
— Dobra Roman, zapytaj ich, czy nie będą czegoś potrzebować, ale to jedyny ewentualny postój.
Roman sięgnął do krótkofalówki i włączył ją, z głośnika wydobył się charakterystyczny szum.

Na tyle pojazdu siedziały trzy osoby, dwóch ochroniarzy uzbrojonych w karabiny automatyczne oraz badaczka z protezą ręki. Krótkofalówka, w którą wyposażony był wyposażony ochroniarz z charakterystyczną blizną na lewym policzku, zaczęła wypluwać słowa:
— Halo Rysiu. Jesteś tam?
— Tak, co jest?
— Michał mówi, że za jakiś kwadrans, będzie stacja benzynowa. Robimy mały zjazd i chce wiedzieć, czy czegoś potrzebujecie.
— Ja nic nie potrzebuję, ale daj mi zapytać innych.

Ryszard zwrócił się do przysypiającej badaczki oraz swojego młodszego o przynajmniej dekadę współpracownika:
— Pani doktor, Teodor, potrzebujecie czegoś?
— Przydałaby mi się poduszka albo chociaż koc, ale raczej tego na stacji nie będzie, więc nie.
— Nie potrzebuję niczego.
Mężczyzna ponownie sięgnął do krótkofalówki:
— Jest dobrze, nikt nie potrzebuje postoju.
— No i fajnie.

Nagle uderzenie wstrząsnęło pojazdem, doktor odruchowo rzuciła się na pasy bezpieczeństwa zamontowane z tyłu i niemal natychmiast się zapięła w lekkiej panice. Jednocześnie Ryszard zaczął drzeć się do komunikatora:
— Co tam się do cholery dzieje, dziur nie umiecie omijać!?
— Jakiś debil w starym Starze nas szturchnął. Pewnie jakiś zaspany kierowca, choć dla pewności bądźcie w gotowości.
— Zrozumiałem.

Kiedy ochroniarze przygotowywali się na ewentualną walkę, ciężarówka Star ponownie obiła się o zderzak transportera. Michał zaczął mocniej wciskać pedał gazu, by zgubić masywny pojazd. Wtedy jednak zobaczył światła trzech innych pojazdów jadących za nimi, których dźwięk maskował ryk Stara. Samochód wyglądający jak Nysa po liftingu bez problemu wyprzedził rozpędzający się transporter i chamsko zaczął torować mu drogę zmuszając pojazd Fundacji do zwolnienia. Star w tym czasie zrównał się z transporterem blokując równoległy pas, szyby pojazdu były przyciemnione, więc Michał nie mógł dostrzec kierowcy. Pojazd był otoczony z każdej strony poza niewielkim poboczem z rowem.
— Blokują nas jakieś pierdolone eksponaty z muzeum motoryzacji!
Roman ponownie włączył krótkofalówkę:
— To zasadzka! Chyba chcą nas zrzucić z drogi, przygotujcie się na uderzenie!
— Robi się.

Jednak zanim Ryszard i Teodor zdążyli zająć pozycję, dwa asynchroniczne uderzenia w tył pojazdu zwaliły ich z siedzeń. Siła zderzeń nie była wystarczająca, by wtrącić pojazd w poślizg, ale znacznie utrudniała kontrolowanie trasy. Star nie uderzał, lecz powoli zbliżał się do pasa jazdy Michała, zmniejszając mu pole manewru. Michał myślał co zrobić w takiej sytuacji: otwarcie ognia nie było możliwością, bo byli zablokowani i strzelanina pewnie skutkowałaby wypadkiem, dodatkowo tamci mogliby odpowiedzieć ogniem; mógłby spróbować wykoleić "Nysę", ale ta skutecznie hamowała transporter, więc musiała mieć sporo mocy, do tego był Star; wyminięcie od rowu to niemal pewne złamanie osi, ale może istniałaby jakaś szansa.

Podczas rozmyślań przerywanych ciągłymi uderzeniami zauważył między drzewami, że zbliżają się do polnej drogi przecinającej asfaltówkę. To mogła być szansa, nie widział tam żadnych pojazdów, a na pewno tamci nie zostawili miejsca, by zablokować ostatni kierunek. Kierowca napełnił się nadzieją, która niemal natychmiast z niego uszła, gdy zrozumiał jedną rzecz: jeśli tamci tak się postarali, by przygotować coś takiego, to musieli znać teren, to mógł być ich plan. Niestety, zanim ta myśl mogła przerodzić się w jakieś działanie, Star gwałtownie odsunął się od transportera i z rozpędu uderzył w jego bok. Jednocześnie jeden z samochodów z tyłu uderzył w tylną część drugiego boku, co znacznie ułatwiło obrócenie i zrzucenie pojazdu na boczną drogę.

Gwałtowne uderzenie uszkodziło drzwi transportera, zbiło lusterko oraz uszkodziło szybę, jednak drzwi wciąż się trzymały, gdy Michał wjechał na polną drogę. Tego nie można było powiedzieć o jednym z tylnych drzwi transportera, które przez ciągłe uderzanie puściły i teraz latały niczym torebka foliowa na wietrze. Kierujący pracownik Fundacji próbował odzyskać kontrolę nad pojazdem, nerwowo kręcąc szarpiącą w lewo i prawo kierownicą. Niestety nierówna droga z ubitej ziemi nie pozwoliła wyjść ze slalomu chybotającego pojazdem do tego stopnia, iż koła niemal odrywały się od ziemi. Nie wiadomo czy Michał nie zauważył muldy czy też po prostu nie miał odpowiednich zdolności, by ją wyminąć, lecz nagle prawa strona pojazdu wyskoczyła w górę po naturalnej rampie z korzeni pobliskich drzew i poluzowanej ziemi.


Transporter wywalił się na bok, tarcie szurającego po drodze boku zatrzymało pojazd po 5 metrach. Teodor zaczął wychodzić z wszechogarniającej ciemności, ból głowy był niesamowity, młody mężczyzna czuł, jak krew spływa mu po zamkniętej powiece, a on leży na zimnym piachu. Dodatkowo miał coś w ustach, coś twardego, szybkie sprawdzenie językiem pozwoliły stwierdzić, że był to ząb, górna dwójka. Natychmiast go wypluł wraz z niewielką porcją krwi zmieszanej ze śliną. Powoli zaczął podnosić się do pozycji siedzącej, całe ciało promieniowało bólem ze stłuczeń powstałych podczas wypadnięcia z pojazdu. Po przetarciu oczu rękawem próbował zorientować się w sytuacji. Leżał kilka metrów od przewróconego transportera, nigdzie nie było widać pojazdów, które spowodowały stłuczkę, jedyne co było wokoło to ciemny i cichy las oświetlany przez czerwone światła ostrzegawcze z tyłu pojazdu. Teodorowi las wydawał się niepokojąco spokojny, oświetlane fragmenty drzew wydawały się być szare, bez życia, ale to mogła być kwestia światła. Jednak mężczyzna nie mógł dłużej wpatrywać się w spokojno-niepokojące otoczenie, gdyż od strony pojazdu zaczęło słychać dźwięk dwóch tętentów. Zaraz po nim nastąpił inny dźwięk, który zwrócił uwagę Teodora na drugi kierunek, za sobą, o wiele bliżej usłyszał jakiś szmer.

Mężczyzna natychmiast odwrócił się w jego stronę i odruchowo sięgnął po karabin, jednak go nie było, pas prawdopodobnie zerwał się w trakcie upadku i broń odleciała gdzieś na bok. Szelest był coraz bliżej i dołączył do niego zniekształcony dźwięk dyszenia. Spanikowany Teodor szybko dobył broń osobistą, na początku brudne palce nie mogły znaleźć kolby pistoletu schowanego w kaburze pod pachą. W końcu wyciągnął swojego colta M1911, a z krzaków zaczęła szarżować na niego bestia. Istota miała posturę podobną do wilka, jednak bardziej muskularną, co było widać, gdyż stworzenie nie wydawało się mieć skóry czy futra, jedynie jakąś czarną maź pozwalającą na dokładnie zobaczenie konturów mięśni. Teodor w panice wycelował broń w kierunku szarżującego stworzenia, które może 2-3 metry od niego napinało się do skoku mającego pozwolić zwierzęciu na wbicie swoich ostrych kłów w ciało ochroniarza Fundacji. Trzęsącymi rękami pociągnął za spust, lecz strzał nie nastąpił.
— "Cholera, bezpiecznik. Już po mnie."

Teodor nie miał czasu na odciągnięcie bezpiecznika, wycelowanie i oddanie strzału, to było niemożliwe. Teraz mógł jedynie mentalnie gotować się na śmierć, przeklinać swoją głupotę oraz mieć nadzieję, że umrze szybko i bezboleśnie. Wtedy tuż przed wybiciem zwierzęcia rozległ się odgłos wystrzału, kula trafiła stworzenie w lewą nogę i wytrąciła z równowagi, jednak nie był to wystrzał karabinu automatycznego. Pęd stworzenia sprawił, że wywróciło się do przodu lądując tuż przed Teodorem, ale wciąż dychało. Teodor odbezpieczył broń, lecz przed oddaniem strzału usłyszał kliknięcie zamka dwutaktowego wraz z charakterystycznym dźwiękiem dźwigni. Wtedy padł kolejny strzał w kierunku podnoszącej się bestii, powtórzyło się to cztery razy: kliknięcie, wystrzał, kliknięcie wystrzał. Jeden z pocisków na pewno nie trafił stworzenia i wyrył mały krater w drodze, ale reszta mogła trafić lub polecieć w powietrze, tak czy siak kulejące stworzenie odskoczyło na bok na zdrowej łapie i uciekło w busz. W końcu Teodor mógł skupić się na źródle strzałów, na początku nikogo nie zobaczył, jednak w akompaniamencie lekkiego, powolnego tętentu do czerwonego światła wtargnął osiodłany koń z jeźdźcem rodem z filmów Clinta Eastwooda. Miał na sobie klasyczny kapelusz kowbojski, skórzany płaszcz, spodnie z szerokim krokiem kowbojki z ostrogami przypominającymi widełki z dwoma zębami, a co najważniejsze w rękach miał karabin przypominający klasycznego Winchestera 1873. Mężczyzna wykonał jeszcze jedno przeładowanie dźwignią otoczone charakterystycznym klikiem i zanim Teodor wyszedł z szoku oraz zrozumiał, że przed nim jest uzbrojony nieznajomy, ten już wycelował w niego swoją broń. Bezsłownie pokazał krótkim ruchem lufy, by Teodor wyrzucił broń, ten wykonał rozkaz, wiedział, iż nie ma szansy wygrać pojedynku na refleks i celność w obecnej sytuacji.


Doktor Sosna poczuła wbijające się w tors pasy oraz krew zbierającą się w bezwładnie wiszących kończynach, jednocześnie usłyszała cichy, przytłumiony jęk połączony z wiązanką przekleństw. Otworzyła oczy, przed którymi pojawiły się mroczki wywołane słabym uderzeniem tyłu głowy w ścianę transportera. Po chwili oczy kobiety przyzwyczaiły się do ciemności przerywanej jedynie słabymi reflektorami z zewnętrza pojazdu, zobaczyła leżącego mężczyznę trzymającego się za prawe ramię, który był źródłem dźwięków. Doktor Sosna, przytrzymując się swoją żywą ręką, by bezwładnie nie spaść po odpięciu, użyła protezy do rozpięcia pasów, następnie przykucnęła przy rannym ochroniarzu.
— Ja pierdolę.
— Co się stało? Gdzie cię boli?
— Bark, jak cholera i nie mogę ruszać ręką.
— Pokaż.

Biolożka przeprowadziła szybkie oględziny ramienia ochroniarza, które nie obeszły się bez dotykania zranionego miejsca uwalniającego dodatkowe wiązanki przekleństw z ust rannego mężczyzny.
— Tak jak myślałam, wybicie barku. Trzeba to nastawić, gdzie apteczka?
— Pod siedzeniem od strony ściany przy szoferce. Tylko proszę być cicho, pewnie te skurwiele się tu kręcą i lepiej nie zwracać ich uwagi.
— Dobrze.

Doktor Sosna szybko przekradła się do wskazanego miejsca, gdzie znalazła pudełko z podstawowymi medykamentami. Wróciła do Ryszarda i otworzyła pudełko, wyciągnęła ze środka parę lateksowych rękawiczek, chustę trójkątną, maść znieczulającą, i nożyczki. Założyła rękawiczki i starając się ograniczyć ruchy rannej kończyny, ściągnęła z mężczyzny karabin oraz wszystkie możliwe elementy ekwipunku taktycznego. Następnie przy pomocy rozcięła materiał ubrań na wysokości ramienia, w odsłoniętej skórze widać było wybrzuszenie odstającego obojczyka, delikatnie nałożyła maść. Kiedy miała pewność, że medykament jest równomiernie zaaplikowany, wyciągnęła z kieszeni materiałowy portfel.
— Będzie boleć, nawet z maścią. Normalnie robiłoby się to w szpitalu po prześwietleniu, ale raczej nie mamy takiego luksusu. Musisz zagryźć, inaczej możesz odgryźć sobie język.
— No i wrzask przyciągnąłby niepożądaną uwagę.
— Tak, to też.

Po wymianie zdań portfel niemal natychmiast znalazł się w ustach mężczyzny. Biolożka ostrożnie objęła go za ramię, oddychając rytmicznie i głęboko, próbując zachować spokój. Mocno go chwyciła i pociągnęła w pożądanym kierunku. Usłyszała charakterystyczny dźwięk chrupnięcia towarzyszący takiego rodzaju zabiegom, mężczyzna zaczął wrzeszczeć w niebogłosy, jednak prowizoryczny knebel uniemożliwiał dźwiękowi rozejście się i ściągnięcia uwagi połowy lasu. Kiedy upewniła się, że końcówka kości wróciła na właściwe miejsce, przy pomocy chusty trójkątnej ustabilizowała ramię, by nie przeciążać stawu. Wtedy pojękiwanie Ryszarda zagłuszyła seria wystrzałów z karabinu przerywanych ruchem zamka, strzał był blisko, bardzo blisko. Uwaga obojga pracowników Fundacji skupiła się na tym, co dzieje się na zewnątrz. Przez otwarte skrzydło drzwi widać było siedzącego z podniesionymi rękami Teodora, który miał wzrok wbity w coś na lewo od transportera, prawdopodobnie strzelca, na całe szczęście nie miał żadnej rany postrzałowej. Wiedząc, że strzelec jest tuż obok, oboje zeszli do całkowitego szeptu.
— Co robimy?
— Ty czekasz, ja biorę karabin i spróbuje ich podejść, zanim oni podejdą nas. Jesteśmy tu trochę w chujowej pozycji.
— Nie ma opcji. Z taką ręką nie możesz nawet trzymać broni, a przez ból pewnie nie możesz nawet myśleć o celowaniu.
— No i? Nie zostawię go tam, były strzały, więc oni są uzbrojeni i raczej nie mają dobrych zamiarów.
— Ja pójdę.
— Ty? Przecież nie masz żadnego wyszkolenia z bronią, dawanie komuś takiemu nabitej broni to zbytnie ryzyko, a co dopiero próby jej używania. Odmawiam.
— Nie masz opcji. W twoim obecnym stanie nawet mój brak wyszkolenia wychodzi lepiej.
— Powtarzam, nie zgadzam się.
— To usiądź samodzielnie, wtedy odpuszczę.

Ryszard napiął mięśnie i zaczął ruszać korpus do góry, jednak szybko przeszył go silny ból oraz lekkie odrętwienie z maści znieczulającej. Ten impuls sprawił, że stracił równowagę i jedyne co zrobił to przekręcił się na bok.
— Wygrałaś. Weź karabin, odblokuj bezpiecznik i nie kładź palcu na spuście, chyba że planujesz strzelić. Rozumiesz?
— Tak, nie jestem głupia. A gdzie dokładnie jest bezpiecznik?

Mężczyzna wskazał na mały pstryczek, doktor Sosna odbezpieczyła broń i trzymając ją oburącz, ruszyła do uchylonych drzwi. Najpierw wychyliła się lekko, by zorientować się w otoczeniu, wciąż byli w lesie, jednak drzewa były inne, należały do gatunków żyjących w cieplejszym klimacie, jednak to nie to było najważniejsze. Spojrzała w kierunku, w którym patrzył Teodor, który na pewno zobaczył ją kątem oka, lecz nagłe odwrócenie wzroku odwróciłoby uwagę. Zobaczyła konia rasy Appaloosa ujeżdżanego przez ubranego jak kowboj mężczyznę, który w rękach trzymał jakiś stary karabin. Wiedząc, że nie da rady wyjść niezauważona, doktor Sosna oparła broń na framudze drzwi i wycelowała lufę w taki sposób, by mogła spróbować postrzelić nieznajomego.
—Opuść broń!

Kobieta wrzasnęła na nieznajomego, którego jedyną reakcją było lekkie obrócenie głowy do źródła dźwięku. Zobaczył kobietę z mechaniczną ręką trzymającą karabin oparty o przewrócony pojazd, lecz nawet to go nie wzruszyło, upewnił się jedynie, iż broń wciąż celuje w młodszego pracownika Fundacji. Myśląc, czy nieznajomy nie słyszał, czy też po prostu ją ignoruje, ponownie krzyknęła niepewnym głosem.
— Mówiłam coś!
— Spokojnie panienko.
— Opuść broń albo strzelę!
— Nie zrobisz tego panienko. Masz niepewność w głosie, a twoja broń nawet na oparciu lekko się trzęsie. Nie jesteś wyszkolona w strzelaniu, fizycznie i psychicznie.

Sosna wiedziała, że to prawda, jednak musiała grać, ale następne słowa na pewno ją zdradzą.
Milcząc przyłożyła oko do celownika, nie będąc nawet pewna, jak poprawnie przez niego patrzeć. Proteza była stabilną, nie wykazywała jakiegokolwiek zwątpienia, ale żywa ręka się trzęsła. Kobieta napięła wszystkie mięśnie kończyny, by to ograniczyć, ale i to nie dało rady w całości wyeliminować drgań. W końcu mężczyzna się odezwał:
— Może nie jesteś zdolna do świadomego strzału, ale mógłby ci się omsknąć palec. A nawet z takim przypadkowym wystrzałem z takiej odległości mógłbym stracić konia lub sam zostać ranny.

Kowboj opuścił broń, ale jej nie puścił. Widząc to, Teodor wykorzystał okazję i podbiegł do odrzuconej wcześniej broni, odbezpieczył ją i wycelował w człowieka na koniu, zanim ten zmieni zdanie. Następnie po łuku, powoli zbliżył się do miejscu, w którym była doktor Sosna.
— Pani doktor, co z nim?
— Żyje, pobijał się i wypadł mu staw barkowy. Nastawiłam go, jednak aktualnie nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków.
— Spokojnie, już się otrząsnąłem i mam to pod kontrolą. Ej ty! Rzuć broń.
— Nie zrobię tego, są tutaj niebezpieczne stworzenia, których nie interesują nasze animozje, dlatego muszę mieć się jak bronić.
— Jakie stworzenia?
— Jakieś bestie i faktycznie mogłyby się tu na nas rzucić. Musimy się stąd zabierać.
— A co z nim?
— Chyba nie ma wielu kumpli, bo by nas otoczyli, a żadnego nie widzę, więc pozostali muszą być z przodu.


Roman sprawdził oddech nieprzytomnego Michała, na szczęście obaj mieli zapięte pasy, więc żadnego nie zaczęło rzucać po kokpicie jak butelki z napojem. Niestety wcześniejsze uderzenie oraz to obecne negatywnie odbiły się na całość szyby oraz głowy Michała. Teraz z wypełnionej szkłem rany sączyła się niewielka ilość krwi tworząca kałużę. Na szczęście życiu kierowcy nie zagrażało niebezpieczeństwo, ale wstrząs mózgu był murowany. Na szczęście mają ze sobą kogoś kto powinien znać się na anatomii i lepiej obada rannego. Wtedy z pod otwartej maski blokującej widok przedniej szybie zaczęły wydobywać się jakieś metaliczne dźwięki, to na pewno były narzędzia buszujące w silniku. Roman pomyślał też, że przed chwilą słyszał jakieś tupanie, a teraz też parsknięcia, czyżby konie? Jednak środek transportu nie był teraz ważny, ważne było to, kim jest osoba szabrująca pod maską i czego chce.

Roman zwinnym ruchem wspiął się na poziomy fotel, na którym niemal kilka minut temu smacznie wypoczywał. Sięgnął do schowka, gdzie trzymał swoją broń, Glocka-17. Po dyskretnym wyjęciu broni upewnieniu się, że jest załadowana i odbezpieczeniu podciągnął się do drzwi. Był naprężony, gotów do skoku, by jednym płynnym ruchem otworzyć drzwi, wychylić się do pozycji pozwalającej na celny strzał i wycelować, a to wszystko zanim nieznajomy da radę zorientować się w sytuacji wraz z przygotowaniem ewentualnej kontry. Wtedy usłyszał kilka strzałów, była to stara broń, ale na pewno sprawna, a po koordynacji kolejnych wystrzałów można było zrozumieć, iż to nie pierwsze rodeo strzelającego. To oznaczało, że jest ich przynajmniej dwóch, ale Roman wolał skupić się na tym, zwłaszcza że z tyłu jest dwóch ochroniarzy i powinni dać sobie radę z jednym wyrobionym trepem, nawet jeśli ma broń i strzela pierwszy.

Wykonując zwinny ruch, otworzył drzwi transportera i wyskoczył, by mieć widok na to, co znajdowało się za maską. Tam pracownik Fundacji zobaczył podstarzałego mężczyznę w meloniku i z kilkutygodniowym zarostem, ubrany jak niektóre bardziej współczesne wersje (z dodatkiem fartucha rzemieślniczego) Doktora Watsona z jednoczesnym zachowaniem tuszy wersji pierwotniejszych. Obok stała lampa naftowa rozświetlająca komorę silnika, a mężczyzna nurkował w środku, odczepiając delikatnie kolejne elementy przy użyciu narzędzi. Miał już przy nogach kilka kupek z drobniejszych części, kabli, nakrętek itp. sprawnie mu szło, musiał się na tym dobrze znać.
— Czy mogę wiedzieć, czego szukasz w naszym silniku? A na marginesie to mierzę do ciebie, więc nie próbuj żadnych podejrzanych ruchów, tak samo twój kolega. Mógłbym w ciebie teraz władować przynajmniej jedną kulę, zanim ktoś spróbowałby rozwalić mi łeb.
— Nie wątpię. Dobrze wasz szkolą.
— Czyli nas znasz, to trochę ułatwi sprawę, a teraz powoli odsuń się od środka lokomocji.
— Już, nie chce, by ktoś zbędnie ucierpiał. Ale części są delikatne, nie chce ich zniszczyć albo wyciągać z niedostępnego miejsca.
— Dobra, tylko bez gwałtownych ruchów. Nie zrozum mnie źle, gdzieś mam twój cel w wykorzystaniu tych części, po prostu wolę mieć sprawny silnik jak postawimy tę brykę na koła.
— Uwierz, mój cel jest wam bardzo przydatny w tej chwili.
— Jasne jasne, zaraz sobie wszystko wyjaśnimy.

Mężczyzna w meloniku delikatnie zaczął wychylać się z komory silnika, w ręku miał pęk drobnych kabli i świecę zapłonową. Odłożył je bez sortowania przy kupie ze świecami zapłonowymi, była ich tylko garstka, ale i tak fakt, że demontaż silnika postępował tak szybko, był fascynujący. Podziwiając dzieło Watsona, Roman usłyszał wrzaski z tyłu i bez spuszczenia wzroku zinterpretował sytuację na swoją korzyść.
— No to na ziemię, mamy was obu. Czas na wyjaśnienia.
— Nie ma problemu, ale na razie się sprężymy i spróbujmy wszystkich oraz wszystko wyciągnąć, bo zostawanie tu za długo jest niebezpieczne.
— Z tym się zgodzę, czuć to w powietrzu. Tylko bez numerów.
— Jesteśmy otoczeni, macie lepszy sprzęt i więcej ludzi, numery byłyby nieopłacalne.
— Trochę to śmierdzi, z takim wymienianiem zalet i logicznym podejściem, ale darowanemu transporterowi nie zagląda się w blok silnikowy.
— Nasze intencje staną się jasne po opowiedzeniu naszej historii, a teraz bierzmy się do roboty.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported