Żaden świat nie jest czarno-biały

NOTKA AUTORA

Opowieść ta jest częścią serii "Człowieczeństwo jest pojęciem względym". Jeśli nie czytałeś/-łaś poprzednich części, wróć do nich lub zacznij od początku. Bez znajomości dotychczasowych wydarzeń, możesz nie wiedzieć o co chodzi.

Miłej lektury!


ocena: +14+x

Starsza kobieta siedziała skupiona przy szarym biurku w swoim szarym biurze. Wszystko u niej było szare, uwielbiała ten kolor, a przez to umiłowanie, pomieszczenie, które zajmowała, wyróżniało się znacząco spośród reszty placówki, gdzie wszystko było utrzymane w stylowej czerwieni, ciemniejszych odcieniach szarości oraz czerni.

Mimo tego, że całość ośrodka wyglądała w takich barwach naprawdę schludnie, ona wręcz ich nienawidziła. Z tego też powodu, przesiadywała ostatnimi czasy w swoim biurze niemalże cały czas, nawet jedzenie i picie było jej przynoszone, można by powiedzieć, "pod nos".

Staruszka właśnie zabierała się do pracy. Mimo podeszłego wieku, wciąż była zdolna do wykonywania jej efektywnie. Zresztą, wydawała się wyjątkowo zdrową osobą, a starość obchodziła z nią nad wyraz łagodnie i litościwie. Żeby jednak rozpocząć właściwe prace, musiała sobie wszystko rozrysować. Wzięła więc kartkę, przysunęła do siebie zestaw różnorakich ołówków i wyjęła na początek jeden z twardszych…

Puk. Puk. Puk.

Powolne dudnienie było słyszalne od strony wejścia do pomieszczenia. Staruszka doskonale wiedziała, kto tak do niej pukał — Robert Koszewski, jeden z młodszych pracowników, lecz przydzielony do tej placówki niemalże od samego początku swojego zatrudnienia. Przez ten czas zaczęła traktować go prawie jak wnuka, któremu trzeba tłumaczyć, jak działa ten pokręcony świat. Wbrew pozorom, był jedyną osobą tutaj, której naprawdę ufała.

— Proszę pani… — usłyszała wraz z dźwiękiem otwierających się drzwi. — Przyniosłem kawę i ciastka. Już piąta.

— Oh… — mruknęła z lekka zaskoczona w odpowiedzi.

To był jej swoisty rytuał, do którego przyzwyczaiła już absolutnie każdego. Gdy zegar wybijał piątą, kawa i trochę łakoci wjeżdżało do jej gabinetu.

— Nawet nie patrzyłam na zegarek. Właśnie miałam się brać do pracy, a tu…

— Ja — w miarę wysoki, czarnowłosy młodzieniec przerwał jej z uśmiechem na ustach i położył przy kobiecie przysługującą jej filiżankę z jasnobrązowym napojem w środku. — Zgodnie z pani życzeniem, jest dużo mleka.

— Jesteś absolutnie jedynym człowiekiem tutaj, który przywiązuje do tego jakąś większą wagę. Wszyscy inni robią, jak chcą, już i tak ledwo zakodowali sobie fakt mojej popołudniowej rutyny, nie mogę po tych ćwokach…

— Niech pani tak nie mówi — znów jej przerwał. — To też ludzie, są naprawdę zapracowani.

Staruszka uśmiechnęła się. Za to go lubiła. Był szczery, potrafił stanąć w obronie zarówno swojej, jak i kolegów z pracy. Wielokrotnie próbował nauczyć ją wyrozumiałości, którą przecież przez te wszystkie lata bardzo dobrze wykształciła. Ona po prostu go testowała, sprawdzała, czy nie schodzi na tę złą ścieżkę. Czy, mimo takiej pracy, cały czas pozostawał tym, kim był.

— Ty też, Robercie. A jednak mimo wszystko pamiętasz o tym, jak i o wielu innych rzeczach. Chwała ci za to.

Wzięła uszko filiżanki w swoje starzejące się palce, podnosząc ją jednak z wyjątkową subtelnością i delikatnością. Ręka ani razu się jej nie zatrzęsła, nie było widać w niej starczej słabości.

— Patrząc na to, że cały czas tu jesteś, chyba masz ochotę znów ze mną porozmawiać.— stwierdziła, prezentując młodzieńcowi wręcz prześwietlające spojrzenie.

— Em… tak. Oczywiście, że tak, bardzo przyjemnie mi się z panią dyskutuje… — odparł niepewnym głosem, bawiąc się palcami.

— Chyba nie onieśmiela cię siedemdziesięciosiedmioletnia staruszka! — kobieta zaśmiała się przez chwilę, kręcąc głową. Wiedziała, że to nie to. Robert po prostu czuł się niepewnie, prawiąc komplementy i dostrzegała to doskonale w relacjach ze współpracownikami.

— Nie, nie… — odparł szybko, drapiąc się w tył głowy. — Wie pani, o co chodzi. W każdym razie, wyleciał mi z głowy oryginalny temat.

Kobieta przewróciła oczami i postanowiła wykorzystać swoją wielozadaniowość. Podczas gdy Robert zbierał myśli, ona rysowała konsekwentnie kolejne kreski.

— O, mam! — powiedział niespodziewanie po chwili. — Coraz mniej przychylnym okiem na panią patrzą. Wiem na pewno, że Skawiński chodzi z tego powodu cały podenerwowany…

— Z mojego powodu, ma się rozumieć? — odparła, prychając krótko. — No cóż, zawsze wiedziałam, że Maksymilian ma problem z emocjami. W każdym razie myślałam, że powiesz mi coś nowego.

— Znaczy… ym… podsłuchałem co nieco. Wszyscy zdają sobie sprawę, że ma pani już swoje lata i że może dojść do… wie pani… wypadków, niespodziewanych okoliczności…

— No tak, starość nie radość. Przejdź jednak w końcu do sedna, Robercie — staruszka ponagliła go, nie odrywając wzroku od kartki, tonem sugerującym lekceważenie wzmianki o nieuniknionym.

— Pani czas może w każdej chwili nadejść, a oni wciąż nie mają informacji. O to, między innymi, chodzi Skawińskiemu. Oni…

— Boją się. I słusznie, Robercie, bo nie zamierzam im tego dawać, a to, że Maksymilian jest na tyle głupi i naiwny, by cały czas się łudzić, że cokolwiek dostanie oraz mydlić oczy zarządowi, to już akurat nie jest moja sprawa.

— Ale…

— Niech to zostanie między nami. Obiecałam to mężowi, jak umierał i zamierzam dotrzymać danego słowa. Czy wyobrażasz sobie, w jaką stronę poszłoby to bez naszej, a teraz już tylko mojej opieki? — westchnęła przeciągle. — Wyobraź sobie dopuszczenie typowych, choć nie do końca, oficjeli do naszych sekrecików, czyli zostawienie ich bez kontroli. Strzelam, że traktują mnie jak uosobienie zła, a siebie i swój interes jako najwyższe dobro. Cóż za zero-jedynkowe myślenie, szkoda, że byłoby, w ich przypadku chociaż, odwrotnie.

— Czyli jeśli pani odejdzie…

— To wszystko szlag trafi, tak. Zaczęłam to, to i skończę, ale z przytupem. Kiedy jakakolwiek szansa na otrzymanie dokładnych informacji umrze wraz ze mną, to zapewne znajdą sobie kogoś innego na moje miejsce, pewnie też o niezbyt normalnych ambicjach. Ale! Będą przecież musieli się znacznie cofnąć, odejdzie im moja i mojego męża wiedza, odejdzie im Beta-4, a jestem pewna, że nie dojdą do tego samego. No cóż, to ich wina… a zwłaszcza Skawińskiego, który woli kombinować i zakłamywać rzeczywistość. Czy on myśli, że ja nie wiem o jego wybrykach? Eh… Nawet nie wiedzą tam na górze, że przez tego człowieka trochę im się pod stołkami pali. Obchodzi mnie to jednak tyle, co nic.

Posłała mu lekki, cyniczny uśmieszek i wróciła do pracy. Stawiane przez nią kreski zwężały się charakterystycznie. Może nie było to jeszcze nic konkretnego, ale każdy, kto spojrzałby na te zalążki szkicu, wiedziałby, co będzie on przedstawiał.


Leżące na ziemi truchło wpatrywało się pustym spojrzeniem w Krystiana i vice versa, agent bowiem także oglądał nieboszczyka. Oczywiście nie siedział nad nim żadną dłuższą chwilę, na oględziny "zabitego" poświęcił tylko parę minut. Nie był patologiem, by próbować go rozcinać, lecz z czystej ciekawości sprawdził to, co zostało odsłonięte przez oderwanie jeszcze przed walką znacznej części twarzy napastnika. To nie było nic ludzkiego. Białe włókna z tworzywa sztucznego, imitujące mięśnie, pod spodem najprawdopodobniej podobna konstrukcja, mająca robić za kości. Oczy także były fałszywkami. Kiedy to ludzka gałka oczna przypomina bardziej galaretę, to było wyjątkowo sztywne i twarde, jakby też sztuczne.

Nie zmieniało to jednak faktu, że cały ten "człowiek", przez te wszystkie niuanse, z zewnątrz wydawał się niesamowicie wiarygodny. Dotychczas agent myślał, że mieszkańcy miasteczka są po prostu dziwni, odkrycie to natomiast rzucało nowe światło na całą tę sprawę. Z drugiej strony jednak, nie miał pewności. To mogła być po prostu jedna z kilku kręcących się po okolicy fałszywek, lecz, mimo wszystko, teoria, że wszyscy tacy są, idealnie tłumaczyłaby ich dziwaczne zachowania. Cała ta sprawa spowodowała, że w jego głowie rodziło się coraz więcej pytań i różnorakich wątpliwości, z lekka utrudniających dostosowanie się do tej sytuacji.

Krystian wyjął telefon komórkowy i wykonał kilka fotografii, zwłaszcza tych eksponujących odsłonięte, białe, sztuczne wnętrze. Wiedział, że jeśli wróciłby do domu, przydałoby się jakoś udokumentować to, co się tu dzieje, w końcu jest to, bądź co bądź, anomalna lokacja. Tak samo sfotografował odłupany przez siekierę kawałek drzewa nieopodal. Kiedy dokumentację miał już za sobą, mógł przejść do prowizorycznego pozbycia się najoczywistszego dowodu na to, że do czegokolwiek tu doszło.

Sypka, sztuczna ziemia była prawdziwym błogosławieństwem. Dzięki niej, nie sprawiało większych problemów wykopanie dołu i schowanie doń ciała razem z siekierą, by potem zasypać je i przykryć odgarniętą, sztuczną trawą. Podczas ukrywania zwłok, Krystian nadal rozmyślał. Wszystko wskazywało na to, że trafił do jakiejś dziwnej, pokracznej wręcz rzeczywistości… z tym że przecież takie coś nie miało prawa samodzielnego bytu, raczej nie pojawiło się tu samo z siebie. Teraz grał w nową grę, zupełnie inną niż życie na Ziemi i praca w Fundacji. Tam już zdążył pojąć reguły. Jakimi regułami kierowało się jednak to miejsce? Na jakich zasadach ma grać?

Znalezienie źródła tego wszystkiego mogłoby być kolejną rzeczą pomocną w wydostaniu się stąd. Jednak czy miał cokolwiek, co mogłoby go do tego doprowadzić?

Agent zastanawiał się przez chwilę. Miał jednego, prawdopodobnego kandydata, a było nim kolejne pytanie — kto i dlaczego był oryginalnym celem jego napastnika? Przypomniał sobie moment wypadku. Niemalże zwęglony człowiek… czy to mogła być ta osoba? Co zrobił, że do tego doszło?

Nagle usłyszał cichy szelest z okolic jednego ze sztucznych krzaków. Na wszelki wypadek trzymał rękę na pałce teleskopowej i zrobił parę kroków do przodu, by zobaczyć, co mogło ten dźwięk spowodować. Nie dostrzegł nikogo. Z jednej strony kamień spadł mu z serca, z drugiej jednak czuł się teraz jeszcze bardziej nieswojo niż wcześniej. Zawadzki odebrał to wszystko jako wyjątkowo jasny sygnał, że powinien już się stąd zbierać. Tak też zrobił.

Szedł, rozglądając się cały czas dookoła siebie. Nękały go dziwne przeczucia, które kazały mu zachowywać szczególną ostrożność od momentu, gdy zabił mieszkańca tego miejsca. Już sam nie wiedział, czy to realne odczucie, czy może manifestacja wyrzutów sumienia, które z jakiegoś powodu się pojawiły. Nie rozumiał nawet, czemu by miały go dręczyć, w końcu tylko się bronił… ale jednocześnie wiedział, co mogło je spowodować i nie był to sam fakt zabójstwa. Cały czas gdzieś z tyłu kłębiły mu się myśli na temat napastnika, z jednej strony był człowiekiem — wyglądał jak człowiek, w większości także się tak zachowywał. Z drugiej strony, nie można go było tak nazwać — tutaj umysł Krystiana przywoływał jego wewnętrzną budowę, ostatnie słowa i ogólnie dosyć dziwną postawę. Tymi samymi kategoriami starał się rozpatrywać dotychczas spotkanych "ludzi", lecz nie miał jak zajrzeć do ich wnętrza. Czy wszyscy byliby pod spodem tacy sami?

Nie wyszedł na tym samym fragmencie drogi, co wcześniej. Nie było w tym jednak nic dziwnego, raczej niemożliwe bowiem było, by po takiej walce nie stracić choćby cząstki pamięci o trasie, którą się przyszło. Zgodnie ze zdaniem kompasu, mając na uwadze to, że oddalił się lekko od miasteczka, samochód agenta powinien być na zachód od niego. Krystian nie za bardzo chciał jednak od razu do tego miejsca wracać, a w samochodzie nie zostało nic przydatnego. Miał natomiast okazję do sprawdzenia, czy naprawdę całe to miejsce takie jest. Mógł to być w końcu tylko jakiś konkretny obszar, za którym wszystko wraca do normalności.

Kiedy miał już ruszać dalej na wschód wzdłuż prostej drogi, coś prostokątnego błysnęło mu na ziemi przy stopach. Agent przykucnął i zaczął oglądać swoje znalezisko, cały czas zachowując najwyższą czujność.

— Jakiś identyfikator… — powiedział do siebie cicho.

Prostokącik był najwidoczniej zawieszony na niebieskawej wstążce, która z jakiegoś powodu była urwana. Dumnie widniało na nim imię, nazwisko i zdjęcie posiadacza, wraz z tytułem naukowym oraz z jakimś oznaczeniem podpisanym "Gniazdo". Właścicielem nie był jednak nikt z Fundacji, to było pewne, logo na identyfikatorze nie należało nawet do żadnej firmy przykrywkowej czy znanej mu anomalnej organizacji.

Krystian zaczął się na nowo zastanawiać nad wszystkim, czego do tej pory się dowiedział, chciał połączyć choć trochę faktów, które już otrzymał. Zwłoki, identyfikator, napastnik…

… dziwny szum z pobliskich krzaków.

Szybko wyrwało to Krystiana z krainy rozmyślań. Błyskawicznie powiązał to z podobnym zdarzeniem, którego doświadczył przecież niewiele wcześniej, co dodatkowo wzmogło u niego ten dziwny niepokój, który mu towarzyszył. Czuł się teraz obserwowany, śledzony, coraz bardziej był przekonany, że ktoś lub coś depcze mu po piętach.

Jeśli była to jakaś osoba, jakiś mieszkaniec, to sytuacja stawała się jeszcze mniej ciekawa. W końcu mógł widzieć, jak ukrywa truchło, co stawiało go w dosyć nieprzyjemnej sytuacji. Z drugiej strony jednak, czy logicznym zachowaniem byłoby śledzenie go tak długo? Czy nie lepiej byłoby ze strony tego kogoś odejść z jakimiś informacjami od razu po zarejestrowaniu wykonania tej szemranej czynności przez agenta?

Podążanie za Zawadzkim tak długo nie miałoby sensu z perspektywy typowego podglądacza. Grozi to przecież dekonspiracją — im dłużej ta osoba podążałaby za Krystianem, tym większa byłaby szansa na to, że popełni jakiś błąd i sama się wyda… co najprawdopodobniej właśnie się stało. Choć z drugiej strony, czy po tym, co widział w miasteczku, agent oczekiwał po mieszkańcach tego miejsca co po bardziej logicznych działań? Gdzieś z tyłu głowy kłębiła mu się jednak jeszcze myśl, że może ich po prostu nie rozumieć. W takim razie, na jakiej zasadzie oni funkcjonują? Czym się kierują?

Zawadzki zaczął niewinnie. Skupił wzrok na najbliższym drzewie, udając, że coś na nim zauważył. Mruknął nawet dla uwiarygodnienia i powolutku stawiał krok za krokiem, zbliżając się do wielkiej, sztucznej rośliny, a także do plastikowego krzaka, z którego doszedł do niego przed momentem ten charakterystyczny dosyć odgłos. Agent był coraz bliżej i bliżej, zatrzymując się w końcu tuż przy drzewie. Jedną rękę oparł o biodro, w pobliżu przypiętego do paska pokrowca ze złożoną pałką teleskopową w środku i nasłuchiwał.

Panowała niezmącona niemalże cisza, zakłócana tylko minimalnie delikatnymi podmuchami wiatru, więc ewentualne wycofywanie się, Krystian usłyszałby raczej od razu. Dla niepoznaki przyłożył nawet drugą rękę do drzewa i przejechał po nim tak, jakby coś sprawdzał, udając, że jest na tym bardzo mocno skupiony.

Wtem usłyszał, jak coś tuż za drzewem upadło na ziemię. Nieregularnie, tak jakby ktoś stracił równowagę. To był ten moment. Oderwał się od przykrywki i postanowił przejść do działania, w tym też momencie usłyszał, jak śledząca go postać, zerwała się dosyć niezgrabnie do biegu. Teraz miał pewność, że na pewno to ktoś, a nie coś go śledziło. Szybkie spojrzenie na kompas — jegomość biegł w las, na północ, wiedział więc, że po pościgu powinien kierować się na południe. Tuż po tym, Krystian rzucił się za nieznajomym.

Agent doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie może tego kogoś puścić wolno. Jeśli ta osoba widziała, co zrobił, mógłby mieć naprawdę duże nieprzyjemności. Biegł więc, skupiając na tym całą swoją uwagę, byleby dogonić postać, uważając przy tym na różne przeszkody terenowe. Co pewien czas tylko migała mu sylwetka jego celu, była dosyć drobna, jednak wszystko działo się na tyle szybko, że Zawadzki niezbyt miał jak zastanawiać się kogo w ogóle goni.

Jak na kogoś tak wątłego, osoba ta była wyjątkowo szybka i zwinna do tego stopnia, że Krystianowi, nawet mimo regularnych ćwiczeń i dobrej formy, nadążanie za nieznajomym sprawiało czasami trudność. W końcu jednak nadarzyła się pierwsza okazja, by tę osobę pochwycić. Dotarli do miejsca, gdzie nagle było dosyć duże zagęszczenie drzew i dosyć trudno było manewrować. To tutaj goniona osoba na chwilę zwolniła, najwidoczniej szukając optymalnej drogi. W tym momencie agent zauważył jedno — to chłopiec, z wyglądu miał około 12 lat. To był tylko dzieciak…

Bił się w głowie z tego typu myślami, próbując je zagłuszyć. Dziecko czy nie, mogło mieć informacje, które sprawią, że to on stanie się nowym celem "ludzi" takich jak mężczyzna, który go napadł. Chwila rozproszenia jednak nie wyszła mu na dobre. Kiedy już miał powalić chłopaka, okazało się, że zrobił to o dosłownie ułamek sekundy za późno, przez co, niesiony bezwładnością, uderzył wciąż uszkodzonym przecież barkiem w drzewo.

— Argh! — syknął z bólu i, przeklinając pod nosem, ruszył w dalszą gonitwę, trzymając się chwilę za bark, który to po chwili już tylko i wyłącznie uporczywie pobolewał.

Czy to, co robił, było normalne? Do jego głowy przyszło dosyć niepokojące pytanie. Sytuacja, w której się znalazł, zmuszała go przecież do gonienia dziecka po lesie tylko dlatego, że może mieć jakieś niewygodne dla niego informacje. Chłopak zapewne nawet nie wiedział, czemu musi uciekać…

Tak jak w normalnych sytuacjach próbowałby pochwycić to dziecko dla jego własnego dobra, by podać mu środki amnezyjne czy odebrać potencjalnie groźną dla niego anomalię, tak tutaj intencją jego było tylko i wyłącznie ratowanie samego siebie.

"Opanuj się, Krystian…", pomyślał sobie agent. "To nie jest człowiek, do cholery jasnej. To nie człowiek!".

Wmawiał to sobie, lecz czy był tego pewien? Nawet jeśli nie był to człowiek sensu stricto, to czy ta osoba nie przekroczyła już swoistej umownej granicy człowieczeństwa? W sumie to gdzie ona leżała?

W końcu udało mu się, chociaż na moment, wyczyścić umysł, odstawić na bok dręczące go myśli. Kolejny raz nadarzyła się okazja. Chłopiec zwolnił, a wtedy Krystian przyśpieszył na ostatku sił i wyskoczył, powalając go na ziemię.

Kiedy dzieciak zaczął piszczeć, agent zakrył mu usta lewą dłonią, drugą pokazując mu, sycząc z bólu podczas ruchów prawym barkiem, by siedział cicho. Miał go w sidłach, widział w jego oczach przerażenie. Może dostrzegał w nich przerysowanie i sztuczność, zdecydowanie nie wyglądało to na naturalne i ludzkie, lecz mimo wszystko agenta gryzło sumienie… zwłaszcza że ten "człowiek" wydawał się być nieco inny od reszty. Na ten czas musiał te sygnały jednak zagłuszyć.

— Uspokój się — powiedział stanowczym głosem, starając się uspokoić oddech po biegu. — Nie zamierzam zrobić ci krzywdy.

Czuł się z tym jeszcze gorzej, lecz nie ukazywał tego. Nie zamierzał niby skrzywdzić dziecka, to fakt, lecz nie wiedział, do czego będzie zmuszony przez ewentualne okoliczności. Do tego dochodził jeszcze swoisty dysonans poznawczy, który w nim ten chłopiec powodował.

— Tak, właśnie tak — dodał chłodnym tonem, kiedy to dzieciak zaczął się rzeczywiście wyciszać. — Teraz musisz obiecać mi jedną rzecz. Kiedy odejmę dłoń, nie zaczniesz się drzeć, dobrze? Porozmawiamy, muszę cię wypytać o parę rzeczy.

Chłopiec patrzył mu się prosto w oczy ze sztucznie wyglądającym przerażeniem w spojrzeniu. Na jego propozycję odpowiedział adekwatnie do swojej sytuacji — logiczne było, że podczas bycia przytwierdzonym do ziemi w niemalże policyjny sposób przez dorosłego mężczyznę, jedyną bezpieczną opcją jest się zgodzić.

Krystian nie wspomniał nawet o ewentualnych konsekwencjach niesubordynacji ze strony tej fałszywki. Już wystarczająco naginał swój kodeks moralny, nie chciał dokładać do tego uderzenia nieświadomego dzieciaka, nawet jeśli zostałby do tego zmuszony przez okoliczności. Zaczął powoli odejmować dłoń od jego twarzy, obserwując z lekka przerysowany grymas chłopca.

— To teraz możemy przejść do rozmowy. Śledziłeś mnie. — Obniżył nieznacznie ton. — Od kiedy?

Zawadzki nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Dzieciak patrzył się na niego zmieszany i przestraszony, dając jasno do zrozumienia, że nie za bardzo rozumiał, o co agentowi chodziło. Krystian rozejrzał się dookoła, czy nikt nie zamierzał złożyć im kolejny raz niespodziewanej wizyty, po czym kontynuował:

— Powiedzmy to więc inaczej. Śledziłeś mnie, wiemy o tym doskonale zarówno ja, jak i ty. — Jego ton był wręcz mrożący, tak jakby przesłuchiwał jakiegoś posługującego się anomaliami rzezimieszka na jednej z misji. — Co widziałeś?

— Przepraszam… przepraszam…

— Nie przepraszaj — przerwał mu ze stoickim spokojem, nie zmieniając sposobu mówienia. — Po prostu odpowiedz. Co widziałeś?

— J-jak krążył pan przy drodze i oglądał kawałek plastiku…

Zawadzki poczuł częściową ulgę. Teraz musiał się tylko upewnić, że dzieciak na pewno nie wiedział nic o zwłokach… ale w takim razie co z tym pierwszym szelestem? Kto lub co to było? A może mu się tylko wydawało? Nie, tę ostatnią myśl akurat odrzucał. Zawsze mogło to być jakieś sztuczne zwierzę, na przykład ptak. To by tłumaczyło, czemu nic nie widział, kiedy poszedł to sprawdzić.

— Nic więcej? Wcześniej nie zwróciłeś na mnie uwagi? — spytał Krystian, świdrując chłopca spojrzeniem.

Odpowiedziała mu cisza, podczas której chłopak wpatrywał się w niego wręcz błagalnie, wciąż jednak z widocznym przerysowaniem. Bał się… na swój sposób. Krystiana z kolei zjadało sumienie. Mimo że widział już wiele, to nigdy nie sądził, że kiedykolwiek zaatakuje dziecko tylko przez strach o własną dupę. Decyzja o puszczeniu się za nim w pogoń przyszła mu tak łatwo między innymi przez wzgląd na to, że podejrzewał, że nie jest to człowiek. Co to o nim świadczy?

— Czekam na odpowiedź — syknął przez zaciśnięte zęby, ukrywając perfekcyjnie swoje rozterki. Mógł je mieć, nie mogły mu one jednak przeszkadzać w działaniu. Tego uczyli go na licznych szkoleniach, podobnie jak zagłuszania sumienia, co momentami było konieczne i w tej sytuacji też mu się z w miarę zadowalającym rezultatem udawało, niemalże ignorował bowiem dręczące go wyrzuty… jak na razie.

— Nie… nie widziałem. Zaciekawił mnie pan dopiero, jak wychodził pan z lasu. Wcześniej pana w ogóle nie widziałem.

Agentowi kamień spadł z serca. Teraz mogli wreszcie rozmawiać inaczej.

— Gdzie twoi rodzice? — spytał odruchowo, uświadamiając to sobie dopiero po wydobyciu się tych słów z jego ust. Czy w ogóle ma jakiekolwiek podstawy, by uważać, że dzieciak ma rodzinę? Przecież to fałszywka. Na to zadane na głos pytanie odpowiedziała mu, tak jak się zaczął spodziewać, wymowna cisza. — Nieważne…

Krystian miał idealną wręcz okazję do wydobycia z chłopaka kilku informacji, które mogą mu się przydać. Nauczony doświadczeniami z miasteczka, nie zamierzał pytać go o to, gdzie jest — i tak by przecież nie otrzymał odpowiedzi. Wolał się skupić na tym, co uważał za najbardziej pomocne.

Wyjął plastikowy identyfikator znaleziony na drodze i pokazał dzieciakowi zdjęcie.

— Zainteresowała cię moja osoba, to może i on ciebie zaciekawił. Co wiesz o tym człowieku? Jeśli cokolwiek.

Cały czas przyciskał chłopca nogą do ziemi tak, by nie mógł się wyrwać i uciec. Ten natomiast przez moment przyglądał się kawałkowi plastiku trzymanemu tuż przed swoją twarzą. Jego źrenice rozszerzały się i zwężały nieznacznie, pozornie losowo.

— Krążył po okolicy jakiś czas temu, biegł. Widziałem go też wcześniej, w okolicach czarnego domu na obrzeżach miasteczka — odpowiedział agentowi po chwilce.

To mógł być jego kolejny trop. Musiał się tam wybrać.

— Czy wiesz może, jak tam dotrzeć? Do tego domu. W sensie… gdzie on dokładnie jest?

— Na obrzeżach.

Zawadzki przewrócił oczami. W piękny sposób wymienił w końcu informację, że dom ten jest na obrzeżach miasta na wiedzę, że dom jest na obrzeżach miasta, czyli nie zyskał zupełnie nic tym pytaniem. W sumie mógł się tego spodziewać.

— Nie był zbyt lubiany. Obrońcy go nie lubili. Szukali go — dodał chłopiec nagle i niespodziewanie.

Krystian przyglądał mu się przez chwilę w zamyśleniu. Nie spodziewał się takiej informacji.

— "Obrońcy"? Kto to?

— Strzegą nas. Strzegą miasteczka. Mówią, że chronią dziedzictwa Stwórców oraz Matki Stwórczyni, bronią nas przed Niszczycielami.

— Kim są Stwórcy?

— Tymi, od których pochodzimy.

— Dobrze… um… a kim dokładnie są, w takim razie, Niszczyciele?

— Zna go pan? — głos młodzieniaszka nie był już przestraszony czy zmieszany. To nagłe pytanie było zadane jawnie nieprzyjaznym tonem.

— Co…

— Czy zna pan tego człowieka, którego mi pan pokazuje?

Zaskoczyła go nagła zmiana nastawienia chłopca. Agent postanowił trochę go poobserwować.

— Nie, nie znam. Nigdy nie znałem. Po prostu się pytam — odpowiedział chłopcu.

— Mówili, że jest jednym z Niszczycieli, tak słyszałem. Czerwonokrwistym.

Agenta przeszła gęsia skórka. Nie chciał dopytywać o szczegóły. "Czerwonokrwistym"? Zawadzki przypomniał sobie o błękitnawej cieczy, która wylała się z rany napastnika w lesie. Skoro u nich miało to taki kolor, to mówiąc "czerwonokrwisty", chłopiec musiał mieć na myśli normalnych ludzi. Informacja ta jeszcze bardziej uderzyła w jego poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego jednak "Czerwonokrwiści" byli napiętnowani? Do czego tu doszło?

— Kiedy Obrońcy ogłaszają, że ktoś może być Niszczycielem, wielu podejmuje się odnalezienia go. Nigdy przyjaźnie — dodał dzieciak.

Uspokoiło to trochę Krystiana. Dopóki ci "Obrońcy" nie ogłoszą go wrogiem publicznym numer jeden, powinien być bezpieczny. Tym lepiej, że ukrył ciało razem z siekierą. Była mniejsza szansa, że ktoś je znajdzie.

— A ty? Co na ten temat myślisz? — wymknęło się agentowi.

— Jestem tylko dzieckiem, proszę pana.

Bardzo mocno zaskoczyła go ta odpowiedź. Wydawała się być… świadoma. Nie była ślepa, nie była mechaniczna. Była wypowiedziana w miarę… ludzko. Może nie w całości, może nie powiedziałoby tego tak o ludzkie dziecko, lecz czy Krystian nie mógł nie przyznać sobie racji, że ogólnie człowiek mógłby w takiej sytuacji odpowiedzieć podobnie?

— Często jesteś w miasteczku? Przy innych mieszkańcach?

— Nie. Pani mi zabroniła.

— Jaka pani?

Odpowiedziała mu znów głucha cisza. Krystian, kierowany doświadczeniem, wiedział już, że za wiele z tej rozmowy nie wyciśnie. Narodziły się jednak nowe pytania — kim jest kobieta, o której on wspomniał? Jaki ma z tym wszystkim związek?

— Dobrze, to dam ci nowy zakaz. Jak kogokolwiek spotkasz, to masz nikomu nie mówić o tej sytuacji. Pójdę sobie dopiero, jak będę miał pewność, że nic nie chlapniesz. Jeśli mnie okłamiesz…

— Obiecuję — przerwał mu chłopiec, a jego źrenice zwęziły się na chwilę najbardziej jak mogły, po czym wróciły do naturalnego stanu. Jego wzrok znowu był zmieszany i zagubiony.

Krystian odjął nogę i wstał. Spojrzał jeszcze na chłopca, a on na niego. Odszedł na kawałek, ale zatrzymał się po chwili, tknięty nagłą myślą. Agent obrócił się na pięcie i powoli wracał do młodzieniaszka, na co ten reagował stresowym odsuwaniem się.

— Kojarzę pana skądś, t-trochę się boję… Kim pan jest? — usłyszał Zawadzki i zatrzymał się.

Zastanawiał się przez chwilę co odpowiedzieć. Mielił słowa w głowie, próbując jakoś odpowiednio i bezpiecznie to wszystko sformułować.

— Nikim ważnym. I oby tak zostało — odparł w końcu.

Wygląda na to, że nagle przestał być przez niego pamiętany. Zdziwiło to trochę agenta, lecz nie zamierzał na ten stan rzeczy narzekać. Szybko rzucił okiem na kompas i skierował się na południe, czyli tam, gdzie powinien z powrotem natrafić na drogę. Po drodze kręcił obolałym barkiem, jakby miało to jakkolwiek pomóc.

Zapamiętywał zasłyszane szczegóły. Ciemny dom na obrzeżach miasteczka, Obrońcy, Stwórcy, Matka Stwórczyni, jakaś kobieta. To miejsce coraz mniej wydawało mu się być po prostu takim sobie osobliwym miasteczkiem, a sekrety, na których trop właśnie natrafił, zdawały mu się być co najmniej dziwne. Najwidoczniej to, co widział za pierwszym razem, było wierzchołkiem góry lodowej. Jego umysł zdążył już to miejsce zaszufladkować, by ułatwić sobie odnalezienie się w sytuacji, Krystian już przez moment postrzegał je zero-jedynkowo, teraz wiedział jednak, że nie jest to ani poprawne, ani do końca możliwe.

W końcu wrócił na szarą, asfaltową drogę. Nareszcie miał okazję, by trochę odetchnąć. Chwilowo schował kompas, wyjmując z jednej z wewnętrznych kieszeni kurtki swój bidon z wodą. Wziął parę łyków i schował go z powrotem. Jakiekolwiek emocje, które się w nim do tego czasu nagromadziły, właśnie z niego uchodziły. Wrócił myślami do pościgu, potem do walki w lesie, chwilkę później do wydarzeń w mieście, do momentu wypadku, a na końcu do żony, Darii. Złożył obie dłonie i zjechał nimi po twarzy, wzdychając głośno, po czym na sekundę dosłownie wbił wzrok w niebo. Znowu sięgnął do kieszeni kurtki, tym razem tej najmniejszej. W jego rękach znalazło się zdjęcie jego ukochanej.

— Wrócę do ciebie, obiecuję. — Uśmiechnął się do fotografii. — Jeszcze pojedziemy na ten urlop.

Znowu westchnął, chowając zdjęcie z powrotem do kieszeni. Musiał ruszać dalej. Psyknął na jedną z myśli — przypomniał sobie bowiem, że nie wypytał chłopca o to, gdzie zaprowadzi go droga, jeśli będzie coraz bardziej oddalał się od miasta. Co prawda, nie było żadnej gwarancji, że by wiedział, jednak zawsze był jakiś cień nadziei, że mógłby wykluczyć jedną z opcji.

Mało prawdopodobne jednak było, że zaprowadziłoby go to gdziekolwiek. Tak naprawdę tylko zmarnowałby czas, który mógł wykorzystać na poczynienie postępów z pomocą poszlak, które są w miarę pewne i już wszedł w ich posiadanie. Zastanawiał się nad sprawą chwilę, aż w końcu podjął decyzję i skręcił na zachód, porzucając początkową ideę w imię tego, do czego teraz doszedł.

Po drodze w głowie zawisła mu jedna nazwa z identyfikatora — "Gniazdo". Wyglądało to na oznaczenie jakiegoś miejsca, które mogło znajdować się gdzieś w okolicy. Agent nie chciał sobie jednak pozwalać na wędrówkę po omacku. Chciał iść raczej kroczek za kroczkiem, zgodnie z poszlakami, by mieć pewność, że nie straci aż tak dużo czasu, jak mogłoby się to stać, gdyby poszedł sprawdzać każde inne ewentualności i szukał jakichś wskazówek na ślepo. Byłoby to szukanie igły w stogu siana i nie stanowiło to żadnego niesamowitego odkrycia, tylko oczywistość.

Sam fakt istnienia takiego miejsca rzucał trochę nowego światła na tę sprawę i zmuszał go do zadawania sobie kolejnych pytań. Czym jest "Gniazdo"? Jakimś punktem? Budynkiem? Nazwą czegoś, co zaprowadzi go do domu? Może wszystkim naraz? A może jednak niczym?

Z kolei sytuacja z chłopcem pokazała mu jedno, uwypukliła kolejną rzecz, której zdecydowanie nie chciał stracić, tym razem w imię desperacji i świadomości, że nie są to do końca ludzie. Krystian nie chciał stracić w tym wszystkim samego siebie, swojego charakteru, swojej postawy, tego, za co został pokochany przez żonę, a także opanowania i pewności, za które go dotychczas chwalono. Jedno z tych ostatnich zostało już przez to miejsce częściowo naruszone, lecz on nawet nie wiedział które, zwłaszcza że oba się łączyły i z siebie nawzajem wynikały.

Bardzo łatwo bowiem, by w takiej sytuacji człowiek sam zrezygnował ze swoich ludzkich atrybutów choćby na chwilę. Przecież cel był najważniejszy. Kiedy Zawadzki minął ponownie swój samochód, uświadomił sobie jedno…

Przecież gdyby ten mężczyzna nie napadł go w lesie, on nawet nie wiedziałby jeszcze, że to nie są ludzie. Nawet u tego dziecka by tego nie odkrył, bo przecież nie miałby czego się bać, nie miałby po co go gonić, nie miałby po co działać wbrew sumieniu i sterroryzować chłopaka do tego stopnia, że najpewniej wymazał sobie pamięć o nim.

Jednak było to konieczne. Zabójstwo i napad, oba te wydarzenia naprowadziły go na jakikolwiek trop. Dzięki nim wiedział w jakimkolwiek stopniu, co powinien robić. Mógł się zorganizować i przestać miotać. Patrząc na to z takiej perspektywy, nawet ewentualne moralnie naganne działania mogły stać się czymś, co po prostu musiałby przełknąć i zignorować w imię osiągnięcia celu.

A teraz Zawadzki wkraczał prosto do domu swoich dotychczasowych ofiar. Tam, gdzie go zaciągnięto, kiedy tu przybył, gdzie, tak naprawdę, zaczęła się jego tułaczka.

Do tego irytująco wręcz białego miasteczka.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported