Zaduszki
ocena: +2+x

Srebrny mercedes-chłodziarka zatoczył się po utwardzonej żwirem nawierzchni przed cmentarz. Pora była dosyć wczesna, bo słońce nawet jeszcze nie wstało, a w dołku w którym znajdował się parking zebrała się gruba warstwa mgły, tak że po tym jak zgasł silnik samochodu, a wraz z nim jego światła, widoczność była praktycznie zerowa. Drzwi kierowcy otworzyły się po chwili, natomiast pasażer trochę marudził, lecz w końcu i on opuścił pojazd:

— Chodź no Młody, odeśpisz sobie jutro. Powinieneś się cieszyć, że w końcu dali nam jakieś poważne zadanie.

Dwaj mężczyźni ruszyli w kierunku bramy do miejsca wiecznego odpoczynku. Byli na miejscu pierwsi, nawet najtwardsi handlarze nie wstają tak rano, żeby zająć dogodne miejsce na rozłożenie swojego kramiku. Poza ich wozem na podjeździe stał tylko samochód księdza z parafii znajdującej się kilka minut drogi od domu parafialnego, ale tamten prawdopodobnie przygotowywał się do porannej mszy.
Brama nie była zamknięta na kłódkę, wystarczyło więc tylko uchylić skrzypiące drzwiczki:

— Ta, poważne zadanie — odpowiedział z nutą ironii Młody. — Małomiejskie cmentarzysko z pewnością kryje masę sekretów.

— Aj, cichaj ty. Chciało się przygód to trzeba było się do wojska zapisać. Byś miał przejażdżkę do ciepłych krajów.

— Nasłuchałem się opowieści takich podczas rekrutacji, że myślałem, że jednak będzie tutaj coś więcej do oglądania niż groby.

Starszy mężczyzna już nie odpowiedział. Z resztą tak naprawdę był od Młodego może o 8 lat starszy, co najwyżej. Miał zwyczajnie o wiele więcej stażu od niego i tak jakoś się przyjęło. Tak jak dokładnie 11 lat temu on dostał od swoich kumpli ksywę Koroner, tuż na początku swojej kariery w Fundacji, w nowo utworzonej Mobilnej Formacji Operacyjnej Kappa-3 "Grabarze". Wtedy to były czasy. Akurat złożyło się na jakiś wykwit żywych trupów, duchów, czy innego rodzaju upiorstwa, które ze względu na swoje upodobania, czy poczucie obowiązku szwędało się po cmentarzach. "Grabarze" byli tamtego roku spornie najbardziej mobilną Mobilną Formacja Operacyjną. Ot to trupki straszyły raz w jednej, a raz po drugiej stronie kraju, zostawiając dzielnych komandosów z rękami pełnymi roboty…

— Ej, idziemy? — powiedział Młody, machając mu ręką przed twarzą.

Koroner mruknął coś na rodzaj potwierdzenia i ruszyli w głąb cmentarza, który był o wiele większy, niż można by się spodziewać. Może to przez to jak rosły wierzby, może nierówny teren, a może przez anomalię przestrzenną. Tego mieli zaraz się dowiedzieć.
Przy samym wejściu na cmentarz stał dosyć wysoki, drewniany krzyż z jakiegoś jasnego drewna, może sosny, a pod nim kamień z tabliczką "Parafia pod wezwaniem Św. Bartłomieja Apostoła".

— Patron grzybiarzy.

— A ty skąd to wiesz? — powiedział nie ukrywając zdziwienia Młody.

— Nawet nie wiesz jak te potwory potrafią być tandetne. Raz spotkałem takiego jednego wampira-żyda, który bał się właśnie katolickiego krzyża, bo się naoglądał o jakiś Drakulach i innych takich.

— A skąd wiesz, że był Żydem?

— Bo spłoną jak go menorą zdzieliłem.

To dało Młodemu trochę do myślenia, z kolei Koroner ruszył dalej chodnikiem z czerwonej cegły. Widać było, że jest dosyć nowy, bo odstawał od reszty scenerii. Dookoła groby były brudne i miejscami pokruszone, a chodnik był sprzątany, pewnie przez kościelnego. Trochę szkoda, że ludzie troszczyli się o zmarłych mniej, niż o chodnik. Przynajmniej ktoś mądry zrobił święto, żeby chociaż raz w roku sobie o nich przypomnieli.
Po kilku minutach spokojnym chodem Koroner dotarł do drugiego końca cmentarza. Słońce zaczęło już wznosić się nad horyzontem, dominując nad zaoranym polem, czekającym na zasianie, a tuż za polem był iglasty lasek stojący na górce. Chwilę podziwiał sielskie widoczki, aż w końcu dołączył do niego Młody, przypominając o zadaniu:

— Dobra, tu się rozdzielamy. Ja biorę tę stronę, ty tamtą i spotykamy się na końcu. Jak coś cię chce zjeść to krzycz, jak goni to biegnij, a jak już umrzesz to już nie wstawaj.

— To tylko cmentarz — Młody widocznie nie dał się nastraszyć.

— Marek też tak mówił.

— Tia, a potem go coś zjadło i nawet za bardzo nie wiadomo co — powiedział odchodząc w swoją stronę.

Koroner też poszedł, nie ma co tak stać, kiedy jest robota do zrobienia. Wszedł między pierwsze lepsze groby i zaczął się rozglądać. Nie szukał niczego konkretnego, bo diabeł zawsze tkwił w szczegółach. Czasami to była krzywo nałożona płyta nagrobna, równie często jakiś zapach lub sposób załamywania się światła na czyjejś skórze, ale to też nie była reguła. W końcu na tym polega anomalia, co nie?
Przeszedł się tak dobry kawałek i wszystko wyglądało w normie. Wydawać by się mogło, że człowiek może przywyknąć do chodzenia po cmentarzach, ale zawsze Koronera dopadała taka swoista melancholia. Po prostu aura tego miejsca tak na niego wpływała, bo nerwy nadal miał jako tako ze stali, a było tak głównie dlatego, że postanowił nie bać się czegoś, co można zabić.

Wtedy go zobaczył.

Na lekko zaśniedziałym grobie z czarnego granitu stał dumnie czerwony znicz o standardowych rozmiarach. "Znicz na cmentarzu, kto by się tego spodziewał?" - tak pewnie skwitowałby jego obawy Młody. Tylko, że problem polegał na tym, że znicz był nowy, jakby dopiero co odpalony, a przecież byli tu sami. Koroner zrobił kilka kroków w jego kierunku, w dodatku rozglądając się po drzewach, żeby sprawdzić czy coś nie czai się, żeby spaść mu na głowę. Jak się zaraz okazało naprawdę był tu sam.
Podejrzany znicz nie dawał mu spokoju, bo jeszcze czegoś takiego nie widział. Prawda, widywał rzeczy po stokroć bardziej upiorne, ale w tym zniczu było coś nie na miejscu, a jednocześnie wyglądał najzwyczajniej w świecie. Zaczął nawet kwestionować swoje stalowe nerwy, kiedy od strony lasku powiał wiatr.
Płomień się nie ruszał. Całkiem się nie ruszał, nawet nie drgał. Koroner podszedł już pod sam nos bestii i przyjrzał się jej z bliska. Teraz nie zgadzało się jeszcze więcej rzeczy, na przykład płomień nie był płomieniem, a czymś w rodzaju mięsistej wypustki świecącej jak świetlik, tak samo półprzezroczysty plastik, tylko że tamten się nie świecił. Wyglądało to bardziej jak jakaś narośl, ale za to niesamowicie przekonująca.

Przyprowadził do niby-znicza Młodego, żeby wytłumaczyć mu dokładnie o co chodzi, ale kiedy zaszli na miejsce z jednego zrobiły się już dwa:

— Znicze na cmentarzu, kto by się tego spodziewał? — rzucił Młody.

— A jeszcze przed chwilą był jeden, trzeba to coś zabezpieczyć — powiedział przyglądając się jak chłopak podchodzi bliżej wynaturzeń.

— Ożeż ty, rzeczywiście… To znaczy, mamy coś na takie sytuacje?

— Właściwie to nie, bo zajmujemy się bardziej ruchliwymi okazami, ale może da się wrzucić w worek na odpady organiczne. Są w aucie, przynieś jeszcze łopatę, bo wolałbym nie dotykać tego rękami.

— Jasne.

Młody truchtem ruszył w stronę służbowego wozu, kiedy Koroner pilnował żeby więcej zniczy nie wyrosło z podziemi, ale za wiele to nie dało. Kiedy jeden z nich zgasł, od razu zaczął pęcznieć jak balon. Mężczyzna szybko wskoczył za najbliższy grobowiec, tak na wszelki wypadek. Wyjrzał dopiero po usłyszeniu pęknięcia, kiedy czerwonawy obłoczek wydostał się ze znicza, a sam znicz wyglądał jak już sflaczały balon. Powoli zaczął wracać do normy, znów świecąc. Co ciekawe w miejscu gdzie osiadł czerwony pył utworzył się kolejny znicz, było ich już łącznie trzy.
Po szybkich obliczeniach doszedł do wniosku, że trzeba nim się szybko zająć. Akurat wrócił Młody z czarnym workiem, łopatą i szpadlem, więc można się było brać do roboty. Po raz kolejny tłumacząc co zaszło pod nieobecność chłopaka, Koroner wziął od niego szpadel i zaczął powoli oraz niezwykle ostrożnie podważać narośl w kształcie znicza:

— I wtedy on się tak zaczął pompować… — mówił spokojnie, sylaba po sylabie.

— O tak?


Z czarnym workiem w chłodziarce i po części przeżartym szpadlu ruszyli dalej w podróż, młody spiker w radiu oznajmił, że dochodziła właśnie ósma. Mieli jeszcze sporo terenu do obadania, krążyli więc po okolicznych wioskach i małych miasteczkach, posuwając się powoli, wyznaczając swoją trasą spiralę na mapie. Wszystkie te miejsca trzeba było odwiedzić jeszcze raz nocą, kiedy bardziej wrażliwe na światło dzienne, czy zwyczajnie lubiące polować nocą potwory zbiegały się do zaludnionych cmentarzysk.
Do około godziny szesnastej zdążyli objechać z kilkadziesiąt mniejszych i dwa lub trzy większe nekropolie, wszystkie na szczęście lub nieszczęście czyste.

— Problem z tą pracą polega na tym, że człowiek chciałby, żeby coś się wydarzyło, ale jednocześnie też nie chce narażać cywilów na pastwę truposzy.

— To jak z tym kotem — rzucił Młody.

— Nie do końca, jeśli dobrze rozumiem fizykę kwantową.

— Fizyka kwantowa też się przydaje do zakopywania martwych?

— Nie, to akurat wiem z jakiegoś filmu.

Wyrobili się z wszystkim dosyć szybko, więc wolny czas spędzili na postoju. Koroner wolał wypocząć, z kolei Młody korzystając z chwili zaszedł do przydrożnego wiejskiego sklepu, gdzie zakupił dwie puszki napoju energetycznego.

— Cześć Marzenko — powiedział starszy mężczyzna do ekspedientki wchodząc do sklepu.

— O, Oleś jak tam byliście już na grobach? — odpowiedziała nieco młodsza, ale za to pulchniejsza kobieta.

— A gdzie tam, lekarz mi dźwigać zabronił, mój będzie z synem Janka na pierwszej tym razem, niech się młodzi zaczną uczyć miejscowych tradycji.

Po wydaniu reszty przez panią Marzenkę, Młody wyszedł ze sklepu, otworzył z sykiem puszkę i pociągnął łyka. Nie podobało mu się siedzieć na zimnie, ale na świeżym powietrzu lepiej mu się myślało, a to o czym rozmawiała dwójka miejscowych dała mu do myślenia.

Około 18 zaczęło się ściemniać, więc ruszyli na lokalny cmentarz. Młody nie powiedział o podsłyszanych plotkach, bo musiał się jeszcze upewnić, czy dobrze zrozumiał. Teren wyglądał dosyć biednie, ogrodzenie odlane z betonu zaczęło się kruszyć już z dziesięć lat temu, a do tego obrosło mchem od strony lasku, z którym się niemal stykało. Tak samo z cmentarzem stykało się zaorane pole, które w połączeniu jeszcze z siwym niebem i zachodzącym słońcem dawało niesamowicie żałosny widok. Cmentarzysko do największych także nie należało, podobnie jak okoliczna parafia, ale ludzie tutaj żyli. I umierali.

W okolicy zdawało się nie być nikogo, co z kolei dało do myślenia Koronerowi. Takie miejsca o te porze zazwyczaj odwiedzali wnuczkowie pochowanych ze swoimi pociechami, żeby im poopowiadać jak to było za ich czasów, kiedy jeszcze pradziadek lub prababcia żyli, a potem wrócą do wioski na kolację u dziadków, żeby jutro z rana wrócić do wielkiego miasta. A tutaj pusto i w dodatku ciemno. Żadnych zniczy, żadnych wieńców, nawet liści nikt nie uprzątnął.

Wtedy na cmentarz podjechał pierwszy samochód, marka nie miała znaczenia, bo i tak połowę karoserii miał z innych modeli, za to system nagłośniający działał jak marzenie, umilając chłopakom w środku czas. Po kilku minutach uznali jednak, że najwidoczniej na nich pora i ten chudszy, kierowca, zgasił silnik. Potem trochę z ociąganiem oboje opuścili pojazd i ruszyli na cmentarz. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie to, że jeden z nich miał łom, a drugi dwie łopaty.

Koroner powstrzymał gestem Młodego, trzeba było poczekać na rozwój wypadków, żeby nakryć ich na gorącym uczynku, cokolwiek zamierzali zrobić. Wtedy tamci, właściwie się z tym nie kryjąc, zaczęli podważać pokrywy nagrobków, jedna po drugiej, a kiedy było po wszystkim zaczęli odkopywać. Starszy agent uznał, że dowodów już im wystarczy i przygotował fałszywe papiery i odznakę, Młodemu polecił to samo i razem wyszli z auta, żeby zrobić niespodziankę amatorom grabarstwa

Niespodzianka wyszła całkiem niezła, miny na twarzach tamtych były nie do opisania, coś pomiędzy tym jak przyłapie się dziecko na ściąganiu, a mordercę zaraz po dokonaniu zbrodni. Oboje rzucili łopaty i podnieśli ręce do góry, mimo że Koroner pokazał im tylko odznakę, a chwilę potem jąkali coś, żeby zrobić sobie wymówkę.

— Dobra, starczy. Powiecie mi może o co naprawdę wam chodzi?

— O tradycję rodzinną — rzucił Młody zaglądając do dołu, gdzie nad trumną stali niewiele od niego młodsi sprawcy.

Wszyscy popatrzyli najpierw na niego, a potem Koroner spojrzał na tamtych. Kiedy pokiwali głowami i uświadomili sobie, że nie ma co tu kryć zaczęli opowiadać:

— Nie wiem jak to się zaczęło, bo mnie wtedy na świecie nie było, ale babcia opowiadała, że jakoś po wojnie. Trupów było dużo to i nic dziwnego, że ktoś w końcu zauważył — zaczął ten chudszy. — Mówiła, że zakopali jakiegoś żołnierza przy drodze, płytko, bo płytko, ale z honorami. Był z AK chyba i go ruscy w tych lasach dopadli prawie. Wyszedł z tego z raną, która się nie goiła, kilka dni leżał w obórce, a potem mu się zmarło.

— Jak go zakopali to było kilka dni przed świętem zmarłych — dokończył ten drugi. — No i po kilku dniach wygrzebał się z grobu.

— I niby mamy uwierzyć, że dokonujecie nielegalnej ekshumacji na jego pamiątkę? — przycisnął ich Koroner.

— Nie, to nie tak całkiem. Z resztą zobacz pan — Ten chudy podważył nieco wieko trumny.

Wydobył z niej się jęk, wydawać się mogło, że głos należy do kobiety, ale nie łatwo było to stwierdzić:

— Wody! — powtórzył głos.

Koroner położył rękę na ramieniu Młodego.

— Nic tu po nas — powiedział, po czym ruszył w stronę samochodu.

Młody zdziwiony stał chwilę nad grobem, ale potem się opamiętał i już w samochodzie zaczął wypytywać go dlaczego nic nie zamierza zrobić:

— Myślisz, że pierwszy raz tu jestem? Zaglądamy tu co roku z chłopakami, ale nikt nie chce zgłosić tego przypadku. Ci ludzie po prostu dbają o swoich zmarłych, tak jak ci w Meksyku, chociażby. Jest coś w tym złego?

— Ale to z całą pewnością nie jest normalne. Z resztą dlaczego udawałeś wtedy zdziwionego?

— Przymykamy na to oko, bo kto wie co będzie jak badacze się do tego dobiorą, a tak i żywi, i martwi są zadowoleni. Jak chcesz to zgłaszać to proszę bardzo. A co do tego drugiego, to po prostu mnie zaskoczyłeś Młody.

Pomilczeli chwilę, a potem Koroner odpalił auto. Na dzisiaj to już wszystko.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported